Papież Franciszek zatwierdził dekret w sprawie męczeństwa Sługi Bożego ks. Jana Machy, polskiego kapłana z Górnego Śląska i działacza polskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej. Został skazany przez Niemców na śmierć i zgilotynowany w Katowicach w 1942 roku. Dekret ten oznacza rychłą beatyfikację kapłana.

W piątek portal gosc.pl podał za watykańskim biurem prasowym, że w czwartek Ojciec Święty Franciszek przyjął na audiencji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kardynała Angelo Becciu, który przedstawił mu do aprobaty dekrety dotyczące beatyfikacji i kanonizacji. Jeden z nich dotyczył Sługi Bożego, ks. Jana Machy (1914-1942). Oznacza to koniec trwającego 6 lat procesu i rychłą beatyfikację śląskiego kapłana.

Proces beatyfikacyjny ks. Jana Machy rozpoczął się w Katowicach w 2013 roku. Na szczeblu diecezjalnym zakończył się 5 września 2015 roku, a dokumentacja została przekazana Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 16 marca 2016 rozpoczął się etap watykański procesu beatyfikacyjnego. Postulatorem procesu beatyfikacyjnego jest Postulatorowi, ks. Damian Bednarski.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

– Ksiądz Jan Macha może być patronem młodych kapłanów, bo sam będąc młodym, dał swoje życie Chrystusowi i bliźnim – powiedział w Radiu eM abp Wiktor Skworc, metropolita katowicki.

Jak podaje w komunikacie Episkopat Polski, powtórzonym m.in. przez polski portal na Litwie L24.lt, ks. Jan Franciszek Macha (1914-1942) kapłanem został zaledwie na dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej. Był gorącym patriotą, całkowicie oddanym Bogu. Już w październiku 1939 r. ks. Macha znalazł się wśród założycieli podziemnej organizacji o nazwie Polska Organizacja Zbrojna. Organizacja, której przewodził, została podporządkowana Siłom Zbrojnej Polski i Związkowi Walki Zbrojnej. Ks. Macha zajmował się pomocą represjonowanym, drukiem i kolportażem wydawnictw oraz akcją wywiadowczą. Pomagał także materialnie i duchowo rodzinom uwięzionych.

Jego działalność nie uszła uwadze Gestapo. 5 listopada 1941 został zadenuncjowany i aresztowany. Po procesie w niemieckim Sądzie Okręgowym w Katowicach skazano go na śmierć. Został ścięty na gilotynie w katowickim więzieniu 3 grudnia 1942 roku.

„Mimo tortur nie zdołano załamać jego wiary. W więzieniu z kawałków sznurka zrobił różaniec, do którego dorobił sobie krzyż z drzazgi odłupanej ze stołu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali” – czytamy w komunikacie Episkopatu.

gosc.pl / L24.lt / Kresy.pl

Kim był ks. Jan Macha

Sługa Boży ksiądz Jan Macha urodził się w Chorzowie Starym 18 stycznia 1914 roku jako najstarszy z czworga rodzeństwa w tradycyjnej, śląskiej rodzinie. Bliscy mówili na niego zdrobniale „Hanik” i tak też zostało do dziś, w kolejnych pokoleniach, noszących w pamięci postać i świadectwo „Wujka Hanika”.

Wychowany został duchu głębokiej wiary i patriotyzmu, umiłowania Boga i ojczyzny – Polski. Po pomyślnym zdaniu egzaminu maturalnego w Państwowym Gimnazjum Neoklasycznym w Królewskiej Hucie w 1933, ubiegał się o przyjęcie do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, jednak jego aplikację odrzucono ze względu na brak miejsc. Z tego względu przez rok studiował na wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednak rok później rozpoczął upragnione studia teologiczne w nowo wybudowanym gmachu przy Alei Mickiewicza (obecnie w tym miejscu mieści się m.in. Wydział Filologiczny UJ).

Jako kleryk odznaczał się głęboką pobożnością i wrażliwością na innych. Cechy te w dużym stopniu zdecydowały o formie jego przyszłej posługi kapłańskiej. Posiadał miłe, pogodne usposobienie, które w pewien szczególny sposób przebija z zachowanych fotografii, pochodzących z różnych okresów studiów. W ramach pracy magisterskiej z zakresu historii Kościoła dał wyraz swemu wielkiemu zainteresowaniu historią, pisząc jako pierwszy monografię swej rodzinnej parafii. Praca ta, zatytułowana „ Monografia Starego Chorzowa, Parafii św. Marii Magdaleny”, była w istocie nie tyle zwykłym omówieniem dziejów rzeczonego kościoła, lecz pierwszym profesjonalnym opracowaniem historycznym Chorzowa Starego, przeprowadzonym na podstawie wszelkich dostępnych wówczas dokumentów i innych kategorii źródeł historycznych.

Święcenia kapłańskie przyjął 25 czerwca 1939 roku z rąk wielkiego śląskiego duszpasterza i polskiego patrioty, bpa Stanisława Adamskiego, w kościele Św. Apostołów Piotra i Pawła w Katowicach, będącej ówcześnie katedrą diecezji katowickiej. Mszę świętą prymicyjną odprawił w swojej rodzinnej parafii pw. Św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym. W tradycji rodzinnej, a także lokalnej, z tą wielką uroczystością wiążą się dwa wydarzenia. Pierwszym jest relacja Róży, młodszej siostry księdza Jana, która wspominała przypadkowo zasłyszaną rozmowę brata z przyjacielem, księdzem Gaszem, na krótko przed rozpoczęciem mszy prymicyjnej. W trakcie tej rozmowy powiedział: „Wiesz […], czuję, że naturalną śmiercią to ja nie umrę”. Róża Macha, przejęta tym co usłyszała, powiedziała do niego później: „Hanik, jak możesz tak mówić, w takim dniu?”. Na co ten odpowiedział: „Może właśnie w takim dniu trzeba to powiedzieć…”1. Drugie miało miejsce w trakcie samej Mszy świętej, kiedy w trakcie okadzania ołtarza kilka osób zauważyło dziwne zjawisko: dym unoszący się z kadzidła przybrał kształt welonu i w niezwykły sposób oplótł szyję młodego prymicjanta. Według części relacji, welon ten miał ponadto przyjąć czerwoną barwę.

Co znamienne, swoją posługę parafialną, po zastępstwach wakacyjnych w Chorzowie Starym, rozpoczął 1 września 1939 roku w Rudzie Śląskiej, w parafii św. Józefa. Poniekąd przełomowym wydarzeniem były tradycyjne odwiedziny duszpasterskie, „kolęda” na przełomie 1939/1940 roku, kiedy gościł w domach rodzin polskich, już wówczas doświadczonych okupacją niemiecką. Zobaczył wiele bólu i cierpienia tych, których bliscy, przede wszystkim mężczyźni, zostali aresztowani, rozstrzelani lub wywiezieni. Poruszony, postanowił zainicjować konspiracyjną akcję pomocy, nie tylko materialnej, ale również duchowej. Ponieważ już jesienią 1939 roku zaczęły spontanicznie powstawać pierwsze grupy konspiracyjne, bardzo często zakładane przez harcerzy, a także studentów, włączył się w działalność jednej z nich, założonej przez młodzież starszo-harcerską oraz absolwentów wyższych uczelni z Krakowa, Poznania i Lwowa, pełniąc w niej ważną rolę2. Sam, jako kapłan, starał się również nieść Chrystusa i umacniać tych, którzy tracili wiarę i nadzieję. Udzielał ślubów w języku polskim, nauczał religii, pocieszał. Organizacja ta, która stała się zalążkiem Polskiej Organizacji Zbrojnej, późnej scalonej ze Związkiem Walki Zbrojnej (przyjmując kryptonim „Konwalia”), zajmowała się poza kwestiami charytatywno-sanitarnymi także działalnością wywiadowczą (m.in. pozyskując przez swojego łącznika, zatrudnionego w urzędzie gubernatora Franka w Krakowie, fotokopie tajnych dokumentów, dotyczących traktowania Polaków na terenach okupowanych i na Śląsku) oraz propagandową (m .in. przygotowywaniem i rozprowadzaniem tajnej prasy – gazetek „Ku Wolności”, później „Świt”; przepisywanie tej ostatniej odbywało się w na probostwie parafii św. Józefa, w pokoju ks. Machy). Jednak ks. Jan Macha jako zadanie najważniejsze, czy wręcz priorytetowe, traktował właśnie bezpośrednią pomoc drugiemu człowiekowi. W środowiskach konspiracyjnych był postacią wzbudzającą podziw – znaną i szanowaną. Do tego stopnia, że ze względu na bliski kontakt z ówczesnym kierownictwem ZWZ, w tym z Józefem Pukowcem i Józefem Korolem, uważany był niekiedy za jednego z jego członków.

Niemcy wpadli na trop tej organizacji prawdopodobnie późną wiosną 1941, w wyniku podjęcia przez Helenę Mathea, łączniczkę w Komendzie Okręgu Śląsk ZWZ, współpracy z Gestapo (miało to miejsce prawdopodobnie rok wcześniej). Pierwszym „sygnałem ostrzegawczym” było wezwanie księdza Jana Machy na przesłuchanie w Zielone Świątki 1941 roku. Mimo tego, nie zaprzestał swej działalności konspiracyjnej. Został aresztowany przez funkcjonariuszy Gestapo pod wieczór, 6 września 1941 roku na dworcu kolejowym w Katowicach (tzw. stary dworzec przy ul. Dworcowej) w nie do końca jasnych okolicznościach. Według jednych relacji, ksiądz Jan udał się do Katowic w celu zakupienia katechizmów. Następnie odprowadził na pociąg dwóch towarzyszących mu ministrantów, w tym Bernarda Łukaszczyka, który zdał przytaczaną tu relację. Gdy pociąg ruszył, do księdza podeszło dwóch mężczyzn, którym chwilę wcześniej wskazała go kobieta-bardzo urodziwa blondynka (najprawdopodobniej Helena Mathea)3. Według innej wersji, przekazanej przez członka grupy konspiracyjnej, Józefa Guertlera, celem wyjazdu księdza Jana do Katowic było ważne spotkanie w kawiarni nieopodal dworca, przy ulicy Mielęckiego. Z kim? Tego dotąd nie udało się jednoznacznie ustalić. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że dzień wcześniej, 5 września, w kawiarni „Europa”, został aresztowany komendant Inspektoratu ZWZ w Katowicach, Józef Skrzek. Guertler, który „ubezpieczał” to spotkanie, relacjonował, że do zatrzymania doszło niedługo po nim, przy kasach dworcowych, kiedy ks. Macha kupował bilet na pociąg. Niewątpliwie, niezależnie od wersji wypadków, aresztowanie nastąpiło na skutek dekonspiracji. W wyniku prowadzonego śledztwa oraz towarzyszących mu masowych aresztowań w październiku i listopadzie 1941 roku organizacja została rozbita. Część z jej członków zostało wywiezionych do Oświęcimia, natomiast osoby bezpośrednio współpracujące z ks. Machą miały zostać osądzone przez Sąd Specjalny (Sondergericht). On sam osadzony został w obozie, a następnie w więzieniu w Mysłowicach. 12 lutego kilkoro z członków „Konwalii” zostało powieszonych w trakcie publicznych egzekucji na terenie obecnych dzielnic Rudy Śląskiej (Godula, Bielszowice).

Ksiądz Jan Macha został poddany brutalnemu śledztwu, w trakcie którego stosowano przeróżne rodzaje tortur. Ponadto, poddawano go licznym upokorzeniom. Zabiegi te, mające na celu złamanie młodego kapłana, nie przyniosły oczekiwanego przez oprawców skutku. Mówiono o nim, że „to jest idiota, albo święty”. Mimo licznych cierpień, pozostał wierny swemu powołaniu, które postanowił realizować także w skrajnie trudnych warunkach mysłowickiego więzienia. W duchu miłosierdzia, starał się nieść współwięźniom pomoc duchową: spowiadał ich, głosił kazania, nauczał i pocieszał. Dużo się modlił się, w tym również za swoich oprawców, samemu zawsze prosząc o modlitwę bliskich w listach, które wysyłał. Modlitwa dawała mu siły zarówno do przetrwania, jak i do powziętej, niezwykle trudnej pracy duszpasterskiej: „Dziękuję Wam a życzenia i modlitwy. Proszę żebyście dalej w modlitwie o mnie myśleli”.

„Moja prośba którą do Was przesyłam to modlitwa, modlitwa, modlitwa. O cudach modlitwy już się przekonałem”. Cierpienia, których doświadczał, miały dla niego głęboki wymiar duchowy: „Kochani Rodzice, Bracie i Siostry proszę was nadal w modlitwach o mnie pamiętać. To jest pocieszenie dla mnie, gdyż kochany Bóg wysłucha Wasze modlitwy. Ach jak mało jest potrzebne człowiekowi by być szczęśliwym! Ale tego uczy się dopiero przez boleść i przeznaczenie. Jeden francuski pisarz Musset – powiedział- „.. człowiek jest uczniem a boleść jest Jego Mistrzem ..”i to jest prawdą. Nasz kochany Zbawiciel wpierw jest On człowiekiem , który dużo wycierpiał przez to chce byśmy tę drogę boleści sami torowali, na tej drodze można widzieć, że wierzy się wiernie w Boga. My poznajemy jak mały i słaby jest człowiek, jak wielki nasz Zbawiciel – Bóg. Z tego doświadczenia, że ta miłość do Boga, na której tak nam na Nim zależy, tak że jednym życzeniem jest w Jego służbie pozostać, Jemu dać ocenić i Jemu całkiem się poświęcić”.

[…] Kochani Rodzice, te miesiące mojego uwięzienia są bardzo bogato pouczające, nawet bardzo drogie. Oni mnie zamknęli i dali do zrozumienia, że to życie tylko z Bogiem i dla Boga ma znaczenie. Ja traktuję to życie jak ścianę lnianą i mogę sobie dużo wyobrazić, a wystarczy tak mało, aby być szczęśliwym teraz i w wieczności. Potrzeba tylko dla Boga i z Bogiem żyć”.

W czerwcu 1942 roku, przed rozpoczynającym się procesem, został przewieziony do więzienia w Katowicach. Tam, 17 lipca, odbyła się ostatnia rozprawa, w trakcie której ksiądz Jan wygłosił niemal dwugodzinną mowę obronną. Bronił się sam, gdyż wynajęci adwokaci w przeddzień rozprawy odmówili wzięcia w niej udziału. Został skazany na karę śmierci. Tego dnia włożył do swego brewiarza kartkę z modlitwą do Chrystusa Króla o miłość, w której napisał: „Oddaję się Jemu z całą swoją osobowością”. Rodzina podejmowała liczne próby uzyskania ułaskawienia. Matka księdza, Anna Macha, udała się nawet w tym celu do Berlina, wraz z wynajętymi adwokatami, żeby w kancelarii Rzeszy walczyć o życie swego syna4. W tym czasie, ksiądz Jan, osadzony w celi śmierci katowickiego więzienia, czekał na wyrok, który mógł nastąpić każdego dnia. Mimo tego, nie załamywał się. W listach pocieszał swoją rodzinę i przyjaciół, a wielką radością było dla niego móc przystępować do sakramentów.

Wieczorem, 2 grudnia 1942 roku, do domu Anny i Pawła Machów zawitał miejscowy organista z informacją, że od znajomego pracującego w więzieniu w Katowicach dowiedział się, że dla Hanika przyszło ułaskawienie. Co znamienne, rodzina przyjęła tą wiadomo ze spokojem. 3 grudnia, tuż po północy, zegar stojący w domu rodzinnym Machów nagle się zatrzymał. Wskazówki pokazywały godzinę 0:15. Nagle zabił głośny gong. W tym samym momencie w przedpokoju spadła kropielnica, a oba ciężarki zegara spadły na sam dół. Dokładnie w tym czasie, w więzieniu katowickim, ostrze gilotyny opadło w dół, kończąc ziemskie życie 28-letniego księdza Jana Machy.

Rodzina nigdy nie otrzymała ciała zamordowanego. Nie pozwolono również odprawić mszy pogrzebowej. Miejsce spoczynku ciała księdza pozostało nieustalone. Według najbardziej aktualnych informacji z IPN, najprawdopodobniej zostało ono przewiezione do Oświęcimia, a następnie spopielone w krematorium nr 2. Rodzina otrzymała jedynie kilka rzeczy osobistych księdza Jana: m.in. brewiarz, chusteczkę z plamami krwi, kazania, które głosił współwięźniom.

Jednym z najważniejszych przedmiotów, które wówczas otrzymała rodzina, był list – ostatni, jaki napisał w swym życiu, zaledwie kilka godzin przed śmiercią.

Prośbie księdza Machy uczyniono za dość. Do dziś, na staro chorzowskim cmentarzu, znajduje się jego symboliczny grób, na którym wyryto napis: „Przechodniu! Ciała mojego tu nie ma, ale odmów proszę w tym miejscu Ojcze Nasz za spokój mej duszy”.

Dzięki zachowanym rękopisom kazań księdza Jana Machy, można łatwo dostrzec niesamowity związek między wiarą, słowami a czynem. Wartości, o których z pasją mówił, realizował z wielkim poświęceniem w ramach swojego powołania kapłańskiego – zarówno jako wikary, jako członek grupy konspiracyjnej, a wreszcie jako więzień, skazany ostatecznie na śmierć. Bardzo często podkreślał wagę dobrej spowiedzi. Dużo uwagi poświęcał jej w swoich kazaniach, starając się zachęcić wiernych do dostrzeżenia wielkiej łaski, płynącej z tego szczególnego sakramentu. Będąc więźniem, bardzo bolał nad brakiem możliwości przystąpienia do spowiedzi: O co ja bym za to dał, żeby uklęknąć przed ojcem spowiednikiem, boskim ….żal znosić.. Ale ja mógłbym obrazić Boga, gdybym powiedział, że nie otrzymałem od Niego żadnego pocieszenia. On nasz Zbawiciel pociesza mnie bardzo często. Są to na pewno Wasze modlitwy, które mnie tak pocieszają.

Wymownym świadectwem jego wiary, także w siłę modlitwy różańcowej, jest różaniec, zrobiony przez niego w więzieniu, ze sznurka. Była dla niego źródłem siły. Jak napisał w jednym z listów: „Moją jedyną radością jest święty różaniec.” Modlitwa ta miała dla niego wielkie znaczenie, czemu dawał wyraz także w głoszonych kazaniach. Tuż po przegranej kampanii wrześniowej, w pierwszą niedzielę października, w kazaniu na Uroczystość MB Różańcowej, przywołując liczne przykłady łask uzyskanych za pośrednictwem modlitwy różańcowej, przede wszystkim nawrócenia, mówił m.in. „[…] zamiast przeklinać, bluźnić przeciw Panu Bogu, obmawiać i oczerniać wszystkich, weź różaniec i odmawiać, a większa z tego korzyść, aniżeli z plotek. […] Tak moi drodzy! Na wzburzone fale życia, szczególnie dziś w czasie wojny, w czasie tych bardzo dla nas ciężkich czasów, lejcie obficie oliwę różańca. Idźcie przez życie z różańcem w ręku. Umierajcie z różańcem w ręku! Przy pomocy tego różańca wyprośmy sobie spokojniejsze czasy. Przy pomocy tego różańca wyprośmy sobie także łaskę zbawienia. Różaniec do ręki wy wszyscy, którym dobro ludzkości i wasze leży wam na sercu! Różaniec do ręki wy, których Pan Bóg doświadczył ciężko! Zamiast bluźnić, narzekać na Pana Boga, że tak srogo nas karze, weźmijcie różaniec do ręki, bo ten różaniec to broń potężna! Różaniec niejeden raz wyprowadził już ludzkość z nieszczęścia. Amen.”

Miesiąc później w kazaniu mówił z kolei:

„Myśl o niebie roznieca w duszy święty ogień tęsknoty za niebem; z tęsknoty zaś rodzi się czyn – rzetelny wysiłek osiągnięcia tego, za czym dusza tęskni, czego pożąda. Kto o niebie nie myśli ten i pracować na niebo nie będzie, a tym samym nie stanie w szeregu uczniów Chrystusowych. (…) Niebo to nasza prawdziwa ojczyzna, to nasze dziedzictwo. Myślcie o niebie, myślcie o niebie zarówno w kościele, jak i w domu, zarówno przy pracy, jak i w chwilach odpoczynku. Myśl o niebie gdy wstajesz ze snu, gdy kładziesz się do łóżka; myśl o niebie gdy klękasz do pacierza, gdy siadasz do posiłku. Myśl o niebie gdy ci wesoło na duszy, byś w weselu nie przebrał miary; myśl o niebie, gdy gniecie cię smutek i trwoga, byś nie stracił cierpliwości i nie zapomniał, że czuwa nad tobą Bóg, który jest ucieczką i mocą naszą i pomocnikiem we wszystkich uciskach naszych. W szczególniejszy sposób myśl o niebie w chwili pokus i doświadczeń, byś nie upadł. Myśl o niebie, a z tej myśli zrodzi się nie jeden dobry czyn, dobre zaś czyny wysłużą ci sowitą u Boga zapłatę”.

Zachęcał też do oddawaniu hołdu Jezusowi w Przenajświętszym Sakramencie:

„Przychodźcie często tu do domu Bożego, aby mu oddać hołd w Przenajświętszym Sakramencie i Jemu wszystkie wasze dolegliwości ciała i duszy wyznać. On wam pomoże. Może nie spełni natychmiast wszystkich waszych często ziemskich, doczesnych życzeń, może nie zdejmie wam waszych krzyżów, cierpień i dolegliwości, bo może by to nie posłużyło ku waszemu zbawieniu. Ale pocieszy was, wzmocni swoją łaską w waszym codziennym spełnianiu obowiązków stanowych, w cierpliwym znoszeniu przeciwności, w walce z pokusami. A gdy wpadniecie w grzechy, doda wam odwagi i siły, byście przez dobrą spowiedź znowu na drogę łaski i cnoty powrócili”.

Mimo upływu lat, mimo zmian otaczającej nas rzeczywistości, postawa Jana Machy, jego świadectwo, wydają się być nadzwyczaj aktualne.

LIST KSIĘDZA SKAZAŃCA

Na krótko przed wykonaniem wyroku ks. Jan Macha pisze list pożegnalny do swojej rodziny.

Katowice, 2 grudnia 1942 r.

Kochani Rodzice i Rodzeństwo!

„ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”

To jest mój ostatni list! Za cztery godziny wyrok będzie wykonany ! Kiedy więc list ten będziecie czytać, nie będzie mnie już pomiędzy żyjącymi. Zostańcie z Bogiem.

Przebaczcie mi wszystko!. Stanę wkrótce przed Sędzią Wszechmogącym. Teraz On mnie będzie sądził. Ufam, że mnie przyjmie do Siebie. Życzeniem moim było pracować dla Niego, ale nie było mi to dane.

Dziękuję za wszystko! Do widzenia tam w górze u Najwyższego!

Mam jeszcze parę życzeń, mianowicie: kielich mój proszę podarować ode mnie księdzu wikaremu Gaszowi. Niech ten kielich często przypomni Mu przyjaciela. Mój stary brewiarz, który mam tu w więzieniu, dajcie Mu także.
Z drugim brewiarzem czyńcie według Waszego uznania.

Pozdrówcie wszystkich moich kolegów i znajomych. Niechaj w modlitwach swoich pamiętają o mnie. Dziękuję za dotychczasowe modlitwy i proszę też nie zapominać o mnie w przyszłości.

Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz!

Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, ze cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie, bez jednej jaskółki wiosna też zawita. Bez jednego człowieka świat się nie zawali. (…) Już niewiele czasu mi pozostało, może niecałe trzy godziny.

Zatem do widzenia! Zostańcie z Bogiem!

Módlcie się za Waszego Hanika.

Kresy.pl / Marek Trojan

Przypisy:

1 Tak relację tę podaje Kazimierz Trojan, syn Róży, w filmie „Bez jednego drzewa las lasem zostanie…”. Nieco inną wersję przytacza jej wnuk, Piotr Kozak (2007): „-Hanik […], coś taki zamyślony? – zapytał kolega, ksiądz Gasz. –Tak sobie myślę, drogi przyjacielu, że nie umrę śmiercią naturalną, nie umrę też od kuli. Wydaje mi się, że to będzie zupełnie inna śmierć”.

2 Powstała ona najpewniej jeszcze przed 24 września, a więc w trakcie trwania walk polsko-niemieckich. Według relacji Józefa Gurtlera, do pierwszego spotkania rudzkich harcerzy miało dojść już 17 września. Weszli oni z czasem w skład POZ.

3 Według wersji drugiego z ministrantów, ksiądz wszedł z nimi do pociągu i to tam, jeszcze przed odjazdem, w trakcie rozmowy doszło do zatrzymania. Niewykluczone jednak, że obie te wersje z uwagi na punkty wspólne można pogodzić w jedną spójną relację.

4 Według rodzinnej tradycji, miała tam spotkać się z krewną Adolfa Hitlera, która miała zapewnić ją, że jej syn zostanie ułaskawiony.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz