Wspomnienia majora Mariana Kozłowskiego z Wigilii 1943 roku ukazują codzienność żołnierzy konspiracji w realiach okupacji. Zimowy marsz, wyczerpanie, gościnność polskiej wsi i wieczerza wigilijna przeżywana w cieniu wojny tworzą poruszający obraz tamtych dni.
Wczesnym rankiem 24 grudnia 1943 roku dwudziestoosobowy oddział partyzancki zbliżał się powoli do niewielkiej wsi ukrytej pośród lasów. Każdy krok stawiany na zamarzniętej ziemi był kolejnym etapem ciężkiego, codziennego zmagania się z okupacyjną rzeczywistością. Żołnierze, skrajnie wyczerpani wielodniowym marszem, z trudem utrzymywali tempo nocnej wędrówki, wyczekując chwili postoju.
Zobacz też: W Sejmie pojawiła się szopka bożonarodzeniowa
Dowódca oddziału, Marian Kozłowski, znajdował się w szczególnie trudnym stanie. Kilkudniowy brak snu sprawił, że podczas marszu tracił kontakt z rzeczywistością. Zdarzały się momenty, gdy szedł niemal bezwiednie, podtrzymywany przez dwóch żołnierzy. W drodze nawiedzały go krótkie, senne wizje przeszkód – rwących rzek, drutów kolczastych – jakby granica między jawą a snem zupełnie się zatarła.
Po dotarciu na miejsce na oddział czekał gorący posiłek i możliwość krótkiego odpoczynku w ciepłym domu. Przyjęcie, z jakim spotkali się partyzanci, było pełne serdeczności i troski. Gospodarze otworzyli przed nimi swoje drzwi i serca, nie pytając o nic więcej. Ten dzień miał jednak szczególny charakter – była Wigilia.
Decyzja o spędzeniu wieczoru wigilijnego wspólnie z mieszkańcami wsi spotkała się z ich radosną aprobatą. Oddział składał się z ludzi „spalonych”, pozbawionych możliwości normalnego życia, dlatego od początku było jasne, że tego wieczoru wszyscy stworzą jedną rodzinę. Wspólnie ustalono skromne, lecz tradycyjne menu. Na stole miały się pojawić ryba, kapusta z grzybami, kluski z makiem oraz kompot z suszonych owoców – potrawy, o których partyzanci nie śmieli nawet marzyć.
Gdy na mroźnym niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, wszyscy zgromadzili się w największej izbie. Zasiedli do stołu, a gospodarze złożyli życzenia, by była to ostatnia Wigilia spędzana w czasie wojny. Dowódca oddziału dodał słowa nadziei, życząc, aby następne święta przyszło obchodzić już w wolnej Polsce i w gronie rodzin.
Dla wielu obecnych były to słowa szczególnie bolesne. Wielu straciło bliskich, domy i całe dotychczasowe życie. W ciszy powracały myśli o nieznanym losie rodzin, o więźniach obozów, o rozproszonych po świecie bliskich. Pod koniec wieczerzy ktoś cicho rozpoczął kolędę „Bóg się rodzi”.
Kresy.pl/Narew.info











