Mniejszości narodowe solą w ukraińskim oku

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko mówił podczas swojego ubiegłotygodniowego orędzia w parlamencie, że społeczeństwo jest niezadowolone z obecnego poziomu życia i z samych rządzących. Wydarzenia ostatnich dni jasno pokazują, iż czym innym jest przyznanie się do popełnionych błędów, a czym innym chęć wprowadzenia reform mogących poprawić sytuację zwykłych ludzi. Władze Ukrainy zdecydowały się bowiem zapewnić swoim obywatelom kolejne igrzyska zamiast chleba, tym razem ściągając na siebie gniew sąsiadów oprotestowujących reformę systemu oświaty ograniczającą nauczanie języków mniejszości narodowych.

Czołowe ukraińskie ugrupowania, na czele z prezydenckim Blokiem Petra Poroszenki, zapewne nie sądziły, że zmiany w ukraińskim szkolnictwie zostaną dość szybko przesłonięte przez działania Micheila Saakaszwiliego. Były gruziński prezydent i gubernator odesski w niedzielę dzięki szturmowi dokonanemu przez swoich zwolenników dostał się na terytorium Ukrainy, aby wieczorem wystąpić na wiecu we Lwowie. Według ukraińskich mediów głównym celem Saakaszwiliego jest zjednoczenie opozycji przeciwko Poroszence i premierowi Włodymyrowi Hrojsmanowi, dlatego obok niego na demonstracji przeciwników obecnego rządu pojawiła się była premier Julia Tymoszenko. Polityczny cyrk na Ukrainie trwa więc w najlepsze, ale przybycie byłego prezydenta Gruzji do tego kraju z pewnością nie odwróci uwagi Mołdawii, Rumunii i Węgier, które mocno skrytykowały zmiany w tamtejszym systemie edukacyjnym.

O co chodzi?

Przed tygodniem Rada Najwyższa Ukrainy zdecydowała się przyjąć program reformy oświatowej, który poparło 225 parlamentarzystów, czyli przede wszystkim zaplecze rządu Hrosjamana w postaci Bloku Petra Poroszenki oraz Frontu Ludowego. Głównym celem przeforsowanych zmian jest według ustawodawców wprowadzenie dwunastoletniego systemu nauczania, który tym samym zastąpi dotychczasowy trwający niespełna jedenaście lat. Jeśli ustawa zostanie podpisana przez ukraińskiego prezydenta, zmiany wejdą w życie od 1 września 2018 roku w szkołach podstawowych oraz od 1 września 2022 roku w szkołach średnich.

Najważniejsze jest jednak to, co naprawdę kryje się za reformą edukacji, której dokładne wytyczne zostaną przedstawione w przepisach wykonawczych do ustawy. W swoim obecnym kształcie przewiduje ona jednak, że „językiem nauczania w placówkach oświatowych jest język państwowy”, czyli język ukraiński. Tym samym szkoły i uczelnie będą mogły uczyć jednego lub więcej przedmiotów w dwóch lub więcej językach, a więc w języku narodowym, angielskim lub w innych językach urzędowych Unii Europejskiej. Dzieci z mniejszości narodowych mają natomiast mieć możliwość nauki swoich ojczystych języków w placówkach komunalnych obok języka ukraińskiego. Oznacza to, że na razie zmieni się niewiele, ale stopniowo liczba przedmiotów nauczanych po ukraińsku ma się zwiększać, aby od 2020 roku właściwie w ogóle wyrugować mowę mniejszości narodowych.

Do zmian sceptycznie odnosi się również część ukraińskich polityków oraz specjalistów z zakresu edukacji. Zwracają oni przede wszystkim uwagę, tak jak choćby szefowa związku pracowników oświaty w Kijowie, że ukraiński budżet nie gwarantuje odpowiednich środków finansowych na wdrożenie reformy. Nietrudno się domyśleć, że problem z finansowaniem nowego programu nauczania będzie dotyczył szczególnie szkół w mniejszych miejscowościach, a to właśnie one są najczęściej zamieszkane przez przedstawicieli mniejszości narodowych. Niewykluczone więc, że nie znajdą się pieniądze na dodatkowe nauczanie w innych językach, które zostanie ograniczone jedynie do pierwszych klas szkoły podstawowej.

Ukraińskie władze odnoszą się głównie do zarzutów związanych właśnie z finansowaniem reformy. Według Hrojsmana wdrożenie zmian może kosztować nawet 67 miliardów ukraińskich hrywien, co oczywiście jest sporym wydatkiem dla państwa pogrążonego w poważnym kryzysie gospodarczym i mającym problem nawet z zaopatrzeniem dla swojego wojska walczącego w Donbasie. Minister oświaty i nauki Lilia Hrynewycz zapewnia jednak, że pieniądze na ten cel są już zarezerwowane w budżecie i już w przyszłym roku reforma zostanie zasilona trzema miliardami hrywien.

Ostra reakcja Węgrów

Choć nie są jeszcze znane dokładnie wszystkie aspekty reformy, została ona już oprotestowana przez organizacje reprezentujące mniejszości narodowe, a także przez rządy państw ościennych. Jak zawsze w takich sytuacjach najszybciej i najbardziej dobitnie zareagowali Węgrzy, których liczebność na Ukrainie oscyluje wokół 150 tysięcy, stąd są niezwykle dobrze zorganizowani. Ogółem węgierska społeczność protestowała przeciwko zmianom w systemie edukacji od wielu miesięcy, a pod koniec sierpnia wystosowała list otwarty do władz Ukrainy.

Ten materiał powstał dzięki pracy dziennikarzy portalu Kresy.pl.
Wspieraj rzetelne dziennikarstwo.

W dokumencie sygnowanym przez Towarzystwo Węgierskiej Kultury na Zakarpaciu (KMKSZ), Demokratyczny Związek Węgrów Ukrainy (UMDSZ), Towarzystwo Pedagogiczne Węgrów Zakarpacia oraz lokalne Kościoły, rzymskokatolicki, grekokatolicki oraz ewangelicko-reformowany, możemy przeczytać, iż forsowane przez ukraiński parlament prawo uderza w mniejszości narodowej i ma sztucznie przyspieszyć proces ich asymilacji. Węgrzy mają przede wszystkim pretensje o brak konsultacji w sprawie reformy edukacyjnej, a także o łamanie ukraińskiej konstytucji i międzynarodowych zobowiązań przyjętych przez ten kraj po odzyskaniu niepodległości. Ograniczenie praw mniejszości narodowych łamie między innymi umowę stowarzyszeniową Ukrainy z Unią Europejską, która weszła zresztą w życie kilka dni temu, a wymaga ona od Kijowa respektowania różnorodności etnicznej i zasad praworządności.

Najważniejsze w tej sprawie okazało się wsparcie polityków z macierzy. Węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó tuż po uchwaleniu ustawy nazwał działania ukraińskich polityków wbijaniem nożna w plecy Węgrom, po tym jak Ukraińcy zostali zwolnieni z obowiązku wizowego i podpisali umowę stowarzyszeniową z UE. Dodatkowo Szijjártó poinstruował węgierskich dyplomatów, aby ci nie wspierali żadnych inicjatyw Ukrainy na arenie międzynarodowej oraz orzeczeń ważnych dla strony ukraińskiej, a także wezwał na dywanik ukraińskiego ambasadora w Budapeszcie. Węgierskie MSZ zaapelowało także do OBWE, Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rady Europy i Komisji Europejskiej w sprawie zajęcia się ustawą, która godzi w międzynarodowe zobowiązania dotyczące praw człowieka.

Sam premier Viktor Orbán spotkał się w poniedziałek w węgierskim parlamencie z László Brenzovicsem, przewodniczącym KMKSZ, zaś ich rozmowa była w całości poświęcona zagadnieniom ukraińskiej reformy edukacyjnej. Obaj uczestnicy rozmów mieli zgodzić się, że dobrosąsiedzkie relacje Węgier z Ukrainą są konieczne, ale podobne działania Kijowa z pewnością w tym nie pomagają, a dodatkowo łamią międzynarodowe regulacje dotyczące praw mniejszości narodowych. Warto przy tym podkreślić, że węgierski rząd od czasu uchwalenia nowej ustawy oświatowej utrzymywał stały kontakt z Brenzovicsem, bowiem jak podkreślał Szijjártó, „węgierskie państwo ma obowiązek bronić narodu węgierskiego nawet tysiące kilometrów od kraju”.

Rywalizacja węgierskich partii politycznych to w zdecydowanej większości przypadków walka na przysłowiowe noże, ale w tej kwestii znaleziono pełny konsensus – identyczne stanowisko w sprawie ukraińskiej reformy zajęły Fidesz i koalicyjna Chrześcijańsko-Demokratyczna Partia Ludowa (KDNP), Jobbik, Węgierska Partia Socjalistyczna (MSZP), lewicowa Koalicja Demokratyczna (DK) oraz liberalno-ekologiczna Polityka Może Być Inna (LMP). Ostatnie trzy ugrupowania, wraz z pozaparlamentarnymi partiami lewicowo-liberalnymi, zorganizowały nawet wiec na Placu Kossutha w Budapeszcie, podczas którego krytykowały całościową politykę rządu Ukrainy w ciągu ostatnich kilku lat. Ostatecznie parlamentarna komisja spraw zagranicznych przygotowała apel do Poroszenki, aby ten nie podpisywał ustawy o oświacie w jej obecnej formie.

Niepokój u Rumunów i Mołdawian

Więcej niż 400 tysięcy osób na Ukrainie deklaruje jako swoją ojczystą mowę język rumuński, ale w wyniku forsowanej w czasach radzieckich polityki „mołdawianizacji” Rumunów obecnie szacuje się, iż taką narodowość deklaruje ok. 150 tysięcy ludzi. Sami Mołdawianie uznawani są za czwartą co do wielkości mniejszość narodową na Ukrainie, bowiem ma ich być blisko 259 tysięcy. Nic więc dziwnego, że Rumunia i Mołdawia także poczuły się w obowiązku bronić swoich mniejszości narodowych.

Sama rumuńska mniejszość na Ukrainie skupiła się przede wszystkim na protestach wysyłanych do międzynarodowych instytucji, choć już w dniu przegłosowania zmian w systemie edukacyjnym zaapelowała do Poroszenki o niepodpisywanie stosownej ustawy. Liderzy ukraińskich Rumunów wysłali chociażby list do OBWE, w którym zaznaczają, iż od 200 lat mogli posługiwać się na tych terenach swoją ojczystą mową i nie odmawiano im do tego prawa nawet w czasach radzieckich. Obecne władze Ukrainy zdecydowały się jednak złamać nie tylko ustawę zasadniczą, ale również swoje zobowiązania międzynarodowe. Rumuńska społeczność zamieszkująca głównie obwód czerniowiecki jest przy tym rozgoryczona na lokalne władze, które nie postąpiły chociażby wzorem swoich odpowiedników z obwodu zakarpackiego i nie skrytykowały nierozważnego kroku ukraińskiej Rady Najwyższej. Trudno się jednak temu dziwić – gubernator Aleksander Fryszczuk należy do współtworzącego koalicję rządową Frontu Ludowego.

Co ciekawe, sprawa nie zainteresowała rumuńskiego prezydenta Klausa Iohannisa, który sam wywodzi się przecież z mniejszości Sasów siedmiogrodzkich, a społeczność Rumunów na Ukrainie zwróciła się do niego z prośbą o interwencję. Rumuński Niemiec dalej jednak nie zabrał w tej sprawie głosu, choć jeden z liderów jego Partii Narodowo-Liberalnej (PNL), Daniel Gheorghe, nie wykluczył nawet zerwania traktatu podstawowego z Ukrainą, ponieważ jego zdaniem jest on wypełniany jedynie przez jego kraj i świadomie ignorowany przez stronę ukraińską. Rumuński rząd wyraził natomiast zaniepokojenie ustawą oświatową, mającą być jednym za tematów rozmów zbliżającej się wizyty rumuńskiego ministra spraw zagranicznych Wiktora Mikuły w Kijowie. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Rumuni dość nieprzypadkowo starają się w tej kwestii ważyć słowa, ponieważ jednocześnie sami chcą chociażby zamknąć katolicką węgierską szkołę w Târgu Mureș.

Swojej licznej mniejszości nie zostawiają w potrzebie Mołdawianie. Prezydent tego kraju, Igor Dodon podejrzewa, że celem ukraińskich władz jest wynarodowienie tamtejszych Mołdawian i Rumunów, a najłatwiejszą drogą do otrzymania pozytywnych rezultatów tego procesu jest atak na szkolnictwo. Dodon zaznaczył przy tym, że jedną z podstaw demokratycznego systemu jest ochrona mniejszości etnicznych oraz tolerancja wobec kultury i tradycji swoich rodaków, w tym także poszanowanie chęci nauki dzieci w języku ojczystym. Mołdawski prezydent zwrócił uwagę na aktywność ukraińskich Mołdawian i innych mniejszości etnicznych, które aktywnie włączyły się w przeciwdziałanie wdrożeniu ustawy.

Mniejszości celem od początku

Nietrudno zgadnąć, że głównym celem zapisów o nadrzędności języka ukraińskiego jest uderzenie gównie w mniejszość rosyjską. Przed wybuchem wojny w Donbasie jej liczbę szacowano na blisko 8,3 miliona osób, jednak trzeba pamiętać, że spora część populacji Rosjan zamieszkiwała oderwany od Ukrainy Krym. To głosy rosyjskiej mniejszości pozwoliły Blokowi Opozycyjnemu, czyli dawnej Partii Regionów, na stanie się największą siłą ukraińskiej opozycji, dlatego ugrupowanie postanowiło zbojkotować ubiegłotygodniowe głosowanie nad reformą. Spora część działaczy Bloku przynależy zresztą także do innych grup narodowościowych, stąd apel o wycofanie się ze zmian przedstawił były gubernator obwodu czerniowieckiego Mychajło Papijew, który zwrócił uwagę na dotychczasową lojalność mniejszości rumuńskiej wobec państwa ukraińskiego, zamieszkującej ten odpowiednik polskiego województwa.

Przedstawiciele prorosyjskiego ugrupowania i organizacje mniejszości narodowych nie należą jednak do jedynych krytyków zmian w ukraińskich szkołach. Przedstawiciele niektórych ośrodków analitycznych uważają, iż przyczynią się one jedynie do dalszego pogłębienia niechęci mieszkańców Donbasu do państwa ukraińskiego, bowiem ustawa stoi w sprzeczności z hasłem zjednoczenia kraju, skoro generuje podziały wśród tworzących Ukrainę społeczności. Podobnej argumentacji używa gubernator obwodu zakarpackiego Hennadij Moskal, który rządzi najbardziej wieloetnicznym regionem na Ukrainie. Moskala trudno podejrzewać o prorosyjskie sympatie, bowiem został on przeniesiony na Zakarpacie z obwodu ługańskiego przez samego Poroszenkę, aby zrobić porządek w miejscowej administracji, a samo zaangażowanie po stronie ukraińskiego prezydenta kosztowało Moskala usunięcie z partii Julii Tymoszenko. Szef obwodu zakarpackiego w specjalnym oświadczeniu podkreślił, że nowa ustawa narusza ukraińskie zobowiązania wobec Europejskiej Karty Języków Regionalnych oraz umowy międzynarodowe podpisane z sąsiednimi państwami. Według Moskala reforma uderza w praworządnych obywateli posługujących się doskonale językiem ukraińskim, a przede wszystkim została uchwalona przez parlamentarzystów nie rozumiejących specyfiki wieloetnicznych regionów.

Władze Ukrainy po sukcesie Euromajdanu zrobiły już wiele, aby zniechęcić do siebie mniejszości narodowe, co jest oczywiście związane z chęcią zukrainizowania tamtejszych Rosjan. Już w lutym 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy uchyliła ustawę o podstawach polityki językowej, która zapewniała liczne przywileje mniejszościom narodowym, a od tego czasu przygotowała cztery kolejne akty prawne regulujące te kwestie. Ich celem było głównie ograniczenie możliwości działania na terytorium Ukrainy mediom rosyjskojęzycznym, co jednak odbijało się rykoszetem na wszystkich pozostałych grupach, bowiem Kijów uznaje posługiwanie się innym językami niż ukraiński za podważanie ukraińskiej państwowości.

Wiele kontrowersji wzbudziła też powszechna mobilizacja społeczeństwa na wojnę w Donbasie. Członkowie mniejszości narodowych nie byli szczególnie zainteresowani walką na froncie, w szczególności kiedy ukraińskie wojsko selektywnie egzekwowało masowe wezwania do swoich szeregów. Doskonałym przykładem były pod tym względem wydarzenia z zakarpackiego Mukaczewa, gdy w lipcu 2015 roku walki pomiędzy zwaśnionymi frakcjami przerwały europejski „sezon ogórkowy” w mediach. Wśród zwalczających się gangów zajmujących przemytem papierosów pojawili się bojownicy Prawego Sektora, którzy najwyraźniej nie byli zainteresowani walką za swoją ojczyznę na wschodnim froncie, za to dwóch ich kompanów zginęło w strzelaninie w mieście zarządzanym przez węgierskiego burmistrza.

Ukraina odstrasza sąsiadów

Media nastawione krytycznie wobec ustawy językowej zwracają przy okazji uwagę, iż swoimi działaniami rządzący Ukrainą zniechęcają do siebie swoich sąsiadów, w tym również tych niezwykle ważnych z powodu swojej przynależności do UE. Ugrupowania popierające Poroszenkę i Hrojsmana miały wręcz przyczynić się do stworzenia szerokiej koalicji przeciwko Ukrainie, obejmującej Węgry, Mołdawię, Rumunię, Polskę oraz Bułgarię, czyli wszystkie państwa posiadające swoje mniejszości na terytorium państwa ukraińskiego.

Tym samym ukraińscy politycy zniweczyli własne wysiłki dotyczące ocieplenia stosunków z sąsiadami. Co prawda Węgrzy od początku sceptycznie odnosili się do efektów Euromajdanu, ale robiąc szeroko już opisywane na tych łamach interesy z Rosją, nie sprzeciwiali się nakładaniu kolejnych sankcji na stronę rosyjską z powodu jej zaangażowania w konflikt na wschodzie Ukrainy. Na przełomie 2014 i 2015 roku było wręcz widać ostentacyjną chęć poprawienia stosunków z Kijowem przez Budapeszt, który chciał zażegnać największy w historii dyplomatyczny konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, a także wzmocnić współpracę z pozostałymi państwami Grupy Wyszehradzkiej. W tym celu nie tylko wyciszono postulat węgierskiej autonomii na Zakarpaciu, lecz także wznowiono rewers dostaw gazu na Ukrainę. Nie należy też zapominać, że integracja Ukrainy z UE poniekąd leży w interesie węgierskiej mniejszości na Ukrainie, ponieważ chociażby dzięki zniesieniu unijnych wiz Węgrzy z Ukrainy mają możliwość łatwiejszego przejazdu do macierzy.

Dużo trudniejsze wydawało się przełamanie trwającej od dziesięcioleci wzajemnej nieufności Rumunii i Ukrainy. Bukareszt przez lata toczył spór z Kijowem o status Wyspy Węży i podział wyłącznych stref ekonomicznych na szelfie kontynentalnym Morza Czarnego. Kiedy spór przed ośmioma laty rozstrzygnął Międzynarodowy Trybunał w Hadze, nie zmieniło to ogólnego charakteru rumuńsko-ukraińskich relacji. Poza kwestiami ekonomicznymi związanymi z eksploatacją Morza Czarnego chodziło o również o rumuńską mniejszość narodową, której ochronę przez Rumunów Ukraina uznawała za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego, ponieważ zamieszkują oni głównie tereny przygraniczne. Krzywo na Ukrainie patrzono także na akcję przyznawania Rumunom z Ukrainy rumuńskich paszportów, czy też na hasła zjednoczenia Mołdawii, której niewielka historyczna część znajduje się obecnie w ukraińskich granicach. Objęcie funkcji głowy państwa rumuńskiego przez wspomnianego już Iohannisa spowodowało jednak przełom we wzajemnych stosunkach, którego oznaką było ratyfikowanie przez Rumunię umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z UE, co Rumuni uczynili jako pierwsze unijne państwo członkowskie. Ponadto podpisano szereg ukraińsko-rumuńskich umów dotyczących kooperacji w zakresie obronności i bezpieczeństwa.

Dużo bardziej skomplikowane wydają się być stosunki Ukrainy z Mołdawią. Mołdawia podobnie jak Ukraina należy do unijnego programu Partnerstwa Wschodniego, ale największą wagę przywiązuje do niego liberalna większość rządowa, która w kwestiach polityki zagranicznej rozmija się z obecnym mołdawskim prezydentem. Dodon jest zdecydowanym zwolennikiem współpracy Kiszyniowa z Moskwą, dlatego podczas swojej pierwszej wizyty zagranicznej nie tylko odwiedził stolicę Rosji, lecz dodatkowo wręczył swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi, Władimirowi Putinowi mapę „Wielkiej Mołdawii”, która obejmowała także część ukraińskiego terytorium. W całym zamieszaniu dotyczącym ukraińskiej ustawy oświatowej najbardziej znamienny jest zresztą fakt, iż głos w tej sprawie zabrał jedynie Dodon, natomiast mołdawski rząd przemilczał sprawę wzorem rumuńskiego prezydenta. W tym samym czasie doszło zresztą do ostrego zwarcia pomiędzy rządem i głową państwa, bowiem Dodon sprzeciwił się wysłaniu mołdawskich wojsk na międzynarodowe ćwiczenia odbywające się na Ukrainie.

W Polsce po staremu

O ile rumuński prezydent i mołdawski rząd postanowiły po prostu schować głowę w piasek, o tyle stanowisko względem ustawy oświatowej przedstawiło polskie ministerstwo spraw zagranicznych. Jak zwykle okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ponieważ zdaniem resortu kierowanego przez Witolda Waszczykowskiego ukraińskie władze z pewnością będą przestrzegać praw mniejszości, dlatego Warszawa zamierza jedynie „przyglądać się” realizacji reformy. W tym samym czasie rząd pod naciskiem Ukrainy oraz Litwy skapitulował w sprawie kresowych motywów w nowych paszportach, stąd nie uświadczymy na nich Cmentarza Orląt Lwowskich, co brzmi niemal komicznie w zestawieniu z faktem żądania reparacji wojennych od dominujących w Europie Niemiec.

W związku z wątpliwościami wokół ustawy głos zabrało ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy, które zapewniło swoich sąsiadów, że zmiany w szkolnictwie nie uderzą w prawa mniejszości narodowych. Jednocześnie jednak reforma spotkała się z aprobatą Stanów Zjednoczonych, tak więc Kijów z pewnością został w tej kwestii ośmielony przez Waszyngton.

Przeczytaj: MSZ Ukrainy nie widzi potrzeby nauczania części przedmiotów w językach mniejszości narodowych

Marcin Ursyński

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz