Donald Trump przyjął w środę sekretarza generalnego NATO w Białym Domu. Nie osłabiło to jednak krytycyzmu amerykańskiego prezydenta wobec Sojuszu.
Spotkanie Trumpa z Markiem Rutte trwać miało około dwóch godzin, jak podał portal The Hill. Zostało zorganizowane po zdecydowanych słowach krytyki, jakie w poprzednich tygodniach wyrażali wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego członkowie amerykańskiej administracji, w tym sam prezydent.
Spotkanie nie uśmierzyło krytycyzmu Trumpa. Już po spotkaniu, napisał on w środę wieczorem na portalach społecznościowych: “Nie było tam NATO, gdy ich potrzebowaliśmy, i nie będzie tam, gdy znów będziemy go potrzebować. Pamiętajcie Grenlandię, ten wielki, kiepsko zarządzany kawał lodu”.
Amerykański prezydent po raz kolejny dał wyraz swojego niezadowolenia, że europejscy sojusznicy nie chcieli w żaden sposób zaangażować się w wojnę przeciwko Iranowi. Ponownie też dał wyraz dążeniom do wzięcia pod kontrolę Waszyngtonu wyspy będącej autonomicznym terytorium Danii.
31 marca sekretarz obrony Pete Hegseth odmówił potwierdzenia automatycznego działania art. 5 traktatu sojuszniczego, stwierdzając, że każde działanie USA wobec sojuszników zależy od decyzji amerykańskiego prezydenta. Tak argumentował też o końcu “wielkiego sojuszu” – „gdy prosimy o dodatkową pomoc lub po prostu o dostęp, bazę i przelot, spotykamy się z pytaniami, blokadami lub wahaniami”.
Wtórował mu tego samego dnia sekretarz stanu Marco Rubio, który sugerował, że po zakończeniu trwającego konfliktu Waszyngton powinien ponownie ocenić relacje z sojusznikami – „Będziemy musieli na nowo ocenić wartość NATO i tego sojuszu dla naszego kraju”. „Będziemy musieli ponownie zbadać, czy ten sojusz” – kontynuował Rubio – „nadal spełnia swoją rolę, czy też stał się układem jednostronnym, w którym Ameryka jest jedynie w pozycji obrońcy Europy”.
1 kwietnia już sam prezydent USA wypowiadał się na temat Sojuszu – „Zawsze wiedziałem, że to papierowy tygrys i Putin też o tym wie”.
Formalni sojusznicy USA w Europie zdystansowali się od ataku na Iran. Oficjalnie wykorzystywania swoich terytoriów czy przestrzeni powietrznej do prowadzenia działań związanych z atakiem na Iran odmówiły Turcja, Hiszpania, Francja i Włochy. Słabsze sygnały w tej sprawie dały Niemcy.
Nawet najbliższy sojusznik Waszyngtonu, Wielka Brytania ustami swojego premiera Keira Starmer ustosunkowałą się do agresji USA i Iraela – “To nie jest nasza wojna i nie damy się w nią wciągnąć”.
thehill.com/kresy.pl
































