Moje serce zostało w Połonnem

Ks. Józef Pawluk jeszcze do niedawna był franciszkaninem, członkiem Prowincji św. Michała Archanioła na Ukrainie.

Postanowił wystąpić z niego i zostać księdzem świeckim. Zrobił to jako wyraz protestu przeciwko jego ukrainizatorskiej linii i dyskryminowaniu Polaków, będących jego członkami. Nie był pierwszym, który rzucił z tego względu zakon, ale pierwszym, który postanowił zostać świeckim kapłanem, by móc nadal służyć Chrystusowi i polskości. Nie była to dla niego łatwa decyzja, ale głęboko przemyślana, z którą zmagał się miesiącami.

Jego droga do kapłaństwa i franciszkańskiego habitu była długa i trudna. Urodził się w 1950 r. w polskiej rodzinie we wsi Klekotyna, stanowiącej dzisiaj dzielnice Murafy. W 1967 r. ukończył szkołę średnią. Dwa lata później uzyskał dyplom technika ekonomisty. W 1977 r., po kilku latach studiów na Akademii Rolniczej, stał się też posiadaczem tytułu magistra rachunkowości rolnej. Wcześniej rzecz jasna odbył służbę wojskową w sowieckiej armii.

– Powołanie do kapłaństwa miałem od dziecka – mówi ten emanujący dobrocią postawny zakonnik, zawsze chodzący w habicie.

Jego realizacja była jednak bardzo trudna. Poszedłem do spowiedzi do księdza Chomickiego w Murafie i powiedziałem mu, że chcę zostać kapłanem i prosiłem go, by pomógł mi wstąpić do seminarium w Rydze. On wziął mnie chyba z nadmiaru ostrożności za kogoś „podesłanego” i oświadczył, że nic pomóc mi nie może. Kazał mi się dużo modlić i odesłał z kwitkiem. Dopiero po ukończeniu Akademii, kiedy skierowano mnie do pracy do Szepinek, z których pochodził słynny Marian Tokarzewski nadarzyła mi się okazja spotkania kogoś, kto mógł pomóc w zostaniu księdzem. Na odpuście w Barze spotkałem się z podziemnym księdzem Henrykiem Mosingiem. Ten od razu zapytał mnie, czy chcę zostać kapłanem, bo jeżeli tak, to on może pomóc. Zaprosił mnie do siebie do Lwowa, ukazując możliwość „podziemnych” studiów teologicznych. Jednocześnie ks. Bronisław Biernacki na odpuście w Brahiłowie zasugerował, bym spróbował oficjalnej drogi w seminarium w Rydze. Dał mi do niego skierowanie. Rektor placówki od razu powiedział, żebym z legalna drogą do kapłaństwa dał sobie spokój. Wytłumaczył mi, że nigdy nie zgodzą się na to, by ktoś, kto tak, jak ja, ma wyższe wykształcenie, został przyjęty do seminarium chyba, że zostanie donosicielem. Doradzał mi drogę „podziemną”. Zajął się mną wtedy ojciec Darzycki. Miałem przydzielanych profesorów, z którymi przerabiałem poszczególne teologiczne przedmioty. Był wśród nich m.in. ks. prof. Henryk Mosing, do którego jeździłem do Lwowa i późniejszy biskup kamieniecki Jan Olszański, wówczas proboszcz w Mańkowcach. Szczególnie dramatyczne były moje wyjazdy do Mańkowiec. Ksiądz Jan zawsze pytał – czy nie mam ogona? Jeździłem też na Litwę, gdzie tamtejsi profesorowie przygotowywali mnie z innych przedmiotów przewidzianych w programie seminarium. W sumie kształciłem się od 1978 do 1988 r. Prawie jedenaście lat!

Ojciec Jan mówi o tym wszystkim ze skromnością bez podkreślania, ile czasu, zdrowia i odwagi musiał wykazać, by dojść do kapłaństwa i służyć Chrystusowi przy ołtarzu. Tylko nielicznym młodym ludziom, którzy zdecydowali się na „podpolne” seminarium udało się wytrwać na obranej drodze. W sumie z trzydziestu entuzjastów tylko ośmiu zostało wyświęconych. Ojciec Jan został wyświęcony w Polsce w Kalwarii Zebrzydowskiej w 1988 r. Wcześniej w 1985 r. potajemnie na Litwie, z rąk internowanego kardynała Vincentasa Sladkeviciusa, otrzymał święcenia diakonatu. Świadkami tego aktu był ks. Bronisław Biernacki i ks. Józef Obrembski z Mejszagoły. Jednocześnie realizował on franciszkańską drogę. W 1984 r. wstąpił formalnie do podziemnej wspólnoty. W 1985 r. złożył śluby czasowe, a następnie przygotowywał się do przyjęcia święceń kapłańskich we franciszkańskim seminarium w Polsce. W wyniku gorbaczowowskiej pierestrojki, rozluźnienie nadzoru policyjnego nad Kościołem nastąpiło na tyle, ze do Miastkówki mogli przyjeżdżać jako nieoficjalni goście profesorowie z Wyższego Seminarium Duchownego z Kalwarii Zebrzydowskiej o. Bernardynów, by dokształcać „podpolnych” kleryków.

-We wrześniu 1988 r. byłem gotowy do święceń i otrzymałem prywatne zaproszenie umożliwiające mi wyjazd do Polski – wspomina o. Duklan – Przyjechałem do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie jeszcze raz musiałem zdać egzaminy z: teologii dogmatycznej, moralnej, prawo kanoniczne, liturgikę i katechetykę. Wtedy zostałem wyświęcony. Po powrocie na Ukrainę przyjechałem do Miastkówki, nie miałem co marzyć o otrzymaniu oficjalnej rejestracji. Mogłem pracować tylko jako „podpolny” kapłan, na co ks. Antoni Chomicki jako administrator apostolski wyraził zgodę. Pracowałem głównie jako spowiednik. Przez półtora roku wyspowiadałem kilkanaście tysięcy osób. W Miastkówce siadałem w słynnym konfesjonale o. Darzyckiego. Najpierw on wchodził do niego od frontu i spowiadał kilka osób z kolejki. Później wychodził ukradkiem z tyłu i ja go zastępowałem. Nie zawsze ten chwyt był skuteczny. Zdarzało się, że ludzie rozpoznawali, że to nie o. Darzycki siedzi w konfesjonale. Jedna z penitentek powiedziała mi – głos słyszę, ale księdza nie poznaję i odeszła od konfesjonału. Podobny przypadek miałem z niewidomą babcią na jednej z pobliskich wiosek. Gdy usiadłem na skraju łóżka, złapała mnie za kolano i nie wyczuła sutanny, stwierdziła, że nie jestem księdzem. Nie pomogły tłumaczenia, że przysłał mnie ks. Darzycki. Znała zwyczaje o. Darzyckiego i wiedziała, że bez sutanny bo do chorej nie przyszedł. Dopiero jak w jej chałupie wyspowiadałem kilkanaście osób przekonała się, że jestem kapłanem i zgodziła się przystąpić do sakramentu. W 1990 r. ks. Jan Olszański zaproponował mi rozpoczęcie starań o zgodę na oficjalną pracę w charakterze kapłana. Powiedział mi, że rozmawiał już z pełnomocnikiem d.s. religii w obwodzie chmielnickim, który obiecał mu, że da zgodę na rejestrację „podziemnych księży”, jeżeli tylko się do niego zgłoszą. Gdy powiedziałem o tym ks. Darzyckiemu ten oświadczył, że jeżeli chcą zarejestrować księży z „podpolia” w Obwodzie Chmielnickim , to i w sąsiednim Winnickim nie będzie inaczej. Jutro pojedziemy do pełnomocnika i zaczniemy starania. Ojciec Martynian był moim przełożonym, więc nie mogłem protestować. Następnego dnia zgłosiliśmy się do pełnomocnika, ale sprawa nie okazała się taka łatwa – A co to za ksiądz? – spytał się. Zażądał przedstawienia dokumentu potwierdzającego, że jestem księdzem jako wstępnego warunku dalszej rozmowy. Zaświadczenia z Polski rzecz jasna nie mogłem przedstawić, bo takich władze sowieckie nie honorowały. Kując żelazo póki gorące, wkrótce wraz z o. Turowskim, który był świadkiem na moich święceniach, pojechaliśmy do Rygi do kardynała Juliana Vaivodsa, żeby niezbędne zaświadczenie uzyskać. Hierarcha nas przyjął, wysłuchał i oświadczył, że się zastanowi. Po trzech godzinach wezwał nas ponownie i kazał o. Turowskiemu z najdrobniejszymi szczegółami opisać, jak wyglądało moje święcenie. W końcu istotnie uwierzył, że byłem wyświęcony przez kardynała i dał mi zaświadczenie z którego wynikało, że o. Turowski widział, jak byłem święcony i on to potwierdza. Było to oczywiście trochę pokrętne, bo nie wynikało z niego, ani kto mnie wyświęcił, ani też, jak zdobyłem kapłańskie wykształcenie. Wiedziałem, że pełnomocnik z pewnością będzie o to pytał. Zasięgnąłem więc rady moich przewodników, co mam mu powiedzieć. Darzycki kazał mi wmówić mu, że to tajemnica, której nie mogę ujawnić. Ks. Olszański natomiast radził, bym powiedział, że do kapłaństwa przygotowywali mnie kapłani, którzy już nie żyją, tacy jak Józef Kuczyński i Bronisław Drzepecki. Zastosowałem się do tej drugiej rady. Pełnomocnik, gdy to usłyszał, zaczął się śmiać i sam dodał, że biskup, który mnie święcił też pewnie zmarł. Potwierdziłem to skwapliwie mówiąc, że był to bp Walerian Zondaks z Łotwy, który zmarł w 1986 r. Pełnomocnik ostatecznie dał się przekonać i za trzy dni kazał się zgłosić z życiorysem. Był to znak, że myśli o wydaniu mi sprawki. Gdy przyjechałem o dziewiątej rano, pełnomocnik zamknął mnie w specjalnym pomieszczeniu i zabrał życiorys mówiąc, że musi sprawdzić zawarte w nim dane. Trzymał mnie w nim aż do piątej po południu. Mój kolega Giennadij Siciński także „podziemny kapłan” zaczął się już niepokoić i poszedł do pełnomocnika oświadczając mu, że beze mnie z budynku nie wyjdzie. Punktualnie o piątej pełnomocnik przyszedł do mnie i wręczył mi sprawkę, na podstawie której mogłem obsługiwać parafie w Miastkówce, Czeczelniku i Tomaszpolu.

Po otrzymaniu sprawki o. Jan Duklan przeniósł się do Czeczelnika, gdzie zajął się restauracją odzyskanego kościoła, a później w latach 1995-2002 pracował w Połonnem, przygotowując tamtejszą świątynię i parafie do jubileuszu czterechsetlecia. Następnie wrócił do Miastkówki, gdzie przez kilka lat dbał, by spuścizna, jaką pozostawił po sobie o. Darzycki nie uległa zaprzepaszczeniu. Na jego barkach spoczywał też obowiązek opieki nad samym dostojnym jubilatem, któremu Pan Bóg dał długie życie, by mógł dać świadectwo.

Po ostatniej kapitule uznał, że w zakonie nie ma dla niego miejsca. Nie chciał przykładać ręki do niszczenia polskości. Bolała go zwłaszcza sytuacja w Połonnem, któremu poświęcił sporo uwagi. Choć posługiwał w różnych parafiach, to jednak posługę w Połonnem zapamiętał najbardziej.

– Moje serce zostało w Połonnem – wspomina ze łzami w oczach – To była, w czasach, w których posługiwałem, prawdziwa twierdza wiary i polskości. Każdy Polak, który przekroczył bramę dziedzińca kościoła mówił tylko po polsku. Połońscy wierni z ogromnym zaangażowaniem pomagali mi w remoncie świątyni wierząc, że tu zawsze będą u siebie. Dziś to niestety przeszłość. Nie mogę zboleć, że moi byli współbracia przyłożyli rękę do zniszczenia tamtejszej polskości, uniemożliwiając jej odrodzenie.

Marek A. Koprowski

Zobacz także:

Kościelne rugi w Połonnem

Kościelne rugi w Połonnem w świetle Bożego Słowa

Inkulturacja czy Ukrainizacja

Nie lękajcie się




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    parafianin :

    Не для того есть свет,чтобы его держать под колпаком.Герой статьи источает гордыню, некомпетентность,невежество, злобу и самую обыкновенную грубость. у меня была возможность, как у прихожанина, внимательно посмотреть на то, что он делает. Если бы не его ограниченность, я бы подумал, что он диверсант.