Afgańska mogiła amerykańskiej hegemonii

Kraj, który miał być poligonem możliwości egzekwowania światowej hegemonii USA, stał się jej mogiłą.

Wycofywanie się amerykańskich sił zbrojnych z Afganistanu przybiera formę spektakularnej rejterady. Przebiega wyraźnie szybciej niż wycofywanie „ograniczonego kontyngentu” Armii Radzieckiej, które Michaił Gorbaczow rozłożył na dwa lata. Tymczasem wyjście Amerykanów z kraju, który można nazwać mogiłą imperiów, rozpisać trzeba raczej na miesiące.

Afganistan zmienił układ sił

Zapowiadał je prezydent Donald Trump, który pod hasłem „America first” obwieszczał porzucenie roli światowego imperium, na rzecz przykrojenia zaangażowania według jasno i pragmatycznie ustalonych interesów społeczeństwa USA. Jednak jego plan błyskawicznie realizuje następca, oficjalnie modelowy liberał , który obiecywał „powrót Ameryki” do „zarządzania globalnego”. Potwierdza to tylko, jakim, nie mającym żadnej perspektywy strategicznego zwrotu obciążeniem stała się dla Waszyngtonu interwencja w Afganistanie i jak bardzo światowy układ sił zmienił się na niekorzyść Amerykanów.

Administracja Bidena nadała opuszczeniu tego azjatyckiego kraju taki priorytet, że gotowa jest na wpisanie w straty kosztów zarówno przeszłych, jak i obecnych. Przeszłe to około 2,26 biliona dolarów samych wydatków wojskowych i około biliona wydanego na organizację afgańskich sił bezpieczeństwa i armii. Nie na wiele się one zdały, bowiem w kolejnych dystryktach siły te rozsypują się pod naciskiem ataków talibów, lub wręcz przed ich nadejściem. Straty bieżące to wielka szkoda dla militarnego prestiżu USA, a przecież składa się on także na to, co określamy potencjałem odstraszania przeciwników i potencjałem wiarygodności wobec sojuszników, przekładając się, co za tym idzie, na możliwości politycznego wpływu na zachowanie jednych i drugich.

Zobacz także: Afganistan nie znosi próżni. Chińczycy chcą zastąpić Amerykanów

Interwencje w Afganistanie, a także w w Iraku nie oznaczały kosztów wyłącznie ilościowych – finansowego wykrwawiania Stanów Zjednoczonych. Na długi czas przykuły one uwagę amerykańskiej elity, kształtowały myślenie strategiczne amerykańskich wojskowych i same amerykańskie siły zbrojne, które latami przygotowywano do asymetrycznej wojny przeciwpartyzanckiej z prymitywnym technologicznie przeciwnikiem. Przez te lata Rosja i przede wszystkim Chiny kierowały coraz większe środki na wszechstronną modernizację swoich sił zbrojnych tak, aby stały się one równym przeciwnikiem dla USA na swoich teatrach, co zmieniło układ sił na globie. Czasy, w których amerykańska strategia zakładała możliwość toczenia jednocześnie dwóch wojen z rozwiniętymi armiami państwowych przeciwników odeszły już dawno.

Przegrani interwencji

Obraz bazy lotniczej Bagram przez dekady pełniącej rolę głównego węzła logistycznego interwencji, opuszczonej chyłkiem w ciągu jednej nocy, bez powiadomienia władz Afganistanu, z pozostawieniem pojazdów czy nawet broni lekkiej jest obrazem desperacji. Choć być może to lepsza strategia niż wycofywanie się w obiektywach kamer, jak to było w Wietnamie. Inaczej niż tam Amerykanie zadbali jednak w zasadzie tylko o siebie. Ich kolaboranci, przedstawiciele kabulskich elit, którzy wpisali się w amerykańską wizję „nation building” muszą radzić sobie sami. Z Afganistanu co i rusz nadchodzą informacje o ponurych nastrojach w tej chyba dość cienkiej warstwie zdecydowanych beneficjentów i zwolenników narzuconej zbrojnie demoliberalnej modernizacji. Jeszcze cieńsza jest grupa tych, których stać na samodzielne opuszczenie Kabulu. Dla wszystkich pozostałych wizja powrotu talibów jest wizją dramatyczną. Powrót ten jest zresztą powtórką z historii.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia

Zobacz także: Afgańscy żołnierze uciekli przed talibami do sąsiedniego państwa

Lubimy przedstawiać interwencję radziecką trwającą od 1979 r. w kategoriach brutalnego najazdu i okupacji. Jednak przecież i w tym przypadku w Afganistanie nie zabrakło grona wyczekujących jej i na niej korzystających. Ludowo-Demokratyczna Partia Afganistanu była typową organizacją zradykalizowanych intelektualistów w pierwszym pokoleniu, których do komunizmu pchnęła niezgoda na dojmującą nędzę materialną, całkowitą podległość wobec głowy klanu i ciasny horyzont kiszłaka. Obietnica modernizacji w socjalistycznym wydaniu – pracy inżyniera w fabryce i mieszkania w bloku z centralnym ogrzewaniem, czy życia kobiety bez burki za to z możliwością wychylenia lampki wina w miejskiej kawiarni, miała swoich gorących zwolenników w Kabulu już pod koniec lat 70 XX w. Jednak podobnie jak dziś, ludzie tacy okazali się być wówczas w mniejszości, a prowincjonalny, jak się okazuje prawdziwy Afganistan, znów zapukał w bramy stolicy. Czy może raczej uderzył uderzył w nią kolbą karabinu.

Ideologiczny radykalizm

Wśród przesłanek amerykańskiego ataku na Islamski Emirat Afganistanu talibów była oczywiście doraźna potrzeba manifestacji siły, zemsty, zrobienia czegoś po ciosie prosto w twarz, jaki USA otrzymały 11 września 2001 r. Stała za tym i głębsza geopolityczna wizja „wielkiego Bliskiego Wschodu” i „nowego Wielkiego Wschodu” czyli przestrzeni kluczowej, jak uważał jeszcze Brzeziński, do kontrolowania eurazjatyckiej Wielkiej Wyspy, a przy tym bliskowschodnich zasobów kopalin, postrzeganych jako równie kluczowe w czasach, gdy żaden z relewantnych polityków, a już na pewno nie nafciarz – George W. Bush, nie mówił o żadnym zielonym ładzie. Jednak sposób, w jaki Amerykanie zrealizowali swoją zemstę za World Trade Center, a tym bardziej agresja na Irak, która przecież nie miała żadnej tego rodzaju przesłanki, sposób okupacji tego drugiego kraju, gdzie do gołej ziemi zdemontowano struktury państwowe, łącznie z armią, choć przecież Amerykanie mieli możliwości rozwiązań kompromisowych z dużo bardziej pragmatycznymi irackimi generałami i funkcjonariuszami partii Baas, wskazuje nam, jak silne było ideologiczne podłoże amerykańskiej polityki.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Próba szczepienia liberalnej demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu w Iraku, czy w jeszcze bardziej sfragmentaryzowanym etnicznie i tradycjonalistycznym Afganistanie, sięgała tego poziomu ideologicznie podbudowanej nonszalancji, jaką wcześniej wykazali radzieccy doradcy. Neokonserwatyści, którzy skolonizowali administrację Busha juniora, byli w istocie zbrojnymi liberałami, radykalniejszymi niż Barack Obama, Hilary Clinton i Joe Biden, całkowicie poważnie rozpatrującymi możliwość amerykanizacji większej części świata w kategoriach ideologicznych właśnie. Trupy żołnierzy, biliony wydanych dolarów i pośpiech ucieczki to rachunek nie tylko za geopolityczną, militarną pychę, ale także ideologiczny radykalizm amerykańskiej polityki.

Zobacz także: George W. Bush krytykuje wycofanie sił USA z Afganistanu

Perspektywa sahiba

Według najczęściej powtarzanych szacunków talibowie kontrolują już jedną trzecią spośród 421 dystryktów Afganistanu. Oni sami twierdzą, że panują nad 80 proc. powierzchni kraju. Ich szybkie postępy z ostatnich tygodni, szczególnie w obszarach przygranicznych na rubieży Iranu, Uzbekistanu i Tadżykistanu każą dopuścić, że powierzchnia ich domeny jest już większa. W opublikowanym w czwartek wywiadzie portal gazeta.pl postanowił opisać sytuację w Afganistanie słowami publicystki „Krytyki Politycznej” Jagody Grondeckiej, mieszkającej w Kabulu. „Teraz jest najgorzej od 2001 r., czyli początku zachodniej interwencji i obalenia rządu talibów. I to nie tylko moja opinia, ale też powszechnie wyrażana przez Afgańczyków” – powiedziała Grondecka tak, jakby znała opinię co najmniej jednego mieszkańca każdego dystryktu i zajrzała do setek kiszłaków na afgańskiej prowincji. W wywiadzie tym najbardziej uderzające jest to retoryczne oddzielanie Afgańczyków od talibów, jakby ci ostatni byli przybyszami z innej planety, a nie ruchem, który już raz wywalczył władzę w tym kraju, a przez ostatnie 20 lat był w stanie kontrolować znaczne jego obszary, stawiając opór najpotężniejszej armii świata, wysłanej przez ówczesnego globalnego hegemona. Wydźwięk tego wywiadu jest taki, że łaknący westernizacji Afgańczycy zostali porzuceni przez USA i teraz padną ofiarą talibów wypreparowanych z afgańskiego kontekstu.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Zobacz także: Afgańscy cywile chwytają za broń w walce z talibami

Po 20 latach interwencji w Afganistanie Amerykanie zdali sobie sprawę, że talibowie nie są przybyszami z innej planety, lecz autochtoniczną siłą społeczno-polityczną tego kraju o głębokim zakorzenieniu.  Skoro przez tyle lat nie dysponowali oni ani wielkimi zasobami materialnymi, ani państwową strukturą instytucjonalną, ani technologiczną potęga, a mimo to utrzymali się w roli głównego aktora na afgańskiej scenie politycznej i na afgańskim placu boju, warto przyjąć do wiadomości, że są po prostu immanentną częścią afgańskiej rzeczywistości. Teoria wojny partyzanckiej jest rozwijana od dwóch wieków i każdy z jej teoretyków (tudzież praktyków) potwierdzi, że żadna partyzantka nie jest stanie działać bez znaczącego zaplecza wśród mieszkańców obszaru na jakim operuje.

Jak widać nadal nie przyswoiła sobie tego polska „postępowa” publicystka, wyrzekająca na to „jak Amerykanie zdecydowali się pośpiesznie i jednostronnie wycofać”, co brzmi kuriozalnie w ustach przedstawicielki periodyku, który zapowiadał się jako organ radykalnej lewicy. W istocie korespondentka „Krytyki Polityczne przyjmuje postawę XIX-wiecznych zachodnich sahibów nie potrafiących sobie nawet wyobrazić, że Afgańczycy, a przynajmniej spora ich część, mogą chcieć żyć całkowicie wbrew zachodnim standardom i szukających sposobu zaordynowania im tych standardów. Powtórzmy – wszystko to od publicystki redakcji wywieszającej na sztandarze kosmopolityzm i tolerancję dla różnicy kulturowej. Tak oto przedstawicielka środowiska pouczającego nas, że „nie ma ludzi nielegalnych”, każącego nam wpuszczać do naszej własnej ojczyzny każdego, kto tylko zażyczy sobie do niej przyjechać wraz z całym swoim bagażem kulturowym – wobec tych samych ludzi w ich własnej ojczyźnie przyjmuje postawę cywilizatora dzikusów.

Afgańska droga

Tymczasem mieszkańcy Afganistanu znów idą swoją drogą, którą zawzięcie wytyczają nieco obok, nieco wstecz światowych autostrad, która to droga, tak wielu z nas wydaje się absurdalnie niewygodna, kręta i kamienista. Nie tylko Amerykanie, ale i my w Europie musimy się w końcu pogodzić z istnieniem Afganistanu z poważnym udziałem talibów, a być może po prostu Afganistanu talibów. Jest to wykonalne, skoro z taką perspektywą pogodził się nawet stojący w 1998 r. na skraju wojny z talibańskim Afganistanem Iran.

Karol Kaźmierczak

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz