Prezydent Syrii Baszar al-Assad zapewnił szefa rosyjskiego MSZ Siergieja Ławrowa, że podejmie działania zapobiegające eskalacji przemocy. Natomiast Moskwa ustami swojego ministra obiecała pomóc w pokojowym uregulowaniu konfliktu.
Od marca ubiegłego roku w Syrii zginęło około 6 tysięcy osób. Powstańcy domagają się ustąpienia prezydenta Assada, który sprawuje dyktatorskie rządy od 12 lat. W sobotę Rosja i Chiny zablokowały projekt rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Syrii. Moskwa zapowiedziała, że nigdy nie zgodzi się na otwarcie drogi do zbrojnej interwencji w tym arabskim kraju. W dzień po zgłoszeniu weta prezydent Dmitrij Miedwiediew polecił szefowi dyplomacji Siergiejowi Ławrowowi i szefowi wywiadu zagranicznego Michaiłowi Fradkowowi udać się na rozmowy do Damaszku. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przed ich przylotem rosyjscy dyplomaci pracujący w Syrii spotkali się z liderami walczącej opozycji. Rosji zależy na utrzymaniu Syrii w swojej strefie wpływów. Na terytorium tego kraju działa rosyjska baza okrętów wojennych, jedyna na Morzu Śródziemnym, w strefie wpływów USA i NATO. Sprzedając broń władzom w Damaszku Rosjanie utrzymują otwarte drzwi do kontaktów ze światem arabskim. Aby zachować swoje wpływy w tym rejonie, Moskwa nie może dopuścić do zachodniej interwencji zbrojnej. Jej obecne działania stwarzają pozycję wyjściową do ubiegania się o zgodę na wysłanie do Syrii swoich wojsk jako międzynarodowej misji pokojowej. Pozwoliłoby to między innymi na utrzymanie bazy marynarki wojennej na Morzu Śródziemnym. Eksperci przypominają, że podobna sytuacja miała już miejsce na Kaukazie. Rosyjscy żołnierze, działając jako siły pokojowe w Osetii Południowej i Abchazji, pomogli tym zbuntowanym republikom oderwać się od Gruzji. Po wojnie gruzińsko-rosyjskiej z 2008 roku Cchinwali i Suchumi znalazły się w rosyjskiej strefie wpływów.






























