Radny Tomasz Gontarz zarzuca władzom Lublina, że publicznie podawały milionowe kwoty korzyści z obecności studentów zagranicznych, choć nie potrafią ich źródłowo udokumentować. Sprawa dotyczy także rozbieżności w danych o liczbie studentów zagranicznych oraz sprzecznych komunikatów w sprawie pomocy rodzinom przyjeżdżających studentów.

Sprawa dotyczy kwot, które miały obrazować rzekome finansowe korzyści związane z obecnością studentów zagranicznych. Wiceprezydent Fulara podawał, że roczne przychody z czesnego studentów z Afryki wynoszą około 35 mln zł, najem mieszkań ma przynosić 50 mln zł rocznie, a studenci zagraniczni w województwie mają generować około 290 mln zł.

W odpowiedzi na interpelację Radnego Prawa i Sprawiedliwości Tomasza Gontarza urząd przyznał, że liczby te nie zostały opracowane przez Miasto Lublin w formie analizy, opracowania ani notatki. Ratusz określił je jako „orientacyjne szacunki”, uzasadniane dopiero po publicznym przedstawieniu.

„Pan wiceprezydent Fulara wychodzi na konferencję prasową i rzuca: trzydzieści pięć milionów, pięćdziesiąt milionów, dwieście dziewięćdziesiąt milionów. Brzmi to poważnie. A potem czytam w odpowiedzi na moją interpelację, że za tymi liczbami nie stoi żaden dokument ani żadne wyliczenie. To są liczby dorobione do tezy, a nie policzone dane” — mówi radny Tomasz Gontarz.

Może Cię zainteresować: Obywatel Zimbabwe ma zostać deportowany po ataku w Lublinie

Spór po festiwalu „Africa Day”

Kwoty podawane przez wiceprezydenta pojawiły się w publicznych wypowiedziach i wpisach reagujących na spór wokół festiwalu „Africa Day”. Według Gontarza dane finansowe zostały użyte w czasie ostrej debaty politycznej jako argument na rzecz polityki miasta wobec studentów zagranicznych.

„Nie przesądzam, czy pan wiceprezydent zrobił to świadomie — to niech ocenią mieszkańcy. Ale fakty są takie: w środku gorącej awantury rzuca się ludziom konkretne duże kwoty rzekomych milionowych ,,korzyści” dla Lublina, których potem nie da się niczym potwierdzić. Tak buduje się przekaz pod z góry przyjętą tezę, a nie rzetelnie informuje mieszkańców” — twierdzi radny.

Wątpliwości radnego budzi także metodologia przedstawiona przez miasto po fakcie. Kwotę 50 mln zł z najmu policzono przy założeniu, że każdy student z Afryki wynajmuje samodzielnie całe mieszkanie, choć studenci zwykle dzielą lokale. Kwota 290 mln zł dotyczyła całego województwa, ale została odniesiona do budżetu samego Lublina.

Kto zarabia na najmie

Gontarz zwraca uwagę, że ratusz nie wykazał, do kogo realnie trafiają pieniądze z najmu mieszkań dla studentów zagranicznych. W jego ocenie inaczej należy oceniać sytuację, w której zarabiają zwykli mieszkańcy wynajmujący pokoje, a inaczej model oparty na prywatnych akademikach i inwestycjach deweloperskich.

„Słyszymy o pięćdziesięciu milionach z najmu. Tylko pytanie, do czyjej kieszeni te pieniądze trafiają — zwykłego lublinianina, który wynajmuje studentowi pokój, czy dewelopera, który postawił prywatny akademik na wynajem? Bo to dwie zupełnie różne rzeczy dla naszego miasta” — mówi radny.

Sprzeczne komunikaty w sprawie rodzin studentów

Interpelacje dotyczyły także pomocy udzielanej studentom zagranicznym i ich rodzinom. W styczniu 2026 roku w podcaście UMCS Wiktoria Herun, zastępczyni dyrektora Wydziału Strategii i Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Lublin oraz koordynatorka programu „Study in Lublin”, mówiła, że studenci spoza Europy coraz częściej przyjeżdżają do Lublina z rodzinami, a miasto pomaga im w wynajęciu mieszkań.

W oficjalnej odpowiedzi ratusz zaprzeczył, aby prowadził program mieszkaniowy dla takich rodzin. Urząd oświadczył, że nie pośredniczy w najmie, nie dopłaca do czynszu i nie pomaga w szukaniu mieszkań, a wsparcie ma charakter „wyłącznie informacyjny”.

„Najpierw pani dyrektor Herun mówi publicznie, że miasto pomaga rodzinom studentów wynajmować całe mieszkania. A kiedy pytam o to oficjalnie, słyszę, że miasto nic takiego nie robi. To gdzie jest prawda — w nagraniu ze stycznia czy w odpowiedzi na interpelacje radnego?” — pyta Gontarz.

Brak danych o skutkach umiędzynarodowienia

Z odpowiedzi ratusza wynika, że miasto wspiera umiędzynarodowienie lubelskich uczelni, ale nie gromadzi wielu podstawowych danych. Urząd nie wie, ilu studentów zagranicznych studiuje po polsku, ilu w językach obcych, ilu płaci za studia, ilu uczy się bezpłatnie i ilu przyjeżdża do Lublina razem z rodzinami.

Miasto nie prowadzi także analizy wpływu studentów zagranicznych na rynek najmu i poziom czynszów. Nie sprawdza również, jaka część przyjezdnych zostaje w Lublinie po zakończeniu studiów.

„Miasto wspiera politykę umiędzynarodowienia, a w piśmie przyznaje, że nie wie rzeczy podstawowych: ilu studentów płaci za studia, ilu przyjeżdża z rodzinami, jak to wpływa na czynsze i ilu zostaje w Lublinie po studiach. Nie da się odpowiedzialnie zarządzać czymś, czego się w ogóle nie mierzy” — mówi radny.

Ratusz odsyła do innych instytucji

W odpowiedziach na pytania o nadzór i skutki umiędzynarodowienia ratusz odsyłał do innych instytucji. Legalność pobytu cudzoziemców wskazywał jako obszar wojewody i służb państwowych, dane dotyczące opieki zdrowotnej jako sprawę Narodowego Funduszu Zdrowia, a dane o studiach jako kompetencję uczelni.

„Kiedy jest się czym pochwalić, ratusz mówi o setkach milionów złotych rzekomych korzyści. A kiedy pytam, kto nad tym wszystkim panuje i ile to kosztuje mieszkańców — nagle słyszę: to nie my, to wojewoda, to NFZ, to uczelnie.” — zaznacza radny.

Gontarz podkreśla, że nie sprzeciwia się kształceniu studentów z zagranicy na lubelskich uczelniach, ale domaga się rzetelnych danych i uczciwego przedstawiania skutków tej polityki mieszkańcom.

„Nie jestem przeciwnikiem tego, żeby lubelskie uczelnie kształciły studentów z zagranicy — to może być dla miasta szansa. Ale mam prawo być sceptyczny, kiedy słyszę od wiceprezydenta Fulary opowieści o rzekomych milionach złotych korzyści dla Lublina, jak się okazuje bez żadnego pokrycia w danych.” — mówi Gontarz.

Dwie różne liczby studentów

Według danych przytoczonych w odpowiedziach na interpelacje, w roku akademickim 2024/2025 w Lublinie studiowało 8212 studentów zagranicznych. Najliczniejszą grupę stanowili obywatele Ukrainy, których było 3894. Kolejne grupy stanowili studenci z Zimbabwe, Białorusi, Tajwanu, Indii, Nigerii, Francji i Kazachstanu.

Radny wskazuje jednak, że w dwóch pismach datowanych na 8 czerwca 2026 roku urząd podał dwie różne liczby studentów zagranicznych dla tego samego roku akademickiego. W jednej odpowiedzi wskazano 8212 osób, a w drugiej 8329.

„Miasto w dwóch pismach z tego samego dnia podaje dwie różne liczby tych samych zagranicznych studentów w Lublinie. Jeśli ratusz nie potrafi podać spójnie nawet tego, ilu ich w Lublinie studiuje, to jak mam wierzyć w jego opowieści o potencjalnych setkach milionów »korzyści«?” — pyta radny.

Studenci zagraniczni skoncentrowani w kilku uczelniach

Dane o umiędzynarodowieniu poszczególnych uczelni pokazują, że wysoki udział studentów zagranicznych koncentruje się w kilku mniejszych, głównie prywatnych szkołach. W roku akademickim 2024/2025 wskaźnik umiędzynarodowienia w Akademii Nauk Stosowanych Wincentego Pola wyniósł 65,5 proc., w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji 30,7 proc., a w Lubelskiej Akademii WSEI 16,2 proc.

Niższe wskaźniki odnotowano na Politechnice Lubelskiej, Uniwersytecie Medycznym, Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Uniwersytecie Przyrodniczym oraz Akademii Nauk Społecznych i Medycznych.

Petycja do prezydenta Lublina. Chcą zatrzymać program sprowadzania studentów z Afryki i Azji

Pod koniec maja do prezydenta Lublina Krzysztofa Żuka  trafiła petycja w sprawie odwołania Wiktorii Herun z lubelskiego magistratu i zawieszenia programu „Study in Lublin”.  Jej autorzy wskazują, że program, który miał mieć charakter edukacyjny, ich zdaniem stał się przedsięwzięciem o znaczeniu migracyjnym.

Czytaj: Pochodząca z Ukrainy lubelska urzędniczka zachwala sprowadzanie imigrantów z Afryki i Azji

Autorzy apelu powołują się na wypowiedź Wiktorii Herun w podcaście opublikowanym na oficjalnym kanale UMCS. Według nich urzędniczka mówiła, że program „Study in Lublin” od lat koncentruje się na rekrutacji studentów z Afryki i Azji, w tym m.in. z Nigerii, Zimbabwe, RPA, Bangladeszu i Indii.

W petycji zwrócono również uwagę, że część studentów przyjeżdża do Lublina z rodzinami. Autorzy dokumentu oceniają, że zmienia to charakter programu, a mieszkańcy nie mieli możliwości wypowiedzenia się w tej sprawie.

Lider Ruchu Narodowego i Konfederacji w województwie lubelskim Rafał Mekler powiedział, że temat ten od dawna pojawiał się w rozmowach mieszkańców Lublina. Ocenił, że wizy studenckie w ostatnich latach były wykorzystywane nie tylko do podejmowania nauki, ale także jako sposób na dostęp do rynku pracy i strefy Schengen.

Według Meklera część cudzoziemców podejmowała w Polsce pracę, nie posiadając wizy pracowniczej, a zamiast tego korzystając ze statusu studenta. Polityk twierdził również, że w przypadku rekrutacji nie zawsze potwierdzano egzaminy maturalne w państwach pochodzenia kandydatów. Dodał, że problem miał być wcześniej sygnalizowany na poziomie rządowym i omawiany z uczelniami.

Przedstawiciel Ruchu Narodowego odniósł się także do danych o skreśleniach po pierwszym roku studiów. Twierdził, że w uczelniach publicznych dotyczy to około 40 proc. cudzoziemców wobec około 30 proc. Polaków, a na uczelniach niepublicznych skala problemu ma być większa.

Według raportu o stanie województwa lubelskiego cudzoziemcy stanowią 13,5 proc. studentów w regionie, przy średniej krajowej wynoszącej 8 proc. Jego zdaniem kwestia ta wymaga dokładniejszego zbadania.

Kresy.pl

Tagi: , ,
forma płatności