Od pewnego czasu państwa Zachodu – głównie Niemcy i USA – oraz Rosja szykują grunt pod reset wzajemnych stosunków. Co nie wyklucza oczywiście ryzyka ograniczonej konfrontacji. Jest to podyktowane strategicznymi interesami ww. podmiotów. Polska tymczasem, podobnie jak m.in. Ukraina czy Rumunia, wykorzystywana jest jako jedna z kart przetargowych, służących do podbijania stawki w czasie negocjacji. Należy sobie zadać pytanie – czy decyzje podejmowane przez nasze elity nie doprowadzą w końcu do sytuacji, w której Rzeczpospolita stanie się państwem „frontowym”, znajdującym się w samym centrum rywalizacji wielkich mocarstw?

Przedstawiciele USA i Rosji spotkali się 10 stycznia br. w celu omówienia gwarancji bezpieczeństwa, których żąda Rosja, a także obaw, jakie USA mają w związku z działaniami Kremla. Posiedzenie Rady NATO-Rosja odbyło się w Brukseli 12 stycznia, a 13 stycznia rozmowy były kontynuowane w szerszym formacie – Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Nie przyniosły one przełomu, podobnie jak wszystkie kolejne dotychczasowe spotkania. Mocarstwa co chwilę wykładają nowe karty na stół – a wśród nich pojawiają się m.in. kwestia autonomii Donbasu, rozmieszczenie rosyjskich systemów rakietowych na Kubie lub w Wenezueli czy setki milionów dolarów inwestowanych przez Amerykanów w ukraińskie wojsko.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl wynosi 22 tys. PLN. Do tej pory zebraliśmy:

6638.82 PLN    (30.17%)
Nr konta: 60 1020 1097 0000 7302 0195 3702
Wspieraj Kresy.pl

Gwarancje bezpieczeństwa żądane przez Rosjan to m.in.: powstrzymanie dalszej ekspansji NATO w kierunku wschodnim; niezakładanie baz wojskowych na terytoriach dawnych republik ZSRR, które nie są obecnie członkami NATO oraz nierozwijanie z nimi współpracy wojskowej; powstrzymanie się przez obie strony się od wykorzystywania terytoriów innych krajów w celu przygotowania lub przeprowadzenia ataku przeciwko sobie nawzajem, bądź też innych działań, które wpłynęłyby na podstawowe interesy bezpieczeństwa drugiej strony – co odnosi się najpewniej do takich działań USA, jak instalowanie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i w Rumunii; zaprzestanie lotów ciężkich bombowców, zdolnych do przenoszenia m.in. broni nuklearnej nad strefami sąsiadującymi z USA lub Federacją Rosyjską; nierozmieszczanie lądowych pocisków rakietowych średniego i krótszego zasięgu poza terytoriami ich państw (kolejny zapis dot. Polski), jak również na obszarach ich terytoriów narodowych, z których taka broń może atakować cele na terytorium narodowym drugiej strony; podobny zapis odnosi się do broni nuklearnej (co też dotyczyć może Polski).

Początek

Bezpośrednie przygotowania do tej rozgrywki rozpoczęły się na przełomie października i listopada. 30 października o koncentracji sił rosyjskich u granic Ukrainy napisał „Washington Post, powołując się na zdjęcia satelitarne i filmy publikowane w mediach społecznościowych pokazujące rosyjskie pociągi wojskowe i konwoje przewożące duże ilości sprzętu wojskowego w południowej i zachodniej Rosji.

Ukraińskie ministerstwo obrony oficjalnie podało jednak, że nie odnotowano „dodatkowych przerzutów rosyjskich jednostek, broni i sprzętu wojskowego na granicę państwową z Ukrainą”. Wywiad wojskowy Ukrainy przekonywał wtedy, że informacje podawane przez media to najprawdopodobniej „element specjalnych działań informacyjno-psychologicznych”. Natomiast same ruchy rosyjskich jednostek „są w istocie planowanymi działaniami w ramach ruchu wojsk po zakończeniu szkoleń”.

1 listopada kolejne alarmistyczne doniesienia opublikował portal „Politico”. Dzień później sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, Ołeksij Daniłow oficjalnie zaprzeczył doniesieniom zachodnich mediów, które określił jako „świadomą dezinformację”, która „nie odpowiada rzeczywistości”. Wieczorem tego samego dnia Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy podał w mediach społecznościowych, że Federacja Rosyjska rozmieściła przy granicach Ukrainy zgrupowania wojsk liczące łącznie blisko 90 tys. ludzi. Co ważne, podkreślono wtedy, że dane dostarczone przez ukraińskie agencje wywiadowcze znajdują potwierdzenie podczas wymiany informacji z partnerami Ukrainy.

Mimo że Rosja okresowo ucieka się do praktyki przenoszenia i gromadzenia jednostek wojskowych w celu podtrzymania napięć w regionie i nacisków politycznych na sąsiednie państwa (podobnie było np. w kwietniu ub. roku), na co zresztą zwrócił uwagę ukraiński wywiad, tym razem zdecydowano się na dalszą eskalację napięcia. Naczelnik głównego zarządu wywiadu ministerstwa obrony Ukrainy, Kyryło Budanow, w drugiej połowie listopada przekazał, że wedle ustaleń ukraińskiego i amerykańskiego wywiadu Rosja ma uderzyć na Ukrainę na początku 2022 roku. W kolejnych tygodniach kolejne duże zachodnie media zaczęły przekazywać kolejne „tajne” informacje zaczerpnięte od „wysokich rangą” urzędników NATO czy oficerów wywiadu, opisując kolejne szczegóły planowanej inwazji. Według „Bilda, rosyjskie „maksymalne plany” dotyczące wojny z Ukrainą były znane od połowy października. Miały one zostać przechwycone przez CIA z rosyjskich komunikatów wojskowych.

Rosjanie z pewnością dysponują planami pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Tak samo jak dziesiątków innych potencjalnych scenariuszów rozwoju konfliktu, z których akurat ten najmocniej eksploatowany przez ostatnie miesiące należy do raczej mało prawdopodobnych.

Z prostego powodu – na co w Polsce zwracał uwagę chociażby gen. Waldemar Skrzypczak – armia ukraińska, mimo poważnych niedoborów choćby w zakresie sił powietrznych, dysponuje zdecydowanie większym potencjałem wojskowym niż jeszcze 7 lat temu. Gdyby Rosjanie zdecydowali się na tego typu uderzenie, uwikłaliby się w wojnę wielkoskalową, której koszta prawdopodobnie przewyższyłyby potencjalne zyski. Ryzyko wojny oceniła na początku grudnia jako niskie agencja ratingowa Fitch, utrzymując długoterminowy rating kredytowy Rosji w walucie obcej na poziomie inwestycyjnym „BBB” z perspektywą stabilną.

Obie strony zdecydowały się jednak na kontrolowaną eskalację napięcia – przez kolejne przerzuty wojsk, organizację manewrów, zagrywki polityczne (np. ewakuacja rodzin personelu dyplomatycznego) czy dozbrajanie sojuszników. Dlaczego? Warto bliżej przyjrzeć się strategicznym interesom głównych graczy. Co Amerykanie, Niemcy i Rosjanie chcą osiągnąć w dłuższej perspektywie? Czy wojna jest w interesie któregokolwiek z ww. podmiotów?

Należy także odnotować, że w ostatnich dniach na przedłużającą się sytuację niepewności zareagowały rynki – w ciągu dwóch dni wartość rosyjskich firm spadła o 40 miliardów dolarów. Do strat firm dołączył też gwałtownie słabnący rubel. Był to z pewnością jeden z celów, który Amerykanie chcieli osiągnąć, aby osłabić pozycję Rosji

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Interesy, interesy, interesy…

3 marca 2021 r. Biały Dom opublikował Tymczasowe wytyczne strategiczne bezpieczeństwa narodowego (INSSG). Określają one założenia polityki nowej administracji do czasu opracowania Strategii Bezpieczeństwa Narodowego.

INSSG uznaje Chiny za jedynego rywala USA łączącego elementy siły ekonomicznej, dyplomatycznej, wojskowej i technologicznej w sposób mogący destabilizować porządek globalny. Rosję z kolei uznano za dążącą do odgrywania podobnej roli, ale nie odnotowano jej zdolności na poziomie zbliżonym do chińskich. Dokument potwierdził wielowymiarowy i długofalowy charakter ich rywalizacji z Chinami, Rosji poświęcając znacznie mniej uwagi.

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że obecnie głównym rywalem USA są Chiny – znacznie potężniejsze od Rosji i o sile w wielu aspektach porównywalnej do Stanów Zjednoczonych. Ten przeciwnik wymaga od Waszyngtonu pełnego zaangażowania. Trudno będzie zyskać przewagę w tym starciu, utrzymując jednocześnie silną obecność w innych obszarach, gdzie ta nie jest niezbędna – np. właśnie w Europie.

Zneutralizowanie przez Amerykanów zagrożenia płynącego ze strony Rosji nie wydaje się obecnie możliwe ze względu na siłę tego kraju. Stany Zjednoczone mogą więc albo je skanalizować np. przez uwiązanie Rosjan na Ukrainie (stworzenie dla nich „drugiego Afganistanu”) lub oddalić przez ustalenie nowego porządku, który dla Rosjan będzie akceptowalny. Kreml z pewnością wolałby realizację tego drugiego scenariusza.

Rosjanie też dostrzegają rosnącą potęgę Chin. Obecnie stosunki między oboma państwami określić można jako „małżeństwo z przymusu” – Chińczycy potrzebują rosyjskich surowców, a Rosjanie potrzebują chińskiego rynku zbytu – jednak zbyt silne Chiny to dla Rosji zagrożenie, choćby z powodu geograficznej bliskości. W sytuacji otwartej wrogości Zachodu Moskwa skazana jest na współpracę z Pekinem. Co jednak jeśli wrogość ewoluuje w kierunku jakiegoś rodzaju porozumienia? Zyska na tym Zachód i Rosja – stracą Chiny i Europa Środkowo-Wschodnia.

Ekspansja militarna Rosji w Europie wiązałaby się z małymi zyskami i ogromnymi kosztami. Na tym kierunku najważniejszym celem Rosji wydaje się rozbicie jedności struktur takich, jak Unia Europejska czy NATO, aby te nie stanowiły dużych podmiotów zdolnych do ekspansji w strefie bezpieczeństwa Kremla. Ze strony Europy Moskwa potrzebuje obecnie przede wszystkim spokoju – dużo więcej znacznie mniejszym kosztem ugrać może na rozwoju swoich wpływów m.in. w regionie Azji Centralnej, na Bliskim Wschodzie czy nawet w Afryce. Nie jest jednak wykluczone, że w przypadku przedłużającego się braku rozstrzygnięcia obecnej patowej sytuacji, Kreml zdecyduje się na akcję zbrojną.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Z kolei długofalowo kluczem do polepszenia międzynarodowej pozycji Rosji jest chociażby rozwój Północnej Drogi Morskiej (szlaku morskiego od Morza Beringa do Morza Barentsa), która de facto jest w pełni przez Kreml kontrolowana. Prawdopodobnie Ocean Arktyczny będzie wolny od lodu już w sezonie letnim 2040 roku.

W 2010 roku przewozy towarowe tym szlakiem wynosiły ok. 3 mln t – w 2020 roku już 33 mln t (w strategii rozwoju Arktyki z 2020 roku zapisany zaś został dalszy jego wzrost do 130 mln t w 2035 roku). To wciąż relatywnie niewiele. W 2020 roku przez Kanał Sueski dokonano tranzytu ponad 1 mld t towarów. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że ok. 96% przewozów Północną Drogą Morską wiązało się z obsługą arktycznych regionów Rosji. Nie została ona jeszcze więc uruchomiona dla ruchu międzynarodowego, co z pewnością w końcu nastąpi.

W styczniu 2021 roku Pekin oficjalnie zadeklarował, że zamierza stworzyć Polarny Jedwabny Szlak, będący północną odnogą chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku. Północna Droga Morska może znacznie skrócić drogę transportu towarów z Chin do Europy (oczywiście ma też cały szereg wad – przez które ten szlak nie stanie się pełną alternatywą dla Suezu – nie wykluczają one jednak jego użyteczności). Ponadto będzie ona poza zasięgiem floty USA – nie bez powodu od lat Rosjanie bardzo aktywnie rozwijają swoją infrastrukturę wojskową w tym regionie. Chińczycy będą mogli więc zdywersyfikować swoje kanały transportowe, a Rosjanie, obok oczywistych korzyści finansowych, uzyskają na Pekin kolejny „lewar”, zapewniając tym samym sobie w pewnym stopniu bezpieczeństwo z tego kierunku.

Na ponownym ułożeniu stosunków z Rosją na pewno zależy Niemcom. Nowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz ma traktować stosunki z Rosją jako priorytet w polityce zagranicznej oraz planuje zająć się nimi osobiście. Mowa jest o „resecie” wzajemnych relacji.

Nic dziwnego. W 2020 roku paliwa mineralne, oleje oraz produkty ich destylacji stanowiły niemal połowę wartości rosyjskiego eksportu do Niemiec. Po 2014 roku wymiana handlowa między oboma państwami doznała poważnych perturbacji, w tym samym czasie handel rosyjsko-chiński wyraźnie wzrósł. Obecnie można stwierdzić bez przesady, że Rosjanie uzależnieni są od eksportu do Chin, co nie jest dla nich sytuacją komfortową. Dlatego też projekt Nord Stream II jest dla Moskwy niezwykle istotny. Dla Berlina jednak – jest kluczowy.

W umowie koalicyjnej zawartej w listopadzie ub. roku przez SPD, FDP i Zielonych zawarto punkt, w którym partie mające tworzące nowy rząd Niemiec deklarują „dalszy rozwój” Unii Europejskiej „w kierunku federalnego państwa europejskiego”. W niemieckiej wizji Europa przyszłości ma być kontynentem bez energii atomowej. Berlin nie ustaje w wysiłkach mających na celu wykluczenie atomu ze zbioru źródeł energii uznanych za „zielone” – a więc dopuszczonego do rozwoju w ramach Europejskiego Zielonego Ładu. Jednocześnie Niemcy chcą oprzeć „zieloną” Europę na OZE, będąc jednym z największych producentów m.in. turbin wiatrowych na świecie, i właśnie na gazie, którego – w przypadku uruchomienia Nord Stream II – będą głównym dystrybutorem na kontynencie. W ten sposób ten gazociąg zapewni Berlinowi narzędzie kontroli nad poszczególnymi państwami wchodzącymi w skład „federacji europejskiej”.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Ekspansja NATO w regionie a polityka Rosji

Rozszerzenie NATO jako jedynej legalnej organizacji bezpieczeństwa dla Europy i Eurazji Rosjanie postrzegają jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego. Przyjrzyjmy się teraz temu zagadnieniu, zaczynając od krótkiego rysu historycznego – wydarzenia ostatnich trzech dekad są kluczowe do zrozumienia obecnego stanowiska Rosji.

W 1990 roku, podczas negocjacji nt. zjednoczenia Niemiec, dyplomaci ze Stanów Zjednoczonych (oraz przedstawiciele Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii) mieli udzielić sowieckiemu przywództwu gwarancji, że NATO nie będzie rozszerzało się na wschód. W 1999 roku do sojuszu przyjęto Polskę, Węgry i Czechy, a w 2004 roku Bułgarię, państwa bałtyckie, Rumunię, Słowację i Słowenię.

W 2007 roku na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium Władimir Putin rzucił wyraźne wyzwanie Zachodowi stwierdzając, że „dla współczesnego świata model jednobiegunowy jest nie tylko nie do przyjęcia, jest wręcz nierealny”, przede wszystkim dlatego, że „u jego podstaw nie ma i nie może być moralno-etycznej bazy współczesnej cywilizacji”. „Jednostronne, często bezprawne działania nie rozwiązały żadnego problemu. Co więcej, stały się generatorem nowych ludzkich tragedii i obszarów napięć” – stwierdził Putin, zauważając, że „dotarliśmy do tego decydującego momentu, w którym powinniśmy się poważnie zastanowić nad całą konstrukcją globalnego bezpieczeństwa”. „Nawiasem mówiąc, nas, Rosję, ciągle uczą demokracji. Ale ci, którzy nas uczą, sami jakoś nie za bardzo palą się do nauki” – zauważył. Ponadto rosyjski przywódca poddał poważnej krytyce działania NATO, które nazwał „prowokacją obniżającą poziom wzajemnego zaufania”. „Co się stało z zapewnieniami naszych zachodnich partnerów po rozwiązaniu Układu Warszawskiego? Gdzie te deklaracje dzisiaj?” – pytał Putin w odniesieniu do kolejnych rozszerzeń NATO na wschód.

Rok po przemówieniu Putina na szczycie w Bukareszcie w kwietniu 2008 roku NATO odmówiło zaoferowania Gruzji i Ukrainie szybkiej ścieżki do członkostwa, ale zapewniło oba kraje, że ostatecznie przystąpią do sojuszu. Zbliżenie Gruzji z Zachodem i próba „przywrócenia konstytucyjnego porządku” w Osetii Południowej – scenariusz ten niedługo wcześniej ćwiczony był wraz z Amerykanami podczas manewrów „Immediate Response-2008” – doprowadziły finalnie do rosyjskiej inwazji na swojego południowego sąsiada.

Rok wcześniej wobec planów rozmieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach Putin podjął decyzję o zawieszeniu uczestnictwa Rosji w traktacie CFE.

Opisywane działania postrzegane były na Kremlu jako amerykański plan okrążenia Rosji i maksymalnego zmniejszenia jej strefy wpływów – jednocześnie Kreml nie widział przecież problemów z uczestnictwem wielu krajów poradzieckich w programie Partnerstwa dla Pokoju NATO.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

W 2014 roku doszło do przewrotu na Ukrainie. Rosja nie mogła pozwolić, aby Ukraina dołączyła do zachodnich struktur takich jak NATO – strategicznie postawiłoby ją to w bardzo niewygodnej pozycji, potencjalnie wrogie wojska znalazłyby się w odległości mniejszej niż 500 km od Moskwy. Ponadto utrata zdolności operacyjnych związanych z rozmieszczeniem sił zbrojnych na Krymie zdecydowanie ograniczyłaby możliwości skutecznej projekcji siły na Morzu Czarnym, a co za tym idzie na Morzu Śródziemnym, osłabiając w ten sposób także możliwości działania w rejonie Bliskiego Wschodu oraz Afryki. Dlatego też Rosja zareagowała agresją mającą na celu destabilizację Ukrainy (powstanie separatystycznych republik, „wojna hybrydowa”) i przejęcie kontroli nad strategicznym półwyspem.

„Zachód wkraczał na podwórko Rosji i zagrażał jej kluczowym interesom strategicznym. Ukraina, ogromny płaski obszar, który po drodze do Rosji przebyły napoleońska Francja [nie jest to precyzyjne stwierdzenie, szlak wojsk napoleońskich nie prowadził przez Ukrainę – A.Sz.], cesarskie Niemcy i nazistowskie Niemcy, pełni funkcję niezwykle ważnego strategicznego przedpola. Żaden rosyjski przywódca nie zgodziłby się na przystąpienie Ukrainy do sojuszu wojskowego z udziałem byłego wroga. (…) Mocarstwa zawsze są wyczulone na zagrożenia w pobliżu swojego terytorium. Na przykład zgodnie z doktryną Monroego Stany Zjednoczone nie godzą się na to, aby odległe mocarstwa rozmieszczały swe siły wojskowe na półkuli zachodniej, a tym bardziej na amerykańskich granicach. Wyobraźmy sobie, jak wielkie byłoby oburzenie w Waszyngtonie, gdyby Chiny zbudowały potężny sojusz i próbowały zainstalować w Kanadzie i Meksyku rządy, które chciałyby się do niego przyłączyć” – zauważył jeden z najwybitniejszych analityków stosunków międzynarodowych John J. Mearsheimer w nowo wydanej w Polsce książce „Wielkie złudzenie”. Mearsheimer w latach 90. był przeciwnikiem rozszerzania NATO na wschód o m.in. Polskę.

„Rosja i Zachód używają różnych podręczników. Putin i jego rodacy myśleli i działali jak realiści, podczas gdy przywódcy zachodni trzymali się podręcznikowych liberalnych koncepcji polityki międzynarodowej. W rezultacie Stany Zjednoczone i ich sojusznicy niechcący sprowokowali poważny kryzys, który nie wykazuje oznak zakończenia” – twierdzi Mearsheimer.

Relacje amerykańsko-rosyjskie zdeterminowane są przez podstawowe założenia przyjęte przez oba państwa. Rosjanie postrzegają swój kraj jako potęgę, jeśli nie globalną, to przynajmniej regionalną z pewnymi możliwościami punktowego oddziaływania na całym globie (wspomnieć można m.in. Syrię, Wenezuelę, Sudan, Republikę Środkowoafrykańską), uważają więc, że mają prawo do własnej strefy wpływów. Nie akceptują amerykańskiego prymatu i chcą przyspieszyć przejście od świata jednobiegunowego do wielobiegunowego, a także odrzucają fasadę demokracji liberalnej jako narzędzie kontrolowanej przez USA zmiany reżimu. Stany Zjednoczone z kolei po zakończeniu zimnej wojny cieszyły niezaprzeczalnym (choć chwilowym) prymatem w świecie jednobiegunowym. Ta hegemoniczna pozycja wiązała się z narzucaniem podmiotom znajdującym się w amerykańskiej strefie wpływów swojego „stylu życia” – demokracji liberalnej.

Upadek radzieckiego imperium znacząco osłabił zdolności projekcji siły Rosji, jednak nie pozbawił jej całkiem potencjału. W efekcie Rosja stała się zbyt słaba, aby walczyć o światowy prymat, ale zbyt silna, by pozwolić sobie dowolnie dyktować warunki gry. „Olbrzymie bogactwa naturalne i geograficzna skala Syberii, populacja przewyższająca liczebność któregokolwiek z europejskich narodów, imponująca armia i strategiczna autonomia zabezpieczona bronią nuklearną – łączne zdolności Rosji są wystarczające, aby domagać się poszanowania jej interesów i wartości w ramach dowolnego porządku międzynarodowego” – zauważył, nie bezpodstawnie, dyrektor programowy Klubu Dyskusyjnego Wałdaj (intelektualnego zaplecza Kremla) Timofiej Bordaczow na łamach periodyku „Rossija w globalnoj politikie”.

Amerykanie jednak dążą do wciągnięcia tego kraju we własną strefę wpływów, co ma, mimo całej potęgi USA, nikłe szanse powodzenia.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Polska i broń atomowa

Aktualnie, obok ryzyka ekspansji NATO na Ukrainie, największy niepokój Rosji wzbudza poważna rozbudowa infrastruktury sojuszu w Polsce, związana z wkraczającą właśnie w swoją decydującą fazę rozbudową wspomnianej tarczy antyrakietowej.

Departament Obrony Stanów Zjednoczonych poinformował pod koniec 2021 roku, że zbliża się moment uzyskania pełnej zdolności operacyjnej bazy w Redzikowie. Może to nastąpić do końca 2022 roku. W Polsce, obok Rumunii, ma funkcjonować system Aegis Ashore będący lądową wersją kluczowego amerykańskiego morskiego systemu Aegis.

W Rumunii w Deveselu już rozmieszczone są wyrzutnie rakiet Mk 41, które mają znaleźć się także w Redzikowie. W 2018 roku USA ogłosiły plany opracowania broni nuklearnej o małej mocy, która prawdopodobnie mogłaby być przenoszona za pomocą rakiet pośredniego i średniego zasięgu, do których wystrzeliwania przystosowane są wyrzutnie Mk 41 (w 2020 roku Amerykanie wprowadzili pierwsze małe głowice atomowe do wyposażenia swoich okrętów podwodnych). Zagrożenie to uwzględnione zostało m.in. w rosyjskiej doktrynie użycia broni nuklearnej.

Nie są to obawy nieuzasadnione. Szef NATO Jens Stoltenberg zapowiedział w listopadzie ub. roku, że jeśli nowy rząd Niemiec wycofa się z porozumienia NATO dotyczącego współdzielenia broni jądrowej (nawet 20 amerykańskich bomb atomowych ma być przechowywanych w bazie lotniczej Buechel w południowo-zachodnich Niemczech), sojusz będzie szukał innych alternatyw i rozmieści tę broń w innym kraju w Europie Wschodniej.

„Jako Niemcy możecie oczywiście zdecydować, czy w waszym kraju będzie broń jądrowa. Alternatywą jest to, że skończymy z bronią jądrową w innych krajach Europy, także na wschód od Niemiec” – powiedział Stoltenberg.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Niemieccy Zieloni od dawna argumentują, że kraj powinien być wolny od broni jądrowej i chcą, aby Niemcy przystąpiły do traktatu ONZ o zakazie broni jądrowej. Wyżsi członkowie socjaldemokratów również publicznie sprzeciwiali się rozmieszczeniu amerykańskiej broni jądrowej na terytorium Niemiec. Na początku maja ub. roku to właśnie socjaldemokraci wywołali dyskusję ws. wycofania z Niemiec amerykańskiej broni jądrowej. Obie strony sporu przywoływały m.in. argumenty związane z Polską i możliwością zabiegania Warszawy o rozlokowanie w naszym kraju takiej broni w systemie Nuclear Sharing. Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, napisała na Twitterze, że Polska „mogłaby przyjąć” potencjał nuklearny NATO, którego Niemcy chcą pozbyć się ze swojego kraju.

Polski rząd nie zabrał oficjalnie w tej sprawie głosu. Jednak w 2019 roku w rozmowie z „Der Spiegel” minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie wykluczył dyslokacji na terytorium Polski pocisków nuklearnych NATO. Wcześniej, w 2015 roku wiceminister obrony Tomasz Szatkowski jako pierwszy przedstawiciel władz otwarcie stwierdził, że trwają „analizy” i rozważane są „konkretne kroki” mające na celu ewentualne przystąpienie Polski do programu współdzielenia broni jądrowej NATO. MON szybko oświadczył, że nie ma konkretnych działań na rzecz sprowadzenia broni jądrowej na terytorium Polski, ale nie wykluczono rozważania takiej opcji. „Ewentualna decyzja dotycząca jakiejś formy udziału Polski w porozumieniu [NATO Nuclear Sharing] musiałaby oczywiście być przedmiotem uzgodnień na poziomie politycznym, zarówno w kraju, jak i w relacjach sojuszniczych” – stwierdziło ministerstwo.

Aleksandr Łukaszenko już zapowiedział, że jeśli NATO przeniesie amerykańską broń jądrową z Niemiec do Europy Środkowej, to wtedy zaproponuje, żeby Rosja rozmieściła swoją broń nuklearną na Białorusi. Polska niestety może w efekcie stać się „państwem frontowym”. Czy rozmieszczenie broni nuklearnej na terytorium naszego kraju faktycznie wpłynie pozytywnie na bezpieczeństwo Polski, czy może jednak pobudzi niebezpieczny wyścig zbrojeń w regionie?

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

„Największa rozbudowa całego systemu obronnego od czasów zimnej wojny”

W połowie grudnia 2021 roku prezydent Rosji Władimir Putin odbył doroczną wielogodzinną konferencję prasową, gdzie znaczną część swojej wypowiedzi poświęcił wzrostowi napięcia między Rosją a NATO i Ukrainą. Rosyjski prezydent zarzucał Zachodowi, że „oszukał” Rosję obiecując jej, że NATO nie rozszerzy się na wschód. „Ani cala na wschód, jak nam mówiono w latach 90. I co z tego? Oszukali. Po prostu bezczelnie oszukali – pięć fal rozszerzenia NATO” – mówił, dodając, że obecnie „w Rumunii i Polsce pojawiają się odpowiednie systemy”, nawiązując właśnie do rozmieszczania wyrzutni Mk 41.

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow uznał, że NATO przybliża ku granicom Rosji „najnowocześniejsze i najbardziej celne środki dalekiego zasięgu” co nazwał „zatrważającym faktem i elementem destabilizacji sytuacji nie tylko na kontynencie europejskim, ale i szerzej w strefie euroatlantyckiej”. Riabkow uznał sytuację za coraz bardziej porównywalną z kubańskim kryzysem rakietowym z 1962 r., kiedy to świat stanął na granicy wojny jądrowej.

Miesiąc wcześniej szef NATO Jens Stoltenberg przyznał: „konsekwentnie realizujemy największą rozbudowę całego systemu obronnego od czasów zimnej wojny. Grupy bojowe są rozmieszczone w krajach bałtyckich i w Polsce. Wzmocniliśmy naszą obecność zarówno na morzu, jak i w powietrzu”.

Obecnie formalne uzyskanie przez Ukrainę członkostwa w NATO jest raczej mało prawdopodobne (cel ten jednak wpisany jest w Strategii bezpieczeństwa narodowego Ukrainy), ale, jak zauważył prezydent Rosji, „militarne rozwijanie tego terytorium już trwa”. Putin stwierdził, że kraje NATO mogą chcieć rozmieścić na Ukrainie swoje rakiety, pod pozorem budowy centrów szkoleniowych (co też nietrudno sobie wyobrazić). Podkreślił też, że taki scenariusz byłby „czerwoną liną” dla Rosji. W odpowiedzi współpracownik prezydenta Ukrainy, Ołeksij Arestowycz, stwierdził, że na Ukrainie jest „bardzo dużo «złego NATO»”.

USA inwestują również poważne kwoty w dozbrojenie Ukrainy. Jeszcze w grudniu 2021 r. administracja prezydent USA „po cichu” zatwierdziła dodatkowy pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy wart 200 mln dolarów. Według mediów, na Ukrainę zostanie wysłana m.in. broń ręczna, a także radary i sprzęt dla okrętów. Kijów otrzymuje od Amerykanów m.in. nowoczesne systemy przeciwpancerne Javelin. W Kongresie USA pojawił się ponadto pomysł ogłoszenia Ukrainy krajem „NATO-plus”. Miałoby to pozwolić na znaczne zwiększenie dostaw amerykańskiej broni śmiercionośnej do tego kraju.

Niepokój Moskwy wzbudziło także noworoczne wystąpienie prezydenta Finlandii Sauliego Niinisto, który odniósł się do żądań Rosjan domagających się podpisania nowej umowy międzynarodowej o bezpieczeństwie w Europie. Umowa ta miałaby wykluczyć dalsze rozszerzanie NATO w obszarach przylegających do granic Rosji. „Pole manewru Finlandii, nasza wolność wyboru obejmuje także możliwość przystąpienia do sojuszy wojskowych i wystąpienie o członkostwo w NATO w dowolnym momencie” – stwierdził Niinisto. Ponadto Finlandia zdecydowała się na zakup od Amerykanów myśliwców F-35A zdolnych do przenoszenia taktycznych bomb atomowych B61, w tym niedawno zmodernizowanej wersji B61-12, o cechach broni precyzyjnego rażenia. Cały program przezbrajania amerykańskiego arsenału znajdującego się w Niemczech ma zostać zrealizowany do 2024 roku.

Rosja widząc, że Zachód niekoniecznie jest gotowy na konfrontację zbrojną, zdecydowała się licytować bardzo wysoko, starając się „wyczuć” przeciwnika. Jest to bardzo ryzykowne zagranie, które może faktycznie zaowocować konfliktem (ale raczej o ograniczonej skali) lub porozumieniem. Ta druga opcja jest o tyle problematyczna, o ile Rosjanie grożąc wojną, nie mogą się z tego wycofać zadowalając się byle „ochłapami”. W innym przypadku elity na Kremlu mogłyby mieć problem z legitymizacją swoich działań w oczach społeczeństwa. Pytanie – na ile Zachód gotowy jest do ustępstw? To z pewnością pokażą najbliższe tygodnie i miesiące. Cała ta rozgrywka może być jednak częścią jeszcze większej, wieloletniej gry, której ostatecznym celem będzie reset wzajemnych relacji. Warto mieć to na uwadze.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Podsumowanie

Rosja nie akceptuje amerykańskiego prymatu ani w swoim sąsiedztwie, ani w skali globalnej. Amerykanom przez ostatnie trzy dekady nie udało się zachęcić Rosji do uczestnictwa w systemie międzynarodowym pod przywództwem USA. Kreml nie przyjął poglądu, że porządek wewnętrzny powinien zostać oparty na liberalnych wartościach i normach, które Stany Zjednoczone próbują zaimplementować Rosji po upadku ZSRR – ta wyraźnie wyznacza własną ścieżkę, niezależną od wzorców płynących z Zachodu.

I co najważniejsze – dystrybucja globalnej potęgi zmieniła się z jednobiegunowego świata skupionego wokół Stanów Zjednoczonych na bardziej rozproszoną konfigurację władzy. Krajobraz geopolityczny obejmuje obecnie także silne ośrodki takie jak Chiny, Rosja, Iran, Turcja czy Indie. W takim świecie unilateralizm Stanów Zjednoczonych stał się nie do utrzymania.

Rosja, nie bezpodstawnie, traktuje Zachód jako wroga, który dąży do całkowitego sobie jej podporządkowania. Stąd jej operacje ofensywne (nie tylko militarne) skierowane w tym kierunku. Jednak obecnie, gdy mocarstw zdolnych do podważenia pozycji USA w wymiarze globalnym i regionalnym przybywa, rodzi się pytanie o nowy układ sił. Hegemonia USA jest już przeszłością, narasta rywalizacja na linii Pekin-Waszyngton, która zapewne zdominuje najbliższe dekady. W takiej sytuacji Rosja będzie potrzebna USA w celu przezwyciężenia potężnego azjatyckiego rywala. Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby Rosjanie zajęli taką pozycję z „dobrego serca”. Stany będą musiały więc poczynić poważne ustępstwa w celu pozyskania nowego sojusznika.

Przypuszczać można, że w pewnej chwili Biały Dom postanowi jednak zrezygnować z „mesjanistycznego” stosunku do Kremla, aby uzyskać wsparcie w rywalizacji z Chinami. To – siłą rzeczy w obliczu równoczesnego zbliżenia Niemiec i Francji z Rosją – wpłynie niekorzystnie na pozycję Polski wobec wschodniego sąsiada. Wydaje się, że obecnie nasz kraj nie ma dużego pola manewru na arenie międzynarodowej. Nawet jeśli polskie elity zdecydowałyby się na rewizję podejścia do Kremla, odbyłoby się to zapewne na niekorzystnych dla nas warunkach – w dzisiejszym układzie sił Polska jest na tyle mocno osadzona po jednej ze stron barykady, że trudno wyobrazić sobie odbywającą się przy akceptowalnych kosztach jakąkolwiek reorientację polityczną. Ale i na to się nie zanosi – w listopadzie ub. roku rzecznik rządu potwierdził informację o zaproszeniu szefa polskiego MSZ do Moskwy. Po dwóch miesiącach do wizyty wciąż nie doszło, mimo niezwykle napiętej sytuacji we wzajemnych relacjach. Planowana jest ona dopiero na 15 lutego. Wcześniej polski minister spraw zagranicznych odwiedzi Kijów i Waszyngton. Z Rosjanami przede wszystkim rozmawia przecież nasz „suweren”…

W tej chwili można stwierdzić (z niewielką tylko przesadą), że Polska pracuje jako amerykański „pionek”, będący dla USA „kartą przetargową” w realizacji swoich interesów w regionie. Jeżeli dojdzie do ponownego ułożenia relacji między mocarstwami – stanie się to ponad naszymi głowami. Jeżeli dojdzie do jakiejś formy konfliktu – to nasz kraj będzie prawdopodobnie jednym z tych, który ucierpi w pierwszej kolejności. Brak podmiotowej polityki i bezkrytyczna realizacja polityki USA może nas bardzo wiele kosztować. Jednak to my sami się w takiej pozycji usytuowaliśmy. W ostatnich latach straciliśmy szansę, którą wykorzystali np. Węgrzy. Dziś, cokolwiek się stanie, będziemy obserwować wydarzenia bardziej z pozycji przedmiotu niż podmiotu polityki. Wydaje się, że role zostały już rozdane – a my w tej grze wybraliśmy rolę karty przetargowej. Nasze ograniczone pole manewru pozwala nam na niewiele więcej niż wyczekiwanie na moment, kiedy zostaniemy wyjęci z talii i położeni na stół…

Adam Szabelak

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz