Bieńkowski, który poderwał kontratak, ze zdumieniem i zgorszeniem zarazem opowiadał później, jak któryś z jego mikrusów doskoczył do roztrzęsionego ogniem karabina maszynowego, jak jednym kopnięciem nogi wywrócił nóżki, wyrżnął kolbą celowniczego i przerwał ogień. Toteż nam, “starej wojnie”, nie mogło się po prostu pomieścić w głowie, jak to tak można lecieć z kopniakiem na karabin maszynowy, i kiwaliśmy głowami nad tymi zuchwałymi dzieciakami, dla których kopnięcie strzelającego karabina maszynowego było jednym z serii psich figlów, którymi jeszcze dwa tygodnie temu dokuczali swym belfrom w szkole…