Po co nam Ukraina?

Ukraina jest potrzebna Polsce po to, żeby móc zmienić jej stosunek do UPA, a celem polskiej polityki zagranicznej powinno być dialogowanie z Kijowem w sprawie historii. Brzmi absurdalnie? Być może. Ale takich właśnie wniosków dostarczają nam konkluzje raportu podsumowującego badanie opinii publicznej przeprowadzone dla rządowego Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Tymczasem Polska nie potrzebuje Ukrainy zupełnie do niczego – z wyjątkiem jednej tylko rzeczy.

Póki co, to właśnie dzięki Ukrainie cały świat wie, że Polakom można bestialsko wymordować dziesiątki tysięcy obywateli, a ci nic z tym nie jest w stanie zrobić. Nawet autorzy konkluzji – Łukasz Adamski i Ernest Wyciszkiewicz – musieli napisać, że heroizacja UPA i oficjalnie głoszony przez Ukrainę negacjonizm wołyński jest skandalem, a słuszność mają podnoszący te kwestie w Polsce. Jednak, jak piszą Adamski i Wyciszkiewicz, wyciągnięcie „adekwatnych konsekwencji” jest uznawane przez polskich polityków, dyplomatów i ekspertów ds. międzynarodowych za „działanie na skroś szkodliwe”.

Zobacz także: Wicepremier Ukrainy otworzyła mauzoleum zabitych przez „polskich i węgierskich okupantów” [+VIDEO/+FOTO] 

Zadajmy sobie pytanie – skoro wyciąganie adekwatnych konsekwencji na podstawie słusznych obserwacji / postulatów / wniosków ma być „szkodliwe”, to właściwie do czego są potrzebni Polsce tacy politycy, dyplomaci, a szczególnie eksperci? Po co mamy opłacać z naszych podatków kogoś takiego, skoro okazuje się zupełnie bezużyteczny i szkodliwy właśnie?

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Przypomnijmy, że Ukraina to jedyny na świecie kraj świadomie i rozmyślnie blokujący na taką skalę ekshumacje wciąż niepogrzebanych obywateli polskich, którzy zginęli podczas II wojny światowej. Adamski i Wyciszkiewicz twierdzą, że wspomniani przez nich polscy politycy, dyplomaci czy eksperci zdają sobie sprawę, że w krótkiej perspektywie nie da się zmienić pamięci historycznej sąsiada – a szczególnie bez naszej „soft power” na Wschodzie. Jednak jaki „power” może mieć państwo, które wobec i tak dużo słabszego sąsiada nawet nie stawia żądań wynikających z elementarnych powinności względem własnych obywateli? Jak w ogóle mówić o polityce w takiej sytuacji?

Czytaj także: Ukraiński parlament zdecydował o uczczeniu w 2021 r. głównego organizatora Rzezi Wołyńskiej

Adamski i Wyciszkiewicz uważają jednak, że to właśnie polski brak konsensusu, co do tego, by nie wyciągać konsekwencji względem Ukrainy w związku z jej polityką historyczną, uniemożliwia dialog z Kijowem. Według nich brak ten jest „dostrzegany nad Dnieprem i bynajmniej nie zachęca tamtejszych decydentów do uwzględnienia polskich oczekiwań”. Zupełnie tak, jakby w Kijowie czekała kolejka polityków chętnych do uwzględniania polskiej perspektywy, a ich nazwiska były publicznie znane.

Jest to zdumiewająca w swej naiwności argumentacja. Wynika z niej, że głównym czynnikiem uniemożliwiającym egzekwowanie od Ukrainy naszych racji jest brak w Polsce powszechnej zgody na tolerowanie u sąsiada praktyk, które wykluczają go z grona cywilizowanych narodów. Ciężko zresztą oczekiwać szczerości intencji w tych kwestiach od kogoś, kto uważa – tak, jak właśnie Łukasz Adamski –  że polityka zagraniczna wobec Ukrainy nie może być bezwzględnie uzależniona od sytuacji Polaków w tym państwie. Zresztą, nawet w kwestii ekshumacji ofiar UPA Łukasz Adamski jest niekonsekwentny, wszakże chodzi właśnie o obywateli RP, a przecież – jak sam deklaruje –  w polityce zagranicznej preferuje on kryterium obywatelstwa jako przesądzające o identyfikacji narodowej i racji stanu. Nawet „ekspert ds. międzynarodowych” nie może uczciwie twierdzić, że powinność państwa polskiego wobec swoich wciąż nie mających grobu obywateli ustała z chwilą ich bestialskiej śmierci.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Celem polskiej polityki zagranicznej nie powinno być jednak dialogowanie z Ukrainą ani nawet przekonywanie jej do polskiej interpretacji historii. Pod tym względem należy wyznaczyć sobie mniej ambitne, ale bardziej realne cele. Wystarczy jedynie blokować ukraińskie interesy na arenie międzynarodowej tak długo, jak neo-banderyzm będzie inspirował tamtejszą politykę wobec zabitych obywateli polskich oraz ich żyjących potomków. Żądanie od jakiegokolwiek polskiego rządu, by zmieniał postrzeganie historii przez Ukraińców, jest oczekiwaniem daleko na wyrost.

Zobacz także: Węgry interweniują na forum NATO ws. działań Ukrainy wobec Węgrów z Zakarpacia

Polska nie potrzebuje z inspirowaną neo-banderyzmem Ukrainą żadnego dialogu i jest w stanie się obyć bez niego. Co więcej, Ukraina wcale nie jest Polsce do niczego potrzebna. Wyjątek stanowi to, by pełniła ona rolę bufora od głównej części Rosji, co i tak przecież dostajemy od Ukrainy za darmo. Wystarczy, że ta po prostu istnieje, a przecież to akurat nie jest wynikiem dialogu z kimkolwiek, lecz zrządzeniem historii (rozpad ZSRR) o dość trwałych skutkach. Ukraina istnieje, wprawdzie trochę mniejsza niż przed 2014, ale nadal pełniąc użyteczną dla nas rolę i nie mogąc nam pod tym względem zaszkodzić bez jeszcze dotkliwszych strat własnych. Z takiego założenia trzeba będzie wychodzić, jeśli na gruzach „giedroyciowskiego konsensusu” powstanie nowa polska polityka wschodnia.

Zobacz także: Boże, chroń nas przed „ekspertami”

Marcin Skalski

Czytaj kolejny artykuł
2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    1000_szabel :

    Wszystko w punkt. Jeśli ktoś by się bał, że Rosjanie mogliby sięgnąć po więcej Ukrainy, to już Jankesy dbają o to, by krzywda rezunom się nie stała, dozbrajając ich w zasadzie za darmo (efekt ukraińskiego lobby z Kanady i USA, które mają dość spore wpływy na Kapitolu. A to, że kolejne rządy nie mają żadnej koncepcji polityki wobec Ukrainy jest efektem, że od dekad rządzą nami moralni i intelektualni pokurcze, którzy nie potrafią stworzyć innej polityki zagranicznej, jak polityka klęcznikowa, obojętnie czy to wobec Berlina, Waszyngtonu, czy Moskwy. A skąd takie miernoty na stołkach? Odpowiedź na to też jest prosta, choć puszczana przez niemal wszystkich mimo uszu, bo niezbyt przyjemna dla naszego „ego”. My, każdy z nas razem i z osobna przyczynia się do takiego stanu rzeczy regularnie co 4 lata, w dzień wyborów parlamentarnych. Jedni, głosując na w/w pokurczów, drudzy – w ogóle nie oddając głosu. Dlaczego? Najczęściej przez własną głupotę, a do takiej zaliczam bojkot, lenistwo, brak głębszej lub wręcz jakiejkolwiek refleksji przy głosowaniu, znieczulica społeczna (do której także zaliczam brak zainteresowania sprawami kraju), intelektualną agonię. Bojkot jest głupotą, ponieważ sami pozbawiamy się jednego z podstawowych praw demokratycznych (a które JESZCZE mamy) i degradujemy nasze zdanie i głos do dosłownie niczego, jakbyśmy byli niczym. Lenistwo, ponieważ nam się nie chce, ale o konsekwencjach już nie myślimy. Znieczulica społeczna to już jest niemal nasz narodowy charakter. Kwestię obojętności w razie nagłego zagrożenia życia drugiego człowieka wprawdzie zauważamy (choć i tak nie wszyscy) i taka obojętność nasz bulwersuje. Ale to tylko jedna z wielu odmian znieczulicy. Inną jest obojętność na sprawy, które dzieją się w kraju i które dotykają jedną z grup społecznych, zawodowych i innych. Przykład: rolnictwo. Kiedy bez skrupułów zarzynano hodowlę trzody w PL, reagowali tylko sami rolnicy. Inne grupy nie. Kiedy przez ostatnią dekadę zabijano górnictwo, protestowali tylko górnicy. Inni nie, wymieniać można bez końca. Dlaczego?.. „Bo mnie to przecież nie dotyczy”, „bo to ich sprawa, więc niech oni walczą”, „bo mnie to nie obchodzi”, itp., itd. Tylko nikt nie pomyślał o tym, że następne posunięcie decydentów będzie dotyczyć bezpośrednio mnie, ale tych innych już nie będzie, żeby mogli mnie wspomóc w walce o moje istnienie, bo ich nie wsparłem, kiedy oni walczyli o przetrwanie. Czy to nie jest głupota? Brak większej refleksji, dlatego, że niestety są ludzie, którzy głosują na uśmiech widniejący na bilboardzie, na nazwisko, które gdzieś zasłyszeli, ale nie zainteresowało ich, kto to taki, co zrobił, czy jaki ma program. PRzepraszam, ale nasuwa mi się myśl, że równie dobrze można byłoby małpie dac do łapy mazak i kartę wyborczą i pewnie efekt byłby podobny.