NBP: rosnący brak rąk do pracy w Polsce sprzyja wzrostowi płac

Brak rąk do pracy będzie coraz bardziej widoczny, ale sprzyja to wzrostowi płac – wynika z ostatniego raportu Narodowego Banku Polski.

Jednym z wniosków raportu opublikowanego w tym tygodniu przez Narodowy Bank Polski jest stwierdzenie, że w nadchodzących latach w Polsce będzie brakowało rąk do pracy. Jak tłumaczy Katarzyna Saczuk z NBP, liczba osób wchodzących na rynek pracy jest znacznie niższa, niż tych, którzy przechodzącą na emeryturę. To zmniejsza dostępność pracowników. Jej zdaniem, liczba przyjeżdżających do Polski Ukraińcówi innych imigrantów zarobkowych jest za niska, żeby wypełnić tę lukę.

Saczuk dodaje, że w najbliższych latach sytuację mógłby poprawić wzrost aktywności zawodowej Polaków: powrót do pracy osób w wieku przedemerytalnym albo promowanie aktywności wśród, jeszcze uczących się młodych osób. Ekspert NBP uważa, że jednym ze sposobów pozyskiwania potrzebnych pracowników mogą być zachęty do pracy dla kobiet wychowujących dzieci.

Autorzy raportu wskazali, że procesy demograficzne i wynikająca z nich coraz mniejsza liczba pracowników na rynku sprzyjają wzrostowi wynagrodzeń Polaków.

Z kolei jak wynika z prognozy firmy doradczej Korn Ferry Hay Group udostępnionej „Rzeczpospolitej”, Polscy pracownicy mogą się spodziewać, że ich realne wynagrodzenie wzrośnie w przyszłym roku o 3,8 proc.Byłby to wynik wyższy zarówno od średniej europejskiej, jak i światowej. Tam płace po uwzględnieniu inflacji zwiększą się szacunkowo o 2,3 proc. Jak wynika z badań, niemal wszyscy z badanych pracodawców (98 proc.) planują zwiększyć płace na podstawowych stanowiskach pracowników operacyjnych i robotników.

Przeczytaj: „Rzeczpospolita”: Polacy zarobią więcej

Firmy zwiększają płace przez brak rąk do pracy

W październiku „Rzeczpospolita” podawała, że blisko trzy czwarte polskich firm przyznaje, że ma trudności z pozyskaniem pracowników. Zdaniem ekspertów to m.in. efekt rozwoju gospodarki przy jednoczesnej emigracji Polaków. Sytuacja ta wzmagała presję płacową i skłaniała przedsiębiorców do podwyżek.

Dziennik prognozował, że obecne umiarkowane tempo wzrostu płac niebawem może przyspieszyć. Każdego miesiąca przybywa firm, które mają trudności ze znalezieniem pracowników. Obecnie przyznaje to 72 proc. pracodawców, natomiast dwóch na trzech zauważa nasilenie tych kłopotów w porównaniu z minionym rokiem. By poradzić sobie z sytuacją, firmy najczęściej zwiększają budżety na wynagrodzenia.

Przeczytaj: Węgry: brakuje rąk do pracy – firmy podnoszą płace

Również Krzysztof Inglot z agencji zatrudnienia Work Service, która zajmuje się m.in. ściąganiem pracowników z Ukrainy i promuje to rozwiązanie przyznaje, że przedsiębiorcy są bardziej otwarci na podwyżki, niż w 2015 roku. Potwierdza również, że w Polsce duża podaż pracowników i wysokie bezrobocie długo zaniżało poziom wynagrodzeń szeregowych pracowników.Powodowało to bardzo niską presję płacową, szczególnie widoczną w porównaniu z Czechami czy Węgrami, gdzie na prostych stanowiskach produkcyjnych zarabia się niemal dwa razy więcej. Zbliżona sytuacja widoczna jest jednak także na Węgrzech.

PRZECZYTAJ: Ukrainizacja polskiego rynku pracy jest nieunikniona? „Jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść”

Wcześniej informowaliśmy, że jak wynika z najnowszego sondażu Instytutu Badawczego Randstad i TNS Polska, 44 proc. firm chce zwiększać wynagrodzenia w ciągu nadchodzącego półrocza.

W sektorach transportu, gospodarki magazynowej i łączności oraz w obsłudze nieruchomości i firm podwyżki pensji zapowiedziało po 35 proc. firm. Z kolei w budownictwie podniesienie pensji deklaruje 33 proc. firm, a w sektorze pośrednictwa finansowego – 32 proc. Zwrócono uwagę, że w ostatnich trzech kwartałach takie wskazania charakteryzowały całą gospodarkę, a nie najbardziej niechętne podwyżkom branże. Najwięcej firm deklaruje podwyżki o 2-4 proc. (26 proc. szefów firm) lub o mniej niż 2 proc. (21 proc.). Wyższe podwyżki, rzędu 4-7 proc., deklaruje co piąty szef firmy.

– Wzrasta udział firm, szczególnie w przemyśle, które planują podwyższenie wynagrodzeń. (…) Obecnie przedsiębiorcy chcąc zachować konkurencyjność będą się koncentrować na wzroście produktywności– uważa Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Kilka dni temu podawaliśmy, że dziennik „Rzeczpospolita” informował o fali podwyżek płac w handlu.

– Sieci, które niegdyś proponowały szeregowym pracownikom płacę minimalną, teraz nawet na starcie oferują więcej – i to z uwzględnieniem jej wzrostu od stycznia do 2 tysięcy złotych– pisze gazeta. Płace, według szacunków, są wyższe w zagranicznych sklepach. Zdaniem Renaty Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, sieci handlowe z kapitałem zagranicznym stale podnoszą płace, które obecnie są już o 20 proc. wyższe niż w handlu tradycyjnym.

„Procesy stymulujące wzrost wynagrodzeń są hamowane”

Z kolei w rozmowie z Kresami.pl były wiceminister finansów i ekonomista, dr Cezary Mech zaznaczał, że wyższe płace wymuszają działania, bez których firma wypada z rynku:

– Dla takich przedsiębiorców prostsze jest utrzymanie status quo ws. kosztów pracy, ponieważ w tym momencie mają swoją zyskowność, jednocześnie nie musząc się nadmiernie wytężać. A chcielibyśmy, żeby oni byli zmuszani do innowacyjności, a nawet wypadali z rynku dając miejsce tym bardziej operatywnym. Ale te grupy nie chcą mieć problemu – po co sobie zwiększać koszty, wykładać środki na inwestycje, jeśli może być po staremu? Dotyczy to zarówno sfery prywatnej, jak i publicznej, np. służby zdrowia. Dominuje filozofia: „im taniej, tym lepiej”. To bardzo krótkoterminowe, ponieważ problemy zdrowotne czy emerytalne siłą inercji będą się pogłębiały. Wzrost wydajności generowałby wyższe dochody podatkowe, które można byłoby lepiej alokować.

Dr Mech podkreśla niebezpieczeństwo sytuacji, w której procesy stymulujące wzrost wynagrodzeń są hamowane. – One są już na poziomie niższym, niż to było na początku tego dziesięciolecia. To są wielkości 3,2% wzrostu przeciętnego wynagrodzenia rocznie, w sytuacji, gdy kraje „frontowe”, które powinniśmy chcieć dogonić, jak Japonia, mają wzrost wynagrodzeń na poziomie 2,4%. A więc na poziomie porównywalnym do Polski, która powinna kraje Zachodu w miarę szybko dogonić. To pokazuje, że jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść w przyszłości.

Były wiceminister podkreśla, że tzw. podejście dyfuzyjne, w którym ilość pracy jest olbrzymia i tania, to droga donikąd. – Chiny wykorzystują procesy związane ze zmniejszeniem podaży pracy do skokowego wzrostu wynagrodzeń, do przymuszenia olbrzymiej gospodarki do nowych warunków i nakierowania się na przedsięwzięcia o wyższej wartości dodanej. Mało kto zauważa, że wiąże się to z brakiem podaży pracowników ze wsi, co spowodowało, że od początku ostatniego kryzysu, średnie wynagrodzenie wzrosło 2,5 krotnie– mówi dr Mech.

Bankier.pl / Kresy.pl

Czytaj kolejny artykuł
1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz