Z punktu widzenia wojskowego litewska Żmudź to teren strategiczny. Postsowieckie republiki w 1990 r. obrały zdecydowany kurs na Zachód, nie oglądały się na Moskwę i więzi dawnego układu, nie weszły w skład WNP, od 2004 roku należą do NATO. Ale na lądzie otacza je wciąż granica z Rosją i Białorusią. Jedynie niewielki fragment łączy Bałtów poprzez Polskę z resztą Sojuszu i z Unią Europejską. Kreml musi więc patrzeć na te trzy plamki na mapie jak na jakąś narośl, obcą enklawę w swojej strefie wpływów. A dla Paktu Północnoatlantyckiego ta najdalej wysunięta placówka jest prawdziwym szańcem, miejscem, gdzie w powietrzu trwa mała wojna – o zaznaczenie obecności, pokazanie siły, przypomnienie, że na zapleczu politycznej gry jest zawsze ostateczny argument militarnej potęgi.