Giedroyciowcy i łukaszenkofile – do rezerwatu

Osoby usprawiedliwiające prześladowania Polaków na Białorusi bezmyślną polityką wschodnią III Rzeczypospolitej są takimi samymi szkodnikami, jak ci, którzy zbrodnię wołyńską  usprawiedliwiają polityką narodowościową II RP – pisze Marcin Skalski.

„Nie ma się co dziwić Łukaszence”, „Polacy sami się doigrali”, „Białoruś po prostu nie chce, by ktoś wtrącał się w jej wewnętrzne sprawy” – to tylko jedne z wielu komentarzy, na jakie można się natknąć w Internecie w reakcji na aresztowanie polskiej działaczki z Brześcia Anny Paniszewej. Wbrew pozorom, nie są to komentarze tłumaczone na polski z jednego z języków naszych wschodnich sąsiadów. Tak piszą sami Polacy. Na ogół są to zresztą ci sami Polacy, którzy nie posiadają się z oburzenia chociażby wtedy, gdy MSZ prawie wcale nie reaguje na politykę historyczną Ukrainy.

Zobacz także: Władze Białorusi rozszerzają szykany na kolejne polskie organizacje społeczne

Moralne dno

Nie zdążyliśmy nawet ochłonąć po tym, jak prezydencki doradca w sprawach polityki bezpieczeństwa zaprzeczył, by na Wołyniu doszło w latach ’40 do ludobójstwa. Pokrętna argumentacja Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego była zresztą nie tylko demonstracją żyrowania ukraińskiej interpretacji wydarzeń z czasów II wojny światowej i tuż po niej. Konsekwentne jej stosowanie w badaniach historycznych prowadzi również do wniosków bliskich wręcz „kłamstwu oświęcimskiemu”. Ż vel G twierdzi bowiem, że na Wołyniu nie doszło do ludobójstwa wedle definicji Rafała Lemkina, gdyż celem tej czystki etnicznej nie było zniszczenie całości narodu polskiego, lecz „tylko” jego części zamieszkującej Kresy płd-wsch. Na uwagę redaktora Kresów.pl Karola Kaźmierczaka, iż takie kryterium wyklucza nazwanie ludobójstwem także Operacji polskiej NKWD, Ż vel G odparł, że NKWD mordowało bezbronną ludność cywilną, a na Wołyniu… niekiedy dochodziło do aktów oporu. Na podobnej zasadzie musielibyśmy zaprzeczyć wszakże, by holokaust Żydów był ludobójstwem z uwagi na akt oporu w getcie warszawskim w kwietniu 1943.

Zobacz także: Żurawski vel Grajewski: rzeź wołyńska nie była ludobójstwem

„Pan sięga dna” – odpowiedział w końcu Żurawskiemu vel Grajewskiemu red. Kaźmierczak. Trudno o lepszą charakterystykę oponenta, który w międzyczasie posunął się wręcz do tego, by konieczność utrwalania banderowskich pomników na terytorium RP uzasadnić możliwym – nieproporcjonalnie dotkliwym – rewanżem ze strony ukraińskiej wobec pomników polskich. Właściwie to zabrakło przy tym jedynie pouczenia, że jak Polacy będą niegrzeczni, to Ukraińcom nie pozostanie nic innego, jak ukarać nas i wjechać buldożerami na Cmentarz Orląt. Żurawski vel Grajewski z góry przecież zakłada, że Polska nie może, nie chce bądź nie powinna wykorzystywać swojej przewagi w stosunkach z Ukrainą. A ponieważ Polska nie powinna reagować na akty zniewagi i zuchwałe żądania Ukraińców, to my – niesłusznie reagując – mamy jedynie to, na co zasłużyliśmy. Zresztą, Wołyń też podobno „nie wziął się znikąd”, prawda?

Zobacz także: Lider Związku Ukraińców w Polsce uważa, że likwidacja pomnika UPA może doprowadzić do skutków jak po 1938 r.

Solidarność Polaków

Tak, łukaszenkofile. Wy, którzy piszecie, że Polacy na Białorusi „doigrali się”, bo rząd RP prowadził bezmyślną politykę wschodnią, wcale nie jesteście lepsi ani mniej szkodliwi dla polskiego narodu, niż cyniczni i amoralni giedroyciowcy. Osoby usprawiedliwiające prześladowania Polaków na Białorusi – bez wątpienia dywersyjną wobec Łukaszenki polityką III Rzeczypospolitej – są takim samym moralnym dnem, jak ci, którzy zbrodnię wołyńską tłumaczą polityką narodowościową II RP. Krytycy samej choćby idei wyrażenia naszej solidarności z prześladowanymi na Białorusi Polakami są równie szkodliwymi cynikami jak ci, dla których głównym problemem w relacjach polsko-ukraińskich są postulaty środowisk kresowych, a nie kolejne upokorzenia serwowane przez Kijów Warszawie.

Co więcej, łukaszenkofile okazują się równie naiwni i dziecinni przy ocenie złożoności rzeczywistości międzynarodowej, jak sami giedroyciowcy. Ci ostatni wszak wszystkich, którzy występują przeciwko Rosji, zaliczają w poczet przyjaciół Polaków. Łukaszenkofile z kolei białoruskiego prezydenta traktują niemal jak brata-łatę tylko dlatego, że nie jest typowym nacjonalistą i rzekomo nie prześladuje Polaków na Białorusi. Jedni i drudzy przypominają zagubione dziecko, które rozpaczliwie rozgląda się za panią przedszkolanką. Brak orientacji w otoczeniu międzynarodowym, a wręcz poszukiwanie opiekuna czy choćby przyjaciela na dobre i na złe, uproszczone oceny rzeczywistości – żadna z tych postaw nie ma nic wspólnego z polityką jako grą złożonych interesów.

Być może z uwagi na powyższe łukaszenkofile nie rozumieją, że wyrazy solidarności z Polakami na Białorusi nie są tym samym, co podpisywanie się pod polityką wschodnią III RP, która na Białorusi ponosi zresztą spektakularną klęskę także z punktu widzenia pryncypiów giedroyciowskich. Zachodzi bowiem zupełnie odwrotny proces, niż ten, któremu oficjalna polska polityka miała sprzyjać. Łukaszenko naprzemiennie zduszał i przeczekiwał falę protestów przeciwko sobie, publicznie ogłaszając w końcu, że gwarantem suwerenności Białorusi jest Rosja. W ten sposób, faktycznie nie mając nic do stracenia, ale i do zyskania z kierunku zachodniego, uderzył z całą mocą w Polaków.

Tak, właśnie. Nie w abstrakcyjną Polskę, nie w III Rzeczpospolitą, nie w same struktury państwa polskiego, ale właśnie w Polaków ogółem. Łukaszenko udowodnił ostatnią antypolską kampanią, że nie chodzi o marginalny nawet w skali środowisk narodowych kult Romualda „Rajsa” Burego, nie chodzi też o konsula w Brześciu czy Grodnie. Jego celem jest uderzenie w Polaków jako całość. W oficjalnych mediach białoruskich trwa kampania wymierzona w Polskę, w jej historię, w tym w te jej odsłony, które bez wątpienia nie są jakkolwiek obciążone, a z których my dziś możemy być dumni. Białoruska propaganda państwowa określa mianem „nazistów” en masse wszystkich Żołnierzy Wyklętych bez rozróżnienia na zbrodniarzy i nie-zbrodniarzy.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Co więcej, Łukaszenko nie bawi się już nawet w pozory dobrosąsiedzkich stosunków, które starają się zachowywać Litwa czy Ukraina w ramach „sojuszniczej poprawności” (zazwyczaj „życzliwie” dając Polsce do zrozumienia, że kresowe postulaty są na rękę Putinowi). Solidarność z miejscowymi Polakami nie jest więc tym samym, co popieranie Dworczyka, Romaszewskiej czy Biełsatu, jakkolwiek krytycznie byśmy się odnosili do tych ostatnich. Jest elementarnym odruchem zbiorowości, która przynajmniej samą siebie chce traktować serio.

Polacy wrogiem Łukaszenki

Gdyby nawet priorytetem polskiej polityki względem Białorusi były prawa tamtejszych Polaków, nie powstrzymałoby to pryncypialnych łukaszenkofili  od kibicowania Łukaszence przeciwko własnej wspólnocie narodowej. Ingerencja w wewnętrzne sprawy obcego państwa – bo rzekomo to ma być katalizatorem prześladowań kresowych rodaków – byłaby podstawowym modus operandi, gdybyśmy mieli podjąć próbę egzekwowania od Łukaszenki przestrzegania praw kresowych Polaków. Bo czy teraz Polska nie ingeruje w wewnętrzne sprawy obcego państwa, gdy nawet nieudolnie próbuje domagać się od Ukrainy ekshumacji kości pomordowanych Polaków? Z drugiej strony – czym różni się pozostawienie bytu Polaków znad Niemna, Muchawca czy Berezyny w gestii Łukaszenki od naiwnego oczekiwania dobrej woli od Ukrainy? Czym różnią się „dobre rady” Ż vel G względem oszczędzania banderowskich upamiętnień na terytorium Polski od tych, którzy wzywają do niedrażnienia Łukaszenki na tle permanentnie złego traktowania tamtejszej mniejszości polskiej? Pod względem politycznej głupoty / cynizmu (niepotrzebne skreślić) jest to przecież dokładnie to samo zjawisko.

Nawet przyjmując cyniczne założenie, że należy uznać gniew Łukaszenki skupiający się na miejscowych Polakach za zasadny, to wszędzie tam, gdzie dany rodak doświadcza prześladowań ze względu na swoją narodowość, jesteśmy zobowiązani okazać mu solidarność. Tyczy się to przede wszystkim właśnie takich osób jak Anna Paniszewa z Brześcia. Łukaszenko uderzył z całą bezwzględnością właśnie w organizację Paniszewej niejako na przekór swoim kibicom nad Wisłą. Paniszewa bowiem nijak nie pasuje do wizerunku stereotypowego szwarccharakteru kreowanego przez łukaszenkofilów. Prowadząca legalną (!) z punktu widzenia białoruskiego prawa organizację, stroniąca od polityki, niezaangażowana w działalność skonfliktowanego z miejscową władzą Związku Polaków na Białorusi, mało obecna medialnie i pozbawiona wpływów w polskim rządzie Paniszewa stanowi na swój sposób przeciwieństwo prezes ZPB Andżeliki Borys. Tymczasem, nawet daleko nieroztropna postawa tej ostatniej – włącznie z bezpośrednim zaangażowaniem sprawy polskiej na Białorusi w tak niepewną inwestycję, jak obalenie Łukaszenki – nie zwalniałaby nas od obowiązku wspierania Andżeliki Borys w analogicznej sytuacji.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Sam pretekst do prześladowania Paniszewej ze strony propagandy białoruskiej – rzekome czczenie morderców ludności białoruskiej – jest tyleż niewiarygodny, co wcześniejsze bojowe oświadczenia Łukaszenki dotyczące zamiarów odzyskania przez Polskę Grodna po osławionym tweecie Tomasza Sommera. Polityczne dzieci we mgle – obecnie łukaszenkofile, jak i wcześniej giedroyciowcy – mylą bowiem propagandowy pretekst z realnymi intencjami. A tą intencją jest ze strony władz Białorusi wskazanie wroga zewnętrznego i wewnętrznego oraz konsolidacja społeczeństwa wokół zadania obrony przed nim. Na tego wroga zostali wytypowani Polacy.

Wynaradawianie Polaków na Białorusi

W istocie Aleksander Grigoriewicz Łukaszenko nigdy nie miał Polakom na Białorusi niczego do zaoferowania. Największa polska mniejszość na Kresach II RP wciąż dysponuje najskromniejszymi zasobami spośród wszystkich trzech państw władających tą częścią polskiego terytorium sprzed 1945. Na Litwie, a nawet i na Ukrainie wciąż jest więcej państwowych szkół z polskim językiem nauczania, niż na Białorusi rządzonej przez jakoby „propolskiego Łukaszenkę”. Nie jest też prawdą, że ograniczanie praw Polaków nastąpiło dopiero teraz czy nawet po 2005 roku i konflikcie wokół Związku Polaków na Białorusi – za który łukaszenkofile obarczają jednostronnie Andżelikę Borys. Już w roku 2000, po 4-letnich staraniach działającego wówczas legalnie Związku Polaków na Białorusi miejscowe władze wbrew wcześniejszym obietnicom ogłosiły, że jednak nie powstanie polska szkoła w Nowogródku. To, co rzeczywiście było haniebne ze strony polskich władz, to stwierdzenie ówczesnego MSZ, iż „budowa szkoły polskiej w Nowogródku nie leży w interesie mniejszości polskiej w Republice Białoruś”. Władze Polski niewątpliwie poszły więc na rękę Białorusi i to kosztem własnych rodaków.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Tymczasem nawet zapomniana już odwilż z Łukaszenką za rządów PiS nie przyniosła oczekiwanych skutków, a i od początku jej celem nie była przecież poprawa położenia Polaków, lecz odciągnięcie Białorusi od Rosji. W tym celu Polska zasygnalizowała zresztą gotowość do skasowania telewizji Biełsat, mającej być główną kością niezgody w stosunkach z Mińskiem. Po czasie okazało się, że przywódca Białorusi jedynie zamarkował ocieplenie stosunków z Polską celem lewarowania swojej pozycji wobec Moskwy, ale zasadniczego wektora swojej polityki nie zmienił. Koniec odwilży na linii Warszawa-Mińsk był więc i tak kwestią czasu, choć wydarzenia z przełomu 2020 i 2021 sprawiły, że koniec ów stał się gwałtowniejszy. I jak giedroyciowcy od początku lekceważyli fakt, że Łukaszenko weźmie na zakładnika naszych rodaków, tak łukaszenkofile temu teraz przyklaskują. Trudno nie określić tych dwóch postaw mianem obrzydliwych.

Zobacz także: Zamknięcie Biełsatu – w dobrym kierunku, ale za szybko

Mordercy Polaków – bohaterami

Mówimy cały czas o aparacie władzy, który na oczach kresowych Polaków honoruje na poziomie państwowym katów ich przodków, jak miało to miejsce w Grodnie na początku 2019 roku, a więc jeszcze w trakcie rzeczonej „odwilży”. Mówimy również cały czas o państwie, w którym dzień sowieckiej agresji na Polskę jest upamiętniany w nazwach ulic. Tablica poświęcona Romanowi Szuchewyczowi na polskiej szkole we Lwowie ma swój analog W Grodnie – siedziba tamtejszego Związku Polaków mieści się przy ulicy Dzierżyńskiego, na rogu ulicy… 17 września.

Zobacz także: Białoruś: dla władzy Polacy to bandyci – dla opozycji Polaków w ogóle nie było [+FOTO]

W podręcznikach szkolnych Armia Krajowa przedstawiana jest z kolei jako zbrodniarze. Tablicę poświęconą funkcjonariuszom NKWD walczącym z „bandytami” w latach 1944-47 (czyli z polskim podziemiem niepodległościowym) odsłonięto również w Lidzie, jednym z głównych skupisk Polaków na Białorusi. Część z nich dożywa tam dziś swoich dni w aurze „bandytów” tylko za to, że walczyli w polskim mundurze o polskie Kresy. Czy naprawdę mamy więc prawo uważać, że gdyby nie Andżelika Borys / polityka III RP / cokolwiek innego, to ulice białoruskich miast nosiłyby imiona Obrońców Grodna 1939 bądź Anatola Radziwonika „Olecha”, skądinąd etnicznego Białorusina? Warto przy tym odnotować, że w 2013 roku krzyż postawiony na prywatnej posesji(!) ku pamięci „Olecha” został spiłowany przez „nieznanych sprawców”, a za jego postawienie i modlitwę przy nim na karę grzywny została skazana prezes Stowarzyszenia Żołnierzy AK na Białorusi pani pułkownik Weronika Sebastianowicz.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Zobacz także: Zniszczono AK-owski krzyż na Białorusi

Przykłady godzącej w kresową polskość polityki historycznej władz Białorusi można zresztą mnożyć i nie jest to zjawisko nowe bądź uwarunkowane aktualnie złymi stosunkami z administracją Łukaszenki. Różnica między władzami Białorusi a chociażby post-majdanową Ukrainą polega jedynie na efekcie świeżości, ale już nie na kryterium skali. Nie ma istotnego powodu, by w imię geopolitycznych mrzonek – giedroyciowskich bądź ich karykaturalnych lustrzanych odbić – przymykać oko na jedno lub drugie. A przecież w oczach łukaszenkofili antypolski kurs obecnej Białorusi ma uchodzić naszej uwadze właśnie dlatego, że jej przywódca nie jest nacjonalistą typu litewskiego czy ukraińskiego oraz nie lubi „kolorowych rewolucji”, które na Ukrainie utorowały banderowcom drogę do rządu dusz. Według niektórych te dwa przymioty Łukaszenki uprawniają do niezgodnych z prawdą stwierdzeń, że nie prześladuje on Polaków.

Odwrócony giedroycizm

Tymczasem jedyna różnica po stronie polskiej to taka, że Białoruś nie jest akurat stręczona społeczeństwu jako rzekomy sojusznik. Łukaszenkofile zacierają zaś granicę między kontestowaniem głupiej polityki wschodniej polskiego rządu, a sympatią do tych, których polski rząd zwalcza z bezmyślnych pobudek tej polityce przyświecających. Według polskich zwolenników Łukaszenki realia Kresów Wschodnich funkcjonują na zasadzie dźwigni: jeśli szowiniści litewscy bądź ukraińscy dociskają tamtejszych Polaków, to (zgodnie z obiektywną prawidłowością) nacisku tego nie wywiera „nieszowinistyczny” Łukaszenko. Truizmem jest stwierdzenie, że giedroyciowcy z kolei stosują odwrócony paradygmat: Polacy na Białorusi podlegają represjom zorientowanego na Wschód autokraty, zaś ci na Litwie i Ukrainie są przecież równoprawnymi obywatelami prozachodnich państw demokratycznych i mają się cieszyć pełnią swobód. Prostacka dychotomia poraża w obydwu przypadkach i nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Zobacz także: Białoruski minister i milicjanci uczcili funkcjonariuszy NKWD walczących z Polakami [+FOTO]

Zobacz także: Związek Polaków na Białorusi prosi o interwencję władz RP w sprawie znieważania Armii Krajowej

Polskie zoo

W osobnej zagrodzie w zoo znajdują się z kolei przedstawiciele gatunku wrogo zapatrującego się zarówno na banderowców, na litewskich szowinistów, ale i na Łukaszenkę. Dla nich przyjacielem na dobre i na złe ma być antyłukaszenkowska białoruska opozycja, której nacjonalizm – będący jeszcze jakoby in statu nascendi – wciąż ma szansę na pogodzenie z polską pamięcią i wrażliwością historyczną na dawnych Kresach. Ma to mieć miejsce w wyniku zastosowania paradygmatu dawnych „krajowców” w byłym Wlk. Ks. Litewskim. Pojawiają się przy tym niedorzeczne uroszczenia, jakoby Białorusini byli „prawdziwymi Litwinami” i to właśnie z nimi będzie można budować upragnioną, prawdziwie wielonarodową Rzeczpospolitą jagiellońską. Konflikt pamięci z białoruskimi narodowcami został zresztą zauważony przez środowisko polskich działaczy młodzieżowych z Grodzieńszczyzny chociażby na tle sporu o postacie Wincentego („Kastusia”) Kalinowskiego czy samego Tadeusza Kościuszki. Ponownie działa tu prostacka dychotomia – dostrzegający antypolskość Łukaszenki automatycznie przypisują jego oponentom na Białorusi polonofilię, a nawet chęć zawarcia z Polską sojuszu.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Zobacz także: Kogo prowokuje polskość Wincentego Kalinowskiego?

Zobacz także: Czy Białorusini są „prawdziwymi Litwinami”? O giedroycizmie tylnymi drzwiami wchodzącym

Podobnie i giedroyciowcy przypisują chęć budowy sojuszu czy również nowej wielonarodowej Rzeczpospolitej od morza do morza każdemu, kto jest antyrosyjski i właśnie Łukaszenko był tu elementem niepasującym do misternej układanki geopolityków rodem z baru mlecznego. Białorutenofile, giedroyciowcy i łukaszenkofile niewątpliwie konkurują o palmę pierwszeństwa w dziedzinie głupoty, bo inaczej nazwać się tego nie da.

Tymczasem głupota polskich zwolenników Łukaszenki byłaby może zabawna, gdyby nie była szkodliwa. Ludzie dający wyraz swojemu oburzeniu na barbarzyńskie praktyki Ukrainy względem szczątków ofiar UPA, a zarazem kibicujący represjom wobec Polaków na Białorusi, udowadniają, że wcale nie zależy im na Kresach. Przedstawiając się jako obrońcy Polaków na odcinku litewskim czy ukraińskim, łukaszenkofile szkodzą sprawie kresowej być może jeszcze bardziej, niż giedroyciowcy. Ci ostatni przynajmniej nie ukrywają, że poświęcą interes narodowy na Kresach, gdziekolwiek by przyszło o niego zabiegać.

Tak czy inaczej – jednym i drugim wara od Kresów, Kresowian i naszego szeroko rozumianego środowiska. Ich miejsce nie jest w polityce, lecz w rezerwatach, gdzie normalna część narodu mogłaby słuchać dyskusji o wyższości banderowców nad Łukaszenką bądź na odwrót, a może i od czasu do czasu zobaczyć też ostatnich „prawdziwych Litwinów”.

Marcin Skalski

Tagi: , , , , , , ,
forma płatności