Rosyjskie protesty – nie rewolucja lecz erozja

Dość masowe manifestacje poparcia dla Aleksieja Nawalnego nie są początkiem rewolucji. Są natomiast objawem stopniowej erozji podstaw dla strategii rządów, stabilizacji systemu władzy, polityki ekonomicznej i zagranicznej obozu putinowskiego.

To co było nowością w czasie sobotnich protestów to nie ich liczebność, ale zakres. Protestowała cała Rosja, od Władywostoku począwszy na Kaliningradzie skończywszy. Protestowano w ponad 100 miastach. Furorę zrobiło oczywiście zdjęcie z Jakucka gdzie mimo temperatury niższej niż 40 stopni poniżej zera zebrało się kilkaset osób. Ale protesty odbyły się także w Jużno-Sachalińsku, Barnaule w Kraju Ałtajskim i w Czycie – stolicy Kraju Zabajkalskiego, czy wymierającym Magadanie, gdzie nikt nie chce zostać następcą zbierającego się do odejścia mera. Protestowano w miastach będących w Rosji niemal synonimami zapadłej prowincji gdzie nastroje opozycyjne wobec władzy nie wyrażały się do tej pory na ulicach.

Przekaż swój 1% na Kresy.pl

Fundacja Kompania Kresowa KRS 0000350493
Przekaż 1% podatku

Wbrew temu, co napisał na portalu wPolityce Marek Budzisz, protesty odbyły się także w republikach zamieszkanych przez narody muzułmańskie – w Ufie, stolicy Baszkortostanu protestowało kilka tysięcy osób. Jej mieszkańcy przemaszerowali kolumną pod gmach władz Republiki, gdzie domagali się wyjścia jej szefa Radija Chabirowa. Pod drodze protestujący przerwali kordon policji. Jeden z przemawiających na wiecu połączył zawołanie „wolność Nawalnemu” z hasłem uwolnienia jednego z aresztowanych działaczy baszkirskich. Tym przemawiającym był inny baszkirski aktywista narodowy Rusłan Nutrdinow, który w efekcie trafił na siedem dni do aresztu. Tysiące ludzi protestowało też w Kazaniu – stolicy Tatarstanu, republiki największego muzułmańskiego narodu Rosji i w ogóle największej nierosyjskiej grupy etnicznej zamieszkującej w kraju. Natomiast dużo mniej ludzi zebrała próba zorganizowania protestu w stolicy kaukaskiego Dagestanu – Machaczkale. Policjanci bardzo szybko rozbili protest, gdy tylko w centrum stolicy Dagestanu zebrało się kilkadziesiąt młodych osób – zatrzymano 45 z nich. Brak informacji o wystąpieniach w pozostałych narodowościowych republikach kaukaskich i tu może mieć zastosowanie sugestia Budzisza o coraz bardziej równoległej wobec głównego nurtu społecznego egzystencji muzułmańskich „inorodców”.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Zauważając terytorialny zasięg protestów trzeba zarazem podkreślić, że nawet w dużych syberyjskich miastach nie przekraczały one rozmiarów kilkutysięcznych manifestacji. Naprawdę masowe rozmiary przybrały one tradycyjnie tylko w Moskwie i Petersburgu. Nie jest to żadne zaskoczenie. Według różnych szacunków moskiewska manifestacja zgromadziła 20-40 tys. ludzi w mieście zamieszkanym przez kilkanaście milionów ludzi. To mniej niż wielkie protesty na Placu Bołotnym z 2011 r. przeciw wynikom wyborów do Dumy, na których zebrało się około 100 tys. osób. Nota bene to w czasie ówczesnej kampanii wyborczej i następującej po niej serii protestów rozpoczęła się kariera polityczna Aleksieja Nawalnego. Protesty te stały się zresztą oznaką pierwszej dużej fali nastrojów niezadowolenia oraz spadku poparcia dla samego Władimira Putina. Tendencja ta została zatrzymana, a właściwie odwrócona w 2014 r. wraz z zajęciem Krymu, po którym popularność rosyjskiego prezydenta wystrzeliła, osiągając rekordowy poziom.

Bez masy krytycznej

Sobotnie protesty nie osiągnęły więc masy krytycznej. Nie są żadnym wszechrosyjskim majdanem, a takie porównanie pojawiło się wśród polskiego komentariatu. Są jednak objawem narastającej zmiany społecznej. Obserwując liczne relacje z ubiegłotygodniowych protestów w środkach masowego przekazu, daje się zauważyć nadreprezentacja młodzieży. W dniach je poprzedzających, apel Nawalnego o wyjście na ulice najmocniej wybrzmiewał na tik-toku, gdzie ogromna liczba uczniów upowszechniła krótkie nagrania wzywające do uczestnictwa w protestach. Nagrania opatrzone hasztagiem #svoboduNavalnomu miały do 24 stycznia 293 mln wyświetleń. Niektórzy z ich autorów pozwolili sobie na gesty takie jak nagrywania ściągania portretów Putina wiszących w klasach. Częstotliwość tego rodzaju nagrań była tak wielka, że niektórzy opozycyjni komentatorzy zaczęli nawet wyrażać obawy, że ruch protestacyjny stanie się ruchem pajdokratycznym. Tak się nie stało dominowali jednak nieco starsi uczestnicy.

Inną cechą charakterystyczną sobotnich wystąpień była też spora asertywność, a w przypadku niektórych osób nawet agresja manifestantów wobec funkcjonariuszy sił porządkowych, także OMON-u. Policjanci byli obrzucani wulgaryzmami, doszło do licznych przepychanek, a czasem wprost bijatyk. Nieliczni przeciwnicy władz rzucali się przy sposobności z pięściami na siłowików. Zimowa aura pozwalała mniej odważnym „bombardować” ich śnieżkami. Ośmieszanie organów porządkowych powinno być dla władz sygnałem jeszcze bardziej niepokojącym niż niechęć czy nienawiść do nich. Choć i tej nie zabrakło. W Moskwie izolowany, nieoznakowany samochód z policyjnym „kogutem” wystawionym na dach został skopany. Według niepotwierdzonych pogłosek należał on do Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W sieci pojawiło się też nagranie ściągnięcia z latarni i skopania przeciwnika Nawalnego, który miał wywiesić krytyczne wobec niego hasła. Trudno zweryfikować informację, że był to akurat przeciwnik Nawalnego faktem jest jednak, że do skopania doszło co oddaje nastroje i postawy pewnej liczby protestujących, oddaje poziom ich niezadowolenia. Można już chyba ocenić, że rosyjscy protestujący różnią się od białoruskich, którzy przykuwali w zeszłym roku naszą uwagę specyficznie pokojowymi formami sprzeciwu.

Inaczej niż na Białorusi

Jednak odmiennie reagowały też służby bezpieczeństwa. Inaczej niż na Białorusi w Rosji nie doszło do natychmiastowych uderzeń dużych, zwartych oddziałów OMON-u wspieranych przez ciężki sprzęt, używających broni gładkolufowej czy granatów hukowych. Protestującym w zasadzie pozwolono się zebrać na formalnie nielegalnych manifestacjach. Kordony funkcjonariuszy starały się ograniczać ich ruch i rozdzielać tłumy robiły to jednak znacznie mniej inwazyjnie, używając w niektórych przypadkach pałek. Po zgromadzeniu się tłumu omonowcy mniejszymi grupami penetrowali tłum wyciągając z niego zidentyfikowanych działaczy organizacji opozycyjnych bądź tych, których zdefiniowano jako prowodyrów. Nie zawsze im się udawało, ale często. O tym jak intensywnie operowały służby świadczy duża liczba zatrzymanych. Na komisariaty trafiło, według pozarządowej organizacji monitorującej zgromadzenia publiczne OWD-Info, około 3,5 tys. osób.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Odzwierciedla to modus operandi władz, które wyraźnie chcą przepłynąć między Scyllą okazania słabości i zanikiem respektu wobec nich, a Charybdą obrazów brutalności policji i obrażeń obywateli, które mogłyby tylko stymulować rozszerzanie się i pogłębianie nastrojów buntu oraz krytykę na szczeblu międzynarodowym, jak to się stało w przypadku Białorusi. Na Kremlu dobrze rozumieją, że tak długo jak wystąpienia uliczne nie są masową rewolucją, nie są one problemem. Problemem będzie ich trwanie i strukturyzowanie się w ruch społeczny w roku wyborów parlamentarnych. O ile więc tłum gromadzących się pod moskiewskim aresztem Matrosskaja Tiszyna, gdzie przebywa Nawalny, został szybko rozpędzony przez szarżę OMON-owców, o tyle grupa młodych ludzi skandująca pod komendą w stolicy Buriacji Ułan-Ude doczekała się zwolnienia swoich kolegów. Władze próbują więc elastycznej strategii zwalczania opozycji, w której co bardziej prominentni zatrzymani staną się zakładnikami. W przypadku gdy ruch protestacyjny szybko się wypali, skończy się na łagodnych karach. Jeśli jednak nabierze rozpędu i zacznie eskalować, prokuratorzy mogą sięgnąć po poważne paragrafy o „organizacji masowych zamieszek”.

Jest jeszcze bardziej bezpośredni wątek białoruski w rosyjskich protestach. W czasie protestów w Moskwie i w Petersburgu młodzież trzymała w rękach duże biało-czerwono-białe flagi białoruskiej opozycji. Mogli to być białoruscy emigranci. Równie dobrze mogli to być jednak także młodzi rosyjscy liberałowie, uważający protesty na Białorusi za przejaw tego samego prądu przepływającego z zachodu na wschód, na którego fali chcą płynąć i któremu chcą torować drogę. Białoruski przykład oddziałuje na pewne żywioły w rosyjskim społeczeństwie, co pokazuje, jak bardzo niedostatki polityki zagranicznej Kremla oddziałują na wewnętrzną sytuację w samej Rosji. Bo przecież kłopoty Aleksandra Łukaszenki i ludowy zryw przeciw niemu wybuchł na materiale palnym, jakim była sytuacja socjalno-ekonomiczna w kraju sąsiada, do sprokurowania której kremlowska elita walnie się przyczyniła.

Społeczne domino

Niedostatki polityki zagranicznej wynikają zaś w istocie z braku rzeczywiście dookreślonej strategii, a nie z jakiejkolwiek wielkiej idei, owego „russkiego miru”, którym tak lubią straszyć nas w Polsce. W istocie, jak jeszcze w czerwcu zeszłego roku napisałem na łamach „Do Rzeczy” w artykule „Pożegnanie z imperium”, w stosunkach rosyjsko-białoruskich jak soczewce widać wewnętrzne sprzeczności putinowskiej polityki. W ramach Związku Radzieckiego, globalnego imperium legitymizującego się uniwersalistyczną ideologią, Rosyjska Federacyjna SRR była źródłem zasobów, które imperialna władza w Moskwie zużywała dla inwestowania także w peryferyjnych republikach. Kolokwialnie rzecz ujmując, Rosja przeważnie karmiła pozostałe republiki w ramach gospodarki planowej. W niektórych przypadkach najsłabiej rozwiniętych regionów, choćby w Azji Środkowej, zapewniło to prawdziwy skok modernizacyjny.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Obóz putinowski, choć wywiesza sztandary reintegracji przestrzeni poradzieckiej postępuje dokładnie odwrotnie. Zamiast uzyskiwać wpływ polityczny za cenę wsparcia ekonomicznego czy technologicznego partnerów, ogranicza się do ich ekonomicznego eksploatowania. Już w 2004 r. Moskwa rozpoczęła naciski na Białorusi w celu podniesienia cen gazu (w latach 2006-2020 wzrosły one dla tego państwa z 47 dol. do 127 dol. za tysiąc m sześc.). W 2019 r. rosyjski „manewr podatkowy” oznaczał znaczne pogorszenie warunków handlu kluczową dla białoruskiej gospodarki ropą naftową. W praktyce Putin zlikwidował mechanizm dotowania białoruskiej gospodarki przez Rosję, który nawet w niedawno zakończonej dekadzie sięgał poziomu 10 proc. białoruskiego PKB. Oczywiście były to dla Rosjan ogromne koszty, które w latach 2000-2020 mogły sięgnąć nawet 1oo mld dol. Jednak to pośrednie subsydiowanie umożliwiało funkcjonowanie łukaszenkowskiego socjalnego państwa pełnego zatrudnienia i umiarkowanego dobrobytu, stanowiącego dla wielu mieszkańców poradzieckiej ekumeny model atrakcyjny nie tylko na tle mizerii gospodarek Ukrainy czy Gruzji, pukających ledwie do bram zachodnich struktur zachodnich, ale nawet na tle najbiedniejszych państw postsocjalistycznych, zmielonych przez bezpośrednie wpięcie w unijny wspólny rynek, takich jak Łotwa czy Bułgaria. Ten model, stanowiący zarazem lewar na białoruskiego prezydenta został już skruszony przez sam obóz putinowski.

Pogorszenie się sytuacji socjalno-ekonomicznej Białorusi doprowadziło do destabilizacji społecznej i delegitymizacji Łukaszenki. Ale podważenie systemu „łukonomiki” i tamtejszego autorytarnego systemu władzy, oznaczało jednocześnie podważanie podstaw legitymacji obozu putinowskiego, czyli narrację o Rosji odbudowującej się, według słów samego Putina, po „największej katastrofie geopolitycznej XX wieku” z 1991 r. Białoruś jest najbliższym politycznie i kulturowo (ale też najważniejszym strategicznie) partnerem Rosji, co nie uchroniło jej przed przeliczeniem „braterstwa” na pieniądze. Podobnie obóz putinowski podobnie zachował się i wobec drugiego bliskiego sojusznika – Armenii, podwyższając w 2019 r. cenę za gaz dla Ormian o 10 proc. Obrazu dopełnia buksowanie Eurazjatyckiego Związku Gospodarczego. W efekcie Kreml podważył i własną wizję integracji eurazjatyckiej i zdestabilizował bratni kraj. Białoruskie protesty okazały się jednak pierwszą kostką domina, która nacisnęła i na rosyjskiej społeczeństwo.

Ekonomiczna baza

Daleko ważniejszą rolę w narastaniu społecznego niezadowolenia Rosjan ogrywa jednak ich własna sytuacja socjalno-ekonomiczna. W latach 2014-2019, po nałożeniu przez USA i Unię Europejską sankcji, Rosja nie może uzyskać poważnego wzrostu gospodarczego. Osiągała minimalne jego wskaźniki w latach 2014-2017 z przerwą na spadek w 2015 r. W 2018 r. wzrost PKB przekroczył 2 proc. tylko po to, by w roku następnym znów spaść poniżej tego wskaźnika. Ostatni raz realny średni dochód Rosjan rósł w 2013 r. Od tego czasu spadł o 12 proc., przy czym w ciągu pandemicznego 2020 r. spadek wyniósł 5 proc. Spadek PKB wyniósł w nim około 4 proc. Jednocześnie, choć średni dochód spadł, to najbogatsi bogacili się nadal. W ciągu chudych lat po 2014 r. 20 mln Rosjan, a więc 14 proc. społeczeństwa spadło poniżej granicy ubóstwa, a rząd chce w roku bieżącym przeprowadzić cięcia wydatków budżetowych na poziomie 9 proc.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

W ramach samej tylko Rosji powiększały się kontrasty między takimi rozrastającymi się i bogacącymi metropoliami, jak Moskwa, Petersburg, Kazań czy zagłębiami naftowymi, a całymi połaciami Rosji B, szczególnie w azjatyckiej części kraju. Nawet w obrębie całej Federacji Rosyjskiej centrum nie radzi sobie z redystrybucją środków w ramach jakiejś strategii ogólnonarodowego rozwoju. Jedynym słabo rozwiniętym regionem, który może liczyć na sowite subwencjonowanie jest Czeczenia, gdzie Moskwa złamała wojowniczy separatyzm miejscowych nie tylko środkami siłowymi, ale i za taką cenę finansową. W efekcie jednak doszło tam do przekształcenia struktury administracyjnej w niemal feudalny związek Putina z Ramzanem Kadyrowem pozostającym niczym udzielny emir w swojej formalnej republice.

W kiepskich warunkach gospodarczych władze utrzymywały restrykcyjną politykę finansowo-fiskalną. Skutecznym jej egzekutorem był powołany rok temu na stanowisko premiera Michaił Miszustin, wcześniej szef Federalnej Służby Podatkowej. Mimo, że rozwarstwienie majątkowe w Rosji od dawna przybiera kłującą w oczy przeciętnych obywateli skalę, dopiero w listopadzie zeszłego roku Putin zdecydował się na rezygnację z podatku liniowego i wprowadzenie progresji. W warunkach biednienia szerokich mas materiał o superluksusowym pałacu i winnicy skrzętnie skrywanych przez prezydenta Rosji na wybrzeżu Morza Czarnego był odpowiednim zapalnikiem dla wybuchu społecznego niezadowolenia. Film przygotowany oficjalnie przez Fundację Nawalnego był tak poważnym ciosem, bo choć Rosjanie są poważnie sfrustrowani jakością swojej klasy polityczno-urzędniczej oraz elity gospodarczej, jej skorumpowaniem i klientelizmem, jak do tej pory wyraźnie wyżej oceniali samego Władimira Putina, postrzegając go w kategoriach ciężko pracującego państwowca, cara, który nie zawsze wie o niegodziwościach bojarów. Tymczasem film „Pałac dla Putina” ukazuje prezydenta jako najbardziej pazernego z oligarchów. Film próbuje podważyć dychotomię dobry car – źli bojarzy. W pewnych grupach społecznych skutecznie. Retorykę protestów, skandowane czy wypisywane na planszach hasła wyraźnie zdominowała właśnie niewybredna krytyka rosyjskiego prezydenta przysłaniająca nawet pierwotny cel zgromadzeń, jakim było zwolnienie z aresztu Nawalnego.

Dwa pokolenia kontestacji

Sytuacja ekonomiczna dobrze tłumaczy nam dlaczego na ulice wyszli, choć w niewielkich grupach, mieszkańcy Kraju Ałtajskiego czy Buriacji. Jednak tysiące wizualnych deklaracji bananowej młodzieży na portalach społecznościowych i jak się wydaje, wyraźnie wyższa niż ogólnospołeczna proporcja młodych ludzi na protestach w Moskwie i Petersburgu, obrazują nam jeszcze jedną tendencję. Wielkomiejskie młode pokolenie ulega westernizacji. Chce więcej indywidualnej swobody i indywidualnej konsumpcji. Nie interesuje go „russkaja idieja” jakiejkolwiek barwy. Interesuje je natomiast idea „dobrego życia” każdego z osobna. Nie interesuje go status Rosji, interesuje je indywidualny status. Odrzucając rdzeniowy dla rosyjskiej kultury kolektywizm i państwocentryzm moskiewsko-petersburska młodzież uważa ten paradygmat wręcz za obciążenie, spadek sowietyzmu. Doświadczenie radzieckie podlega w tej grupie społecznej kompletnej i radykalnej krytyce. Młodzież ta chce, aby „było jak na zachodzie”, pragnie westernizacji reszty Rosjan. W takim środowisku nawet aneksja Krymu i wsparcie dla donbaskich separatystów jest oceniana negatywnie, w jaskrawym przeciwieństwie do opinii przeciętnego Rosjanina. Przeciętny wyborca Putina, żywiący nostalgię po ZSRR, bądź sycący się mocarstwowością państwa, zasługuje w oczach tej grupy młodzieży zwykle na pogardliwe miano „watnika”.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Właśnie to ostatnie wywołało już dwa lata temu ostrą reakcję Zachara Prilepina – znanego 45-letniego pisarza, byłego działacza Partii Narodowo-Bolszewickiej (NBP), a przy tym oficera Specnazu MSW z doświadczeniem w dwóch wojnach czeczeńskich, a potem dowódcy oddziału ochotników, wspierających separatystów w Donbasie. W swoich sardonicznych wypowiedziach uwiarygadnianych przez awanturniczą biografię, Prilepin za szczególny cel bierze Nawalnego, ale też dziennikarza i wideoblogera Jurija Dudzia. Ten 29-letni dziennikarz zaczynający od wywiadów ze sportowcami a potem popkulturowymi celebrytami, w ostatnich latach zajął się poważniejszą publicystyką, krytykując z liberalnych pozycji i radziecką przeszłość, i putinowską teraźniejszość Rosji. Stał się on dla Prilepina figurą wszystkiego tego, co uważa za rozkładowe. Niedawno Prilepin zżymał się z kolei nad zwolennikami Nawalnego powołującymi się na jedną z jego najbardziej znanych książek – „Sańkja”. Podkreślił, że jej bohater – figura wyrażająca „nacboli” przełomu wieków, buntuje się dokładnie przeciwko temu światu, który reprezentuje Nawalny, a który pochłonął Rosję w czasach Jelcyna.

Jest to zresztą bardzo charakterystyczne starcie międzypokoleniowe. Prilepin zdążył być kontestatorem putinowskiej elity w ramach NBP, a narodowi bolszewicy, których partia została zdelegalizowana w 2005 r., byli w zeszłej dekadzie jednym z najbardziej represjonowanych ruchów politycznych. W niejasnych okolicznościach zginęło co najmniej kilku partyjnych działaczy, dziesiątki skończyły w więzieniu za akcje takie jak zajęcie gabinetu w jednym z gmachów Administracji Prezydenta. Sam lider NBP, zmarły w zeszłym roku Eduard Limonow, spędził w areszcie i więzieniu dwa lata oskarżony i skazany za przygotowywanie rebelii Rosjan w sąsiednim Kazachstanie. Prilepin i jego towarzysze kontestowali jednak dokładnie w przeciwnym kierunku niż obecna młodzież – chcieli Rosji większej, silniejszej, jeszcze bardziej swoistej cywilizacyjnie i kolektywistycznej, za to mniej liberalnej i kapitalistycznej, konfrontującej się nie tylko na poziomie politycznym ale i kulturowym z zachodem.

Zawiodło to zresztą część z nich do okopów Donbasu, a samego Prilepina także do politycznego kompromisu z Kremlem, uwieńczonego zeszłoroczną rejestracją nowej partii – „Za prawdę”. Partia ta, jak się niedawno okazało, ma w jakiś sposób połączyć się z parlamentarną Sprawiedliwą Rosją. Prilepin brał też udział w pracy nad poprawkami do konstytucji przeforsowanymi w zeszłym roku przez władze. W niedanych wyborach regionalnych partia uzyskała jeden mandat w radzie obwodu riazańskiego. Prilepin ma też swój program w telewizji NTV gdzie w erudycyjnych wywodach próbuje przekonać młodych widzów dlaczego należy być dumnym i z Rosji carskiej i ze Związku Radzieckiego oraz dlaczego obecne rosyjskie elity doprowadzą do tego, że młode pokolenie z nich dumne nie będzie.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Prielpin jest reliktem czasów, w których kontestacja wychodziła ze środowiska młodzieży moskiewskich podmiejskich blokowisk i zdegradowanych syberyjskich miast, przybierając nacjonalistyczne bądź radykalnie lewicowe barwy, często w subkulturowej formie. NBP była najbardziej jaskrawą i syntetyczną formą tej dość szerokiej fali buntu młodych i zdeklasowanych. Dziś buntują się akurat głównie młodzi z zamożniejszej warstwy społecznej. I sam Prilepin przyznaje, że chętniej niż jego, popularnego pisarza, słuchają właśnie Jurija Dudzia czy jeszcze bardziej popularnego, liberalnego wlogera Ilię Warłamowa. W październikowej telewizyjnej filipice, zatytułowanej zresztą „Nawalny, czyli bunt sytych dzieci”, Prilepin wyrzucił z siebie – „Wewnątrz naszego kraju umyślnie podkarmiają infantylne, nieodpowiedzialne i gniewne antyelity, marzące o zniszczeniu rosyjskiej państwowości”.

Obrazem tego odpłynięcia warstwy celebryckiej jest też historia Julii Cziczeriny. Na przełomie XX i XXI wieku Cziczerina stała się popularną piosenkarką poprockową. W ciągu dekady sława przygasła. Po wybuchu wojny w Donbasie piosenkarka znana z raczej lekkiej muzyki stała się artystką zaangażowaną, śpiewającą piosenki sławiące walkę tamtejszych separatystów, których zresztą odwiedzała z koncertami. Władze Ługańskiej i Donieckiej Republiki Ludowej nagrodziły ją medalami, lecz w kręgu dawnych znajomych z przemysłu muzycznego Cziczerina poddana została ostracyzmowi i oskarżona o to, że „zdradziła rock’n’roll”. Wraz z warstwą celebrycką od władz odpływa młodzież, co jakże jaskrawo kontrastuje z ubiegłotygodniową decyzją Putina, o zniesieniu limitu wieku 70 lat dla wyższych urzędników. Właśnie tyle skończył minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, pozostający na stanowisku od niemal 17 lat.

Bez rosyjskiej idei

Wspomniałem już o kruszeniu się materialnych podstawy polityki obozu putinowskiego – tak zagranicznej, w której nie ma pieniędzy na wspieranie sojuszników jak i wewnętrznej, gdy okazuje się, że władza gwarantuje masom coraz niższy poziom stabilizacji socjalnej, nie wspominając o perspektywie wzrostu, obecnej jeszcze przed 2014 r. Zostawiając na marginesie opisane wyżej przemiany kulturowe w młodym, wielokomiejskim pokoleniu, Rosjanie ciągle są jednak społeczeństwem cierpliwym oraz zorientowanym kolektywistycznie. Jednak problemem elity rządzącej staje się to, że nie jest już w stanie przedstawić spójnego wytłumaczenia dlaczego Rosjanie mają nadal przetapiać masło na armaty.

Carstwo Moskiewskie ukonstytuowało się jako, w mniemaniu jego mieszkańców, jedyne prawdziwie chrześcijańskie imperium – Trzeci Rzym. Cesarstwo Rosyjskie Romanowów miało kontynuować tę rolę jako strażnik reakcyjnego ładu i porządku w Europie. Lenin zapoczątkował na jego gruzach państwo, które miało umożliwić ludzkości skok do królestwa wolności i równości. Współczesna Federacja Rosyjska nie legitymizuje się już żadną uniwersalistyczną ideologią, między innymi dlatego przestała być imperium, mocarstwem globalnym. Rosjanie, a szczególnie rosyjskie elity, mają jednak problem z nową legitymizacją i ukonstytuowaniem się w formule zwykłego, choć potężnego państwa narodowego.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Obóz putinowski miota się między radzieckim mitem zbawienia świata od III Rzeszy, koncepcją russkogo mira mającego być zbiorem szerszym niż etnos rosyjski, między formułą konstytucyjnego „wielonarodowościowego narodu” ujętego w Konstytucji („mnogonacionalnyj narod”), a dodanym do niej niedawno zapisem o języku rosyjskim jako języku „narodu państwotwórczego” wyraźnie dowartościowującym etnicznych Rosjan („russkich”). Obóz putinowski miota się na płaszczyźnie politycznej praktyki od bardzo liberalnej polityki imigracyjnej i wspierania „lojalnego” islamu (w Moskwie znajduje się jeden z największych meczetów w Europie), od faktycznej, daleko posuniętej autonomizacji czy wręcz marchizacji Czeczenii przy jednoczesnym jej subsydiowaniu, z której wypierany jest demograficznie i kulturowo etnos rosyjski, do sukcesywnego ograniczania języków nierosyjskich narodów w systemie edukacji większości innych republik narodowościowych lub represji wobec kulturalnych organizacji tych narodów. Ostatnio ma to miejsce w przypadku Wszechtatarskiego Centrum Społecznego.

Na płaszczyźnie polityki zagranicznej jest podobnie. Wbrew modnemu w Polsce podkreślaniu czynnika etnicznych Rosjan poza granicami ojczyzny jako motoru agresywnej polityki Moskwy, obóz putinowski przez lata bardzo umiarkowanie interesował się ich losem. Kremlowska elita pozostawała w zasadzie bierna wobec derusyfikacyjnej polityki władz państw Azji Środkowej, deklasującej miejscowych Rosjan, a w przypadku ewidentnej, instytucjonalnej dyskryminacji Rosjan na Łotwie, ogranicza się od lat do raczej niemrawych deklaracji. Nawet wojna w Donbasie nie nadaje się na mit założycielski dla nowej, nacjonalistycznej legitymacji Federacji Rosyjskiej. Putin nie uznał donbaskich republik ludowych, nie zamierza ich także integrować ze swoim państwem. Objęły one zresztą skrawek Ukrainy zamieszkany przez mniejszość Rosjan w tym państwie. Moskwa traktuje go jako terytorialny zastaw do sprzedania za polityczne koncesje od innych będących w grze o Ukrainę mocarstw i Kijowa.

Pułkownik Igor Girkin „Striełkow”, którego marsz z 52 ochotnikami na Słowiańsk był dodatkowym katalizatorem donbaskiej rebelii w 2014 r. i który przez krótki okres dowodził separatystami, wprost oskarża Kreml o zdradę „rosyjskiej wiosny”. O uniemożliwienie realizacji projektu państwa Noworosji obejmującej szerokie połacie obecnej południowo-wschodniej Ukrainy. „Striełkow” stwierdził wręcz w ubiegłorocznym wywiadzie, że w 2014 r. zmarnowana została szansa na rewitalizację Rosji i odrodzenie swoistej rosyjskiej cywilizacji. Jak uznał stało się tak, bo Putin nigdy nie stawiał przed sobą takiego celu. Wprost przeciwnie jest on według Girkina „drobnym intrygantem” marzącym po prostu o dopuszczeniu do klubu mocarstw zachodnich.

Koniec zachodniego snu Putina

Girkin w gruncie rzeczy ma rację. Co najmniej do 2014 r. Putin prowadził politykę dołączania Rosji do zachodu, jako jego potencjalnego surowcowego zaplecza, militarnego stabilizatora, politycznego udziałowca koncertu mocarstw. Do 2014 r. gra rosyjskich koncernów energetycznych z Gazpromem na czele miała niemal wyłącznie zachodni wektor, bez szczególnego nacisku na kooperację z Chinami. Dopiero konfrontacja z USA i Unią Europejską na tle Ukrainy doprowadziła do intensyfikacji działań na rzecz przekierowania części strumienia rosyjskich surowców na Chiny, co udało się z bardzo umiarkowanym sukcesem. Putin et consortes przekształcili Rosję w surowcową spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością skrojoną właśnie pod rynek zachodni. Ale ten rynek został przymknięty i przez surowcową rewolucję w USA, i przez spór o Ukrainę. Reszty dokonał spadek cen surowców, który zmniejszył w zeszłym roku wartość eksportu rosyjskiej ropy o 40 proc., a gazu o 45 proc. Koniec snu Putina o wpięciu się w gospodarczy i polityczny system zachodu w roli jednego z jego decyzyjnych udziałowców dobrze obrazuje ubiegłoroczny poziom inwestycji zagranicznych w Rosji. W 2020 roku miały one wartość 1,4 mld dol. (0,1 proc. PKB), podczas gdy rok wcześniej było to 29 mld dol. (1,7 proc. PKB). Nawet w warunkach pandemii spadek o 95 proc. obrazuje wyraźnie, jak słabo gospodarka rosyjska została wpięta w zachodni system.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Obecny prezydent Rosji wszedł do polityki przy boku jednego z czołowych rosyjskich liberałów i zapadników lat 90 – mera Petersburga Anatolija Sobczaka. Na szerokie wody wypłynął zaś stając się funkcyjnym w Administracji Prezydenta za czasów Borysa Jelcyna. W głośnym filmie Nawalnego mocno zaakcentowany jest właśnie ten okres życia Putina, w którym tkwią korzenie jego kariery. Nieprzypadkowo.

Dla ogromnej większości Rosjan okres rządów Jelcyna jest doświadczeniem wszechstronnej katastrofy. To „lichyje diewianostyje” – „złe [lata] dziewięćdziesiąte” – czas galopujących cen wszystkich dóbr przy stojących zapłatach, głodowych emeryturach i pensjach wypłacanych w dobrach produkowanych w zakładzie. To czas bezrobocia i utraty ostatnich oszczędności w kryzysie finansowym roku 1998. To czas utraty nie tylko bezpieczeństwa ekonomicznego, ale i rządów bezprawia, czasów w których panoszących się gangsterów obawiać musiał się nie tylko zamożny przedsiębiorca, ale i handlarz warzywami na targu. Czas przemocy znacznie bardziej wszechogarniającej i chaotycznej niż dziś. To w końcu okre upokorzenia narodowego w pierwszej wojnie w Czeczenii, w której, w dość powszechnym przekonaniu, krwawa ofiara z młodych chłopaków wysyłanych z poboru do okrutnej walki została zmarnotrawiona przez niekompetentnych lub sprzedajnych polityków i generałów. To czas pijanego Jelcyna na międzynarodowych salonach, nie potrafiącego zapobiec atakowi i rozbiciu Jugosławii przez NATO. Dlatego dziś przeciw Putinowi na ulice wychodzą najchętniej ci, którzy tego czasu nie pamiętają. Dla całej reszty, w której pamięci „lichyje diewianostyje” są odciśnięte aż nazbyt mocno, obecna coraz bardziej krucha i uboga stabilizacja jest stanem za który ciągle są wdzięczni Władimirowi Władimirowiczowi. Stabilność nadal pozostaje na czele priorytetów większości Rosjan.

Potwierdza to ostatni sondaż Centrum Lewady, w którym obecny prezydent Rosji ciągle może liczyć wśród ogółu obywateli na poparcie znacznie większe niż jakikolwiek innych polityk. Natomiast wśród osób w wieku 18-24 lat poparcie to osiągnęło już tylko 20 proc. To odpowiedź na pytanie czy w Rosji dojdzie do rewolucji. Nie dojdzie. Tak długo, jak przewagę w społeczeństwie mają ludzie dobrze pamiętający erę jelcynowską, lub tak długo, jak w Rosji jest lepiej niż w tej erze.

Pole gry

Nie brak w Polsce głosów próbujących ukazać nieudany zamach na Nawalnego w kategoriach gry władz uwiarygadniających w jakiś sposób wygodnego dla siebie oponenta. Według różnych teorii takiej gry, byłaby ona spektaklem obecnego kierownictwa, lub objawem walki w elicie rządzącej, której części przyszła ochota na zmianę „pierwszego”. Nie sposób takich teorii zweryfikować. Brak twardych danych, by opisać ustrukturyzowanie rosyjskiego obozu władzy, dookreślić rolę i możliwości człowieka, który jest jego twarzą.

Bez względu na podstawy, na jakich ufundowana jest kariera Aleksieja Nawalnego, nawet jeśli jest on wolnym elektronem, Kreml zachowuje możliwości gry. Wszak zawsze może go zrównoważyć, choćby i kimś w rodzaju coraz bardziej widocznego Prilepina, który wszak wygrywa nuty wpadające w uszy inne, choć być może nie mniej liczne niż w przypadku Nawalnego. Między liberalnymi zapadnikami, nie oglądającymi się na starszych i biedniejszych, a nacjonal-lewicowcami, żądającymi poświęceń dla wielkości Rosji i walki z zachodem, Władimir Putnia może jeszcze raz spróbować wejść wobec zagranicy ale i własnego społeczeństwa w rolę bardzo niedoskonałego, ale w danych warunkach jednak optymalnego centrum. Wymagałoby to jednak od obozu rządzącego odejścia od obecnej ścisłej monopolizacji debaty i procesów politycznych, na rzecz wykreślenia szerszych granic dla ich kontrolowanej pluralizacji. W ten sposób kremlowska elita mogła by rozdzielić protestujących w Moskwie i protestujących w Barnaule, których wszak w rzeczywistości wiele dzieli, a łączy głównie niezadowolenie z władz.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Wyczerpanie się dotychczasowej strategii rozwoju ekonomicznego Rosji i kruszenie stabilizacji jej systemu politycznego przenosi się już na poziom społeczny. W odległej perspektywie, lub przy zbiegu trudnych do przewidzenia okoliczności zewnętrznych, erozja systemu może gwałtownie przyspieszyć. W rosyjskiej kulturze, podszytej myśleniem maksymalistycznym i manichejskim, zawsze tkwił spory potencjał radykalizmu. Ostatecznie ani Marks, ani żaden z jego uczniów nie przewidywał, by rewolucja socjalistyczna mogła rozpocząć się w Rosji, a jednak to właśnie jej mieszkańcy zdecydowali się na historyczny radykalny eksperyment społeczny, na nie widzianą wcześniej skalę, jaki ta rewolucja uruchomiła. W trudnych warunkach Rosjanie są zdolni do eksperymentów.

Karol Kaźmierczak

Czytaj kolejny artykuł

Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz