W piwnicach zakopiańskiego „Palace” — jednej z najokrutniejszych katowni Gestapo na Podhalu — osiemnastoletnia Helena Wanda Błażusiakówna wyryła na ścianie krótką modlitwę. Zrobiła to… własnym zębem, który jej wybito.
Muzeum Armii Krajowej przypomina postać Heleny Błażusiakówny, góralki, której wojenny wiersz zrobił światową karierę dzięki muzyce Henryka Mikołaja Góreckiego.
Wanda, lat 18, siedzi od 25 września 44
Helena miała osiemnaście lat, kiedy trafiła do piwnic zakopiańskiego „Palace” – gestapowskiej katowni Podhala. Pochodziła ze Szczawnicy, z domu nazywała się Błażusiak, a w konspiracji nosiła pseudonim „Lena”. Od początku wojny pomagała ojcu Stanisławowi „Pikowi” i bratu „Orzełkowi” w przeprowadzaniu żołnierzy przez „zieloną granicę” na Węgry, później została zaprzysiężona w AK jako łączniczka na trasie Szczawnica–schronisko na Lubaniu, gdzie leczyli się ranni partyzanci.
We wrześniu 1944 roku Niemcy otoczyli schronisko, część ludzi zastrzelili, resztę aresztowali. Helenę po brutalnym przesłuchaniu w Czorsztynie przewieziono do gestapowskiej katowni „Palace”.
Tam zaczęło się piekło: bicie, wieszanie na drzwiach, polewanie wodą. Podczas jednego z przesłuchań wybito jej zęby. Mimo tortur nie wydała nikogo – tak jak przewidywał ojciec, mówiąc: „Nie bójcie się, ona nikogo nie wyda”. W celi, pozbawiona narzędzi, jednym z wybitych zębów wydrapała na ścianie modlitwę i podpis:
Mamo, nie płacz, nie.
Niebios Przeczysta Królowo,
Ty zawsze wspieraj mnie.
Zdrowaś Mario, Łaskiś pełnaZakopane Palace, cela nr 3, ściana nr 3.
Błażusiakówna Helena Wanda, lat 18, siedzi od 25 września 44.
To lament córki skierowany do matki, ale też akt wiary wpisany w koszmar przesłuchań. Helena spędziła w „Palace” siedem tygodni. 22 listopada 1944 roku, w drodze „do obozu”, konwój więźniów został zaatakowany przez partyzantów; wyłamano drzwi wagonów, kazano więźniom uciekać. „Lena” zdołała przedrzeć się przez lasy do Nowego Targu, potem do rodzinnej Szczawnicy. Ciężko chora, w pełnej konspiracji była leczona w szpitalu aż do końca wojny. W PRL musiała ukrywać przeszłość AK-owską: przyjęła drugie imię, znana była jako Wanda Pawlik, mieszkała w Wadowicach, wychowała pięcioro dzieci. Zmarła 25 lipca 1999 roku.
Historia Heleny jest jedną z wielu opowieści o góralkach, które stawiały opór okupantowi: jako łączniczki, sanitariuszki, osoby ukrywające Żydów, działaczki konspiracji. Przez cele „Palace” przeszły setki kobiet – bite, upokarzane, poddawane eksperymentom, ale niełamiące się w śledztwie.
„Palace” – Gestapo w pensjonacie
Przed wojną budynek „Palace” był eleganckim pensjonatem — nazwę dobrano tak, by brzmiała jak „pałac wypoczynku”. „[…] zarówno w sezonie zimowym, jak i letnim wabił szerokimi taflami jasnych okien, wygodnymi tarasami, elegancją wnętrz i wreszcie znakomitą kuchnią — co zamożniejszych gości”, pisał Alfons Filar w książce „Palace, Katownia Podhala”.
Po zajęciu Zakopanego Niemcy urządzili tu komisariat Gestapo i więzienie śledcze. Kobiety w „Palace” były traktowane równie brutalnie jak mężczyźni, a pracujący tam funkcjonariusze Gestapo, na czele z SS-Hauptsturmführerem Robertem Philippem Weißmannem — komendantem Policji Bezpieczeństwa i SD w Zakopanem — odznaczali się wyjątkowym sadyzmem. Piwnice stały się salami tortur. Przewinęło się przez nie ponad 2000 osób.
Po wojnie budynek wrócił do funkcji pensjonatu; przez lata na ścianach istniały jeszcze napisy więźniów. W latach 90. część z nich zniszczono podczas przebudowy — bezcenne świadectwa przepadły. Dopiero w 2017 roku obiekt wykupił samorząd, a po konserwacji w 2024 roku otwarto tu Muzeum „Palace”, poświęcone okupacyjnym losom Podhala. Ekspozycja odtwarza także część z utraconych inskrypcji.
Górecki był wstrząśnięty
Jeszcze w latach 70. historię tę odkrył kompozytor Henryk Mikołaj Górecki. Po lekturze książki o zakopiańskim „Palace” dotarł do opisu kaźni w piwnicach budynku i natknął się na modlitwę Heleny Błażusiakówny. Prawdopodobnie później odwiedził to miejsce osobiście. Tekst, który młoda więźniarka wyryła w celi własnym zębem, kompozytor przepisał i włączył do swojej III Symfonii op. 36, znanej dziś na świecie jako „Symfonia pieśni żałosnych”.
Dzieło miało premierę w 1977 roku, a kilkanaście lat później zdobyło świat — nagrania trafiały na listy bestsellerów, a muzyka brzmiała w największych salach koncertowych i filmach. Górecki wybrał akurat te słowa, bo — jak mówił — w ich prostocie było „cierpienie, miłość i nadzieja matki i dziecka zarazem”.
Historia Heleny Błażusiakówny przypomina, że nawet w miejscu tortur powstawały słowa, które miały ocalić pamięć. A muzyka sprawiła, że jej cicha modlitwa z zakopiańskiej celi usłyszana została na całym świecie.
Kresy.pl / Interia / Muzeum AK / Gość.pl
Posłuchaj:
Czytaj też:
Jak Żeromski został dyktatorem Zakopanego. Rzeczpospolita Zakopiańska









