Niemiecki Trybunał Federalny (BGH) potwierdził wyrok dwóch lat więzienia w zawieszeniu dla 99-letniej Irmgard Furchner, byłej sekretarki obozu koncentracyjnego Stutthof, która została skazana za pomocnictwo w zabójstwie ponad 10 tysięcy osób. Decyzja ta wywołała falę komentarzy w niemieckiej prasie, które krytycznie odnoszą się do opieszałości wymiaru sprawiedliwości w rozliczaniu zbrodni nazistowskich w powojennej RFN.
Furchner ukarano za pomocnictwo w zabójstwie w 10 505 przypadkach oraz pomocnictwo w usiłowaniu zabójstwa w pięciu przypadkach. Wyrok jest prawomocny.
Komentatorzy podkreślają, że każdy, kto pracował w obozie koncentracyjnym, musiał być świadomy jego natury jako „fabryki śmierci”. Wolfgang Janisch z „Sueddeutsche Zeitung” zwraca uwagę, że odpowiedzialność za zbrodnie obozowe ponoszą nie tylko strażnicy, ale także osoby zatrudnione na stanowiskach administracyjnych, jak sekretarka. Janisch wskazuje, że biurokracja obozowa była integralnym elementem „machiny do mordowania”, a Furchner, nawet jeśli pracowała z dala od miejsc egzekucji, poprzez swoją pracę przyczyniała się do funkcjonowania tego systemu.
Max Bauer z portalu ARD zauważa, że choć wyrok na Furchner zapadł o wiele dekad za późno, nie oznacza to końca procesu rozliczeń z narodowym socjalizmem. Jego zdaniem, niemieckie społeczeństwo musi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przez tak długi czas wymiar sprawiedliwości unikał rozliczeń za zbrodnie nazistowskie, a czasami wręcz je sabotował. Autor podkreślił, że oskarżona nie uznała osobistej winy i nie zaakceptowała wyroku Sądu Krajowego w Itzehoe z 2022 roku, lecz odwołała się do Trybunału Federalnego. Jej postawa przypomina nastroje panujące podczas pierwszych procesów załogi Auschwitz w latach 60. XX wieku.
„Niemieckie społeczeństwo musi w najbliższych latach zapytać, dlaczego najwyższe sądy dopuściły do tego, że dziesiątki tysięcy sprawców nazistowskich uniknęło kary” – podkreślił w konkluzji dziennikarz ARD.
W podobnym tonie wypowiada się Klaus Hillenbrand z „Tageszeitung”, przypominając, że niemieckie sądy dopiero po skazaniu Johna Demianiuka w 2011 roku zaczęły na poważnie rozpatrywać przypadki pomocnictwa w zbrodniach nazistowskich. Wcześniej tysięcy sprawców uniknęło kary z powodu trudności w udowodnieniu ich indywidualnej winy.
Po wyroku na Demianiuka w polu zainteresowania organów ścigania znalazło się 49 osób. Ostatecznie do prokuratury skierowano sprawy 30 z nich. Do 2022 roku niemieckie sądy skazały sześć osób. Dziesiątki postępowań umorzono, ponieważ podejrzani umierali lub uznawano ich za niezdolnych do uczestnictwa w procesie. Farsą zakończyła się sprawa w Neubrandenburgu. Sędzia opóźniał celowo proces i wymyślał oskarżycielowi posiłkowemu, aż odsunięto go od sprawy. Oskarżony – sanitariusz z Auschwitz zachorował tymczasem na demencję, co oznaczało odwołanie procesu.
Niemiecka prasa zaznacza, że wyrok Trybunału Federalnego ma znaczenie nie tylko dla prawdopodobnie ostatniego procesu dotyczącego zbrodni Trzeciej Rzeszy, ale także dla przyszłości. Komentatorzy podkreślają, że udział w zorganizowanym systemie mordowania jest przestępstwem, które nie ulega przedawnieniu, a zasada osobistej odpowiedzialności powinna być podtrzymywana, niezależnie od upływu czasu.
Większość zbrodniarzy nazistowskich uniknęła jednak jakiejkolwiek odpowiedzialności, a wielu z nich piastowało wysokie publiczne urzędy w powojennych Niemczech.
CZYTAJ TAKŻE: Niemcy: Skazano byłego strażnika obozu Sachsenhausen – ma 101 lat
Kresy.pl / dzieje.pl






























