Schyłek Stanów Zjednoczonych

Amerykańscy politycy przez dekady twierdzili, że ich kraj jest wzorem najlepszego, najbardziej sprawiedliwego systemu politycznego, a więc mają prawo narzucać go innym, przy okazji instalując swoje wpływy polityczne i ekonomiczne. Ta pretensja do bycia jedynie słusznym wzorcem cywilizacyjnym właśnie została skompromitowana.

6 stycznia doszło w Waszyngtonie do bezprecedensowych zajść. Tłum zwolenników Donalda Trumpa, wzbraniającego się przed oddaniem prezydenckiego fotela, wtargnął na Kapitol, do tej „cytadeli” (jak to określił Joe Biden) amerykańskiego systemu władzy – systemu, w którym odmieniana przez wszystkie przypadki „demokracja” zawsze polegała mniej na rządach ludu, a bardziej na rządach oligarchii, korzystającej z plebiscytarnego przyzwolenia ludu. Lud ten, dodajmy, jest nieustannie agitowany przez oligarchów marketingu i mediów, a ostatnimi czasy, z jeszcze większą skutecznością, przez tytanów cyfrowych, osiągających możliwości perswazyjne, o jakich tamci mogli tylko pomarzyć. Tymczasem lud, a właściwie pewna jego część, postanowił potraktować dosłownie demokratyczną część ideologii fundującej amerykański system polityczny i „wziąć sprawy w swoje ręce”. Liberalna część tejże ideologii od dawna wytwarzała w USA produkt uboczny w postaci libertarianizmu, występujący obok mniej podbudowanej ideowo, populistycznej z ducha, postawy nieufności czy wręcz głuchej nienawiści do rządu, jako obcych panujących, waszyngtońskiej kasty, „bagna”. Takie postawy zawsze funkcjonowały na obrzeżu amerykańskiego systemu politycznego, a teraz ludzie je prezentujący postanowili siłą dokonać czegoś, co uważali za rewindykację i wtargnęli do samego centrum systemu.

Prezydent (nie) prowadzi na Kapitol

Dlaczego poważyli się na to właśnie teraz? Między innymi dlatego, że dostali wyjątkowego rodzaju zachętę. Zachętę od samego (jeszcze) prezydenta USA. W historii tego specyficznego państwa nie brakowało polityków, nawet prezydentów, pogrywających na populistycznej nucie. Ale oni tylko pogrywali. Żaden z nich nie odważył się nigdy odwołać do bezpośredniego nacisku ludu na ścisłą elitę, oligarchię zasiadającą na Kapitolu i to w trakcie wypełniania przez nią kluczowej procedury jaką jest zatwierdzanie wyniku wyborczego określonego przez elektorów. Bo przecież tłumy znalazły się pod gmachem parlamentu wprost na wezwanie Trumpa, który zresztą obiecał w czasie wiecu na tyłach Białego Domu, że będzie maszerował wraz z nimi… Po czym wycofał się do swojego pałacu. Przy takim zapewnieniu protestujący poczuli się na tyle pewnie, by szturmować parlament. Czuli się także w prawie do tego, wszak prezydent od tygodni zapewniał ich, że wybory zostały sfałszowane. Cóż w takie sytuacji może zrobić szczery amerykański patriota i demokrata, co w przypadku państwa-projektu oświeceniowej ideologii zlewa się w jedno?

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia

Odpowiedzialność Trumpa za to, co się stało jest oczywista. Warto jednak nie popadać w manierę jego zaciekłych przeciwników. Trump był tylko zapalnikiem, detonatorem. To co się stało, wynika ze strukturalnych sprzeczności i słabości kulturowych, społecznych, ekonomicznych i politycznych USA. To one tworzą wybuchową mieszankę na bazie której mogło dojść do takiej eksplozji i na której dojdzie do kolejnych zwarć.

Słaba prewencja – ostre represje

Od razu rzuca się w oczy nieadekwatność amerykańskiego systemu bezpieczeństwa. Grupy szturmujących Kapitol nie tylko z łatwością przerwały kordon policyjny chroniący, podkreślmy to, centrum władzy i symbol supermocarstwa, jeszcze niedawno globalnego hegemona. Już w samym gmachu doszło do groteskowych obrazów, szarpanin i przepychanek oraz mniej lub bardziej ekstrawagancko ubranych trumpisów zasiadających w fotelach prezydium Senatu. W końcu jednak w ruch poszła broń palna. Od jej wystrzału zginęła stojąca na czele grupy próbującej wedrzeć się do sali Senatu weteranka Sił Powietrznych USA 35-letnia Ashli Babbit, zwolenniczka Trumpa dzień przed swoją tragiczną śmiercią zapowiadająca „burzę” w Waszyngtonie. Wiadomo, że zginęły jeszcze trzy osoby. W sercu Ameryki jak w soczewce ujrzeliśmy dysfunkcyjność jej systemu bezpieczeństwa o bardzo małych możliwościach prewencji rekompensowanych ostrością represji. Oczywiście represje, czy to w przypadku ofiar śmiertelnych na protestach ruchu Black Lives Matter czy pacyfikacji Kapitolu dodatkowo naładują jedynie nieufność i agresję wszystkich „antysystemowców” z prawa czy z lewa.

W kontekście tym przypominam sobie wielką operację, jaką hiszpańska policja i Gwardia Cywilna przeprowadziła w 2017 r. by spacyfikować referendum niepodległościowe zorganizowane przez administrację Katalonii i masowe ruchy społeczno-polityczne. Mimo tego, że w ostrych starciach na skalę całego europejskiego regionu uczestniczyły wówczas tysiące funkcjonariuszy i separatystów, często z dala od reflektorów mediów, nie zginęła wówczas ani jedna osoba. To porównanie uzmysławia charakter procedur interwencji i wyszkolenia amerykańskich sił policyjnych.

Dysfunkcyjność małego państwa federalnego

Obecna sytuacja potwierdza też dysfunkcyjność systemu politycznego i administracyjnego amerykańskiego federalizmu. Absurdem jest pośredniość wyborów, w których zwyciężać mogą kandydaci, z mniejszą ilością głosów. Ten absurd determinowany jest właśnie przez federalizm, który nie jest zaszczepiony w żadnych faktycznie fundamentalnych różnicach historycznych czy narodowych między stanami, które nakazywałyby ustanawianie i poszanowanie ich podmiotowości prawno-politycznej. Sytuacja, w której każdy stan określa procedury wykonawcze głosowania i podliczania głosów jest doskonałym przepisem na chaos obarczony ryzykiem pomyłek bądź nadużyć i manipulacji, z możliwością zafałszowania wyniku.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Przebieg ostatnich wyborów prezydenckich (zresztą podobnie jak wyborów prezydenckich z 2000 r.) z ponownym przeliczaniem głosów, odnajdywaniem zaginionych pakietów, kwestionowaniem ich poprawności, czy nawet poprawianiem, z frekwencją w niektórych komisjach przekraczającą 100 proc., dał spore podstawy pod kampanię Trumpa, twierdzącego, że te pomyłki czy manipulacje miały charakter zaplanowanego fałszerstwa. Wynika to nie tylko, jak wspomniałem powyżej, z absurdalności systemu politycznego państwa, ale też słabości jego administracji. W USA, zarówno na szczeblu krajowym jak i stanowym, administracja jest chronicznie niedofinansowana. Brak jej środków finansowych na infrastrukturę, na sprzęt i na przyciąganie do swoich kadr dużej liczby solidnych fachowców i sumiennych pracowników, których jest zresztą za mało. Trudno ponadto znaleźć zbyt wielu takich chętnych, w sytuacji, w której z powodu kontrowersji budżetowych w USA, co jakiś czas dochodzi do tak zwanego shut-downu, czyli zawieszenia działania części instytucji publicznych. W czasie ostatniego zawieszenia (z 2019 r.) około 800 tys. pracowników instytucji federalnych poszło na przymusowe urlopy lub wręcz pracowało bezpłatnie przez 22 dni.

Oczywiście ten stan i praktyki wypływają właśnie z tego głównego arcyamerykańskiego ideału „małego państwa”, „ograniczonego rządu”, niskich podatków, którego najbardziej ekstremistycznymi zwolennikami są właśnie ci trumpiści szturmujący w środę Kapitol, wśród których wielu dzierżyło flagi z symbolem libertarianizmu.

Koszty tego ideału Amerykanie odczuli w czasie pandemii, z którą USA (pozbawione w zasadzie publicznej służby zdrowia z prawdziwego zdarzenia) radzą sobie na poziomie państw trzeciego świata, znacznie przebijając pod względem liczby zakażonych i zmarłych Indie.

Plemiona Ameryki

Na najgłębszym poziomie mamy do czynienia z rozpadem amerykańskiego demosu pogrążającego się w falach neotrybalizmu. Tak, jak napisałem w artykule podsumowującym ruch Black Lives Matters, amerykański system polityczny, będący czystym projektem wywiedzionym z uniwersalistycznej, kosmopolitycznej, oświeceniowej ideologii liberalnej, mógł sprawnie funkcjonować tak długo, jak długo podmiotem pozostawała w nim zwarta wspólnota ufundowana na hegemonii etnosu anglosaskiego i jego kultury, kooptująca ludzi pochodzenia niemieckiego czy żydowskiego. Jednak, ta hegemonia była gwarantowana i realizowana mechanizmami nieformalnej przewagi ekonomicznej i społecznej. Dlatego też była krucha, a na dłuższą metę nie do utrzymania, bo stała w jaskrawej sprzeczności kosmpolityzmem i kulturowym relatywizmem liberalizmu. Jak zaznaczyłem w innym tekście na naszym portalu, liberalizm jest aksjologicznie próżny, osuwa się w totalny relatywizm szukając oparcia w pozytywizmie prawniczym. Ale, jak pokazał także ten szturm na Kapitol, nie można zbudować tożsamości wspólnotowej i samej wspólnoty na fundamencie czystej procedury.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Ten eksperyment apriorycznego państwa liberalnego właśnie kończy się w USA niepowodzeniem. Dawna hegemonia Anglosasów była od lat 60 XX wieku zastępowana multikulturalizmem. A w jego ramach kolejne grupy wysuwają coraz to nowe symboliczne, polityczne i ekonomiczne roszczenia, które zgłaszane są w imieniu i w interesie właśnie tych partykularnych grup, bez uwzględniania żadnego wyższego dobra wspólnego „american people”. I nie jest ważne czy grupy te obudowują się na kośćcu imigranckich grup etnicznych, coraz liczniejszych w USA, czy krystalizują się wśród miejscowych na bazie przesłanek ideologicznych czy socjalno-ekonomicznych. Ważne, że naród amerykański się rozpadł. Okazuje się bowiem, że nie ma wspólnoty obywatelskiej tam gdzie nie ma wspólnoty kulturowej.

Swoją rolę w eskalacji konfliktu między amerykańskimi neoplemionami odegrał oczywiście ruch BLM. To on pierwszy pokazał, że można na ulicach, z użyciem przemocy, ogłaszać swoje roszczenia, a nawet, w przypadku roszczeń symbolicznych, kulturowych, realizować je poprzez obalanie pomników czy dalszą rekombinację i zmianę poprawności politycznej debaty publicznej czy nawet edukacji. Ruch BLM pokazał, że można to robić przy bierności bądź nieporadności rządu, rekompensowanej po czasie agresją służb bezpieczeństwa i przy aplauzie części elity politycznej czy akademickiej. Nic więc dziwnego, że trumpiści uznali, że im też wolno i podbili stawkę zanosząc swoje roszczenia wprost do jądra systemu. Zresztą być może ich szturm był tym łatwiejszy, że policja przed Kongresem okazała się początkowo ustępliwa, hamowana właśnie doświadczeniami interakcji z manifestacjami BLM, w czasie których funkcjonariusze musieli balansować na linie między obowiązkiem zapewnienia elementarnego ładu publicznego, a „antyrasistwoską” poprawnością polityczną, skłaniającą niektórych z nich do klękania przed protestującymi Afroamerykanami.

Koniec amerykańskiego mitu

Wszystkie sprzeczności kulturowe i społeczne był w imperium americanum wygaszone tak długo, jak dostatecznie wielu jego obywateli mogło utrzymywać dostatecznie wysoki poziom zamożności i konsumpcji… lub chociażby jego perspektywę. Nieprzypadkowo to właśnie konsumpcjonizm stał się tym ersatzem kultury, wspólnym dla przedstawicieli różnych grup etnicznych i społecznych w USA.

Choć w liberalnym systemie ekonomicznym zawsze istniały spore obszary biedy, znacznie powiększające się w czasie typowych dla kapitalizmu cyklicznych kryzysów, ludzi w ryzach utrzymywał mit „od pucybuta do milionera”… a co najmniej do domku na przedmieściu. Przez kilka powojennych dekad w USA ciężka praca i dostateczna ilość oleju w głowie dość często pozwalały zdobyć jeśli nie bogactwo, to przynajmniej stabilny byt w mieszkaniu na kredyt możliwym do spłacenia. Neoliberalne rewolucja, jaką odpalił Ronald Reagan i globalizacja, jaka nabrała tempa po upadku bloku socjalistycznego, zniszczyły starą strukturę amerykańskiej gospodarki.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

W pogoni za zyskiem kapitaliści wyprowadzili produkcję za granicę, głównie do Chin. W miejsce gospodarki wytwarzającej materialne dobra wszedł sektor finansowy zderegulowany w latach 80 a, przy całym pryncypialnym zwalczaniu redystrybucji i ambitniejszych pomysłów polityki społecznej, elity USA zawsze były skore do wsparcia wielkich korporacji w momentach kryzysu. Zatrudnienie stało się bardzo niestabilne, „elastyczne” jak nazywają to liberalni promotorzy takiego modelu, a płace robotników przestały rosnąć. Bogatsi stawali się jeszcze bogatsi, a biedniejsi często biedniejsi. Nie epatując przypadkami miliarderów, dość wspomnieć, że dolne 50 proc. Amerykanów ma tylko 1 proc. bogactwa narodowego, podczas gdy „górne” 10 proc. ma 70 proc. Po pauperyzacji, a przynajmniej destabilizacji sytuacji robotników, sypać zaczęły się także podstawy pozycji materialnej klasy średniej czyli głównej warstwy społecznej równoważącej amerykański system społeczno-polityczny. Między 1983 a 2016 r. udział rodzin o średnich dochodach w bogactwie narodowym spadł z 32 proc. do 17 proc. Tu także tkwią źródła społecznych frustracji, które prowadzą do tak wielkiego podważenia lojalności obywateli wobec elity, instytucji i procedur.

Społeczeństwo ignorantów

Do tego jednak dochodzi jednak także powszechna ignorancja, brak podstawowych kompetencji nie tyle do brania udziału w zarządzaniu własnym państwem, co rozumienia procesów politycznych czy ekonomicznych. Łączy się to z przemianami ekonomicznymi i niedofinansowaniem instytucji publicznych. System edukacji powszechnej w USA jest fatalny. Kształci być może elementarne umiejętności techniczne potrzebne na rynku pracy, ale nie daje szerszej wiedzy ogólnej, humanistycznej, koncentrując się na wczesnej specjalizacji. Tymczasem, jak zauważył niemiecki pisarz, ludzie nie są owadami i tworzą wspólnotę wymagającą od każdego jej członka wchodzenia w co i raz w różne role społeczne, dlatego też wiedząc „wszystko o czymś”, co jest ideałem na płaszczyźnie zawodu i pracy zarobkowej, człowiek w społeczeństwie dążyć powinien też do tego by wiedzieć „coś o wszystkim”. Bez pewnych minimalnych kompetencji kulturowych i podstaw wiedzy o społeczeństwie, historii, kulturze, świecie, jego uwarunkowaniach geograficznych i politycznych, demokracja przeradza się w próby manipulowania motłochem.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Jest to jednak manipulowanie coraz trudniejsze. Jak amerykańska elita ma wobec swoich wyborców uzasadniać swoją globalną, imperialną politykę, jak tłumaczyć konieczność cięć finansowych w różnych sektorach, by napełniać coraz bardziej nadęte budżety Pentagonu, w sytuacji, w której świat zewnętrzny stał się dla elektoratu abstrakcją i demos nie jest już świadomy jak bardzo amerykański ogólny dobrobyt zależy od potęgi i międzynarodowej pozycji państwa? Jeszcze w 1997 r. Zbigniew Brzeziński w swojej pracy „Wielka Szachownica. Główne cele polityki amerykańskiej” wymienił słabość systemu powszechnej edukacji oraz ignorancję mas obywateli jako jedno z głównych zagrożeń dla supermocarstowej pozycji USA. I niczego nie zmienią w tej sytuacji wyspy elitarnych szkół i uniwersytetów, obsługujących warstwę bogatszych i przygotowujące przyszłych polityków, menadżerów, specjalistów. Ta wąska grupa, w związku z kosztownością dobrego wykształcenia w USA, staje się stanem na poły dziedzicznym. Dobre wykształcenie i dobrą pracę mogą uzyskać w dużej części ci, którzy już mają bogatych, dobrze wykształconych rodziców z dobrą pracą. Tego rodzaju rozwarstwienie edukacyjne jest kolejnym elementem przyczyniającym się do polaryzacji społeczeństwa, usuwającym społeczeństwu spod nóg płaszczyznę zrozumienia. Ten element przejawił się i w czasie środowych zamieszek. Wśród trumpistów były widoczne symbole związane z jedną z bardziej absurdalnych teorii spiskowych.

Władza cyfrowych tytanów

Rozpad amerykańskiego społeczeństwa związany jest w końcu z realiami powstawania społeczeństwa cyfrowego. Stereotypowa „wolna amerykanka” w działaniu potentatów rozbudowujących platformy cyfrowe, na które w coraz większym stopniu przenosi się życie społeczne – polityczne i konsumenckie, wywołała nieprzewidywane jeszcze dekadę temu konsekwencje. Portale społecznościowe uruchomiły proces zamykania się użytkowników w bańkach informacyjnych i narracyjnych. Same bańki i coraz wymyślniejsze algorytmy umożliwiły wszystkim, których stać na pozyskanie danych i zainwestowanie w mechanizmy manipulacji ludźmi, rozwinięcie ich do niespotykanego wcześniej wyrafinowania, opartego na szczegółowym profilowaniu poszczególnych osób i grup by owijać sugestie w bawełnę słów, dźwięków i obrazów, które najbardziej te osoby i grupy chcą słyszeć i widzieć. Dla każdego coś miłego.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

O wadze cybersfery dla przekształceń społeczno-politycznych czy wręcz kulturowych pisałem już przy okazji jesiennej fali proaborcyjnych protestów społecznych w Polsce. I mogę powtórzyć w tym miejscu tylko swój ówczesny wniosek – jeśli platformy cyfrowe mają przestać być zagrożeniem dla stabilności państw i społeczeństw, muszą zostać poddane jakiejś formie kontroli wspólnot politycznych i jej organów. Amerykańska elita polityczna i liberalny system, w jakim funkcjonuje, wydają się niezdolne do okiełznania cyfrowych tytanów. Jest wprost odwrotnie. Tytani ci kiełznają polityków. Decyzja Twittera i Facebooka o zablokowaniu kont Trumpa przypomina nam, że władza kapitalistów zawsze przerastała w USA władzę ludu. Teraz mamy jednak do czynienia z kapitalistami bezpośrednio zarządzającymi debatą milionów Amerykanów, a przy okazji miliardów ludzi na świecie. Trzeba było tego ostatniego by niektórzy zrozumieli, że i zachodni reżim liberalny ma swoje mechanizmy cenzury, marginalizacji w debacie publicznej, a co za tym idzie politycznego wykluczania.

Urzędowy optymizm prezydenta

Wielokrotnie pisałem już na łamach naszego portalu o tym, jak obóz Prawa i Sprawiedliwości uczynił z Polski protektorat USA. Stąd wszystko to, co działo się w środę w Waszyngtonie, musiało wywołać żywe reakcje nad Wisłą. Nie były to jednak (najczęściej) refleksje nad tym, jak problemy USA mogą się odbić na sytuacji politycznej Polski, ale emocjonalne deklaracje ludzi identyfikujących się ze stronami amerykańskiego konfliktu społeczno-politycznego, tak jakby polska polityka była tylko ich przedłużeniem. Niestety, wśród Polaków nie brak swoistych Amerykanów honoris causa, ludzi utożsamiających się z obcym państwem, uznawanym za centrum cywilizacyjne, punkt odniesienia we wszelkich sprawach, niczym owi skolonizowani mentalnie osobnicy w dawnych egzotycznych dominiach, którzy za ostatnie pieniądze kupowali garnitury i brytyjskie czy francuskie gazety, by poczuć się jak obywatele imperium, którymi nie byli.

Przedstawicielom polskich władz nie zabrakło i w tym momencie urzędowego optymizmu. Prezydent Duda napisał na Twitterze, że „Polska wierzy w siłę amerykańskiej demokracji” bo przecież w USA „władza zależy od woli wyborców, a nad bezpieczeństwem państwa i obywateli czuwają powołane do tego służby”. Organizujący prezydenckie Biuro Spraw Międzynarodowych, Krzysztof Szczerski, uznał nawet to co się stało za „dowód na siłę instytucji demokracji amerykańskiej”. W podobnym tonie napisał czołowy polityk opozycji Tomasz Siemoniak – „Przyjaciele i sojusznicy Stanów Zjednoczonych z niepokojem obserwują wydarzenia w Waszyngtonie. Ufajmy, że siła państwa, demokracji i prawdy zatrzyma podpalacza. Jest to w interesie Polski i wolnego świata”. Szymon Hołownia też był pewny, że „Amerykańska demokracja jest silniejsza niż ten kryzys”. Cóż, w obliczu takiego rozkładu amerykańskiego społeczeństwa i systemu politycznego, politykom, którzy zawieszają bezpieczeństwo Polski całkowicie na amerykańskich gwarancjach, zamiast na rozsądku i kalkulacji, pozostaje już tylko wiara i zaufanie Amerykanom. Jest to jednak wiara i zaufanie hazardzisty do tej jednej karty, na którą postawił wszystko w kasynie. Tyle, że w tym kasynie nie chodzi o pieniądze pana Dudy czy Siemoniaka, lecz bezpieczeństwo i podmiotowość wszystkich Polaków.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Potwierdzeniem zaściankowości polskich polityków, publicystów czy dziennikarzy, było też usilne używanie waszyngtońskich zamieszek jako maczugi w polskim spektaklu politycznym. I tak redakcja TVP Info nie omieszkała czynić analogii między trumpistami buszującymi w amerykańskim parlamencie z tym, jak w Sejmie zachowują się posłowie liberalnej opozycji. Roman Giertych zareagował natomiast epatując zdjęciami Jarosława Kaczyńskiego w czapce emblematycznej dla zwolenników Trumpa lub podając informację sprzed pół roku o wypowiedzi Trumpa nazywającego Andrzeja Dudę swoim przyjacielem. To dążenie do wpisania sytuacji własnego narodu w proces z odległego kraju i społeczeństwa jest kolejnym smutnym przejawem mentalnego skolonizowania Polaków.

Straszenie bolszewizmem

Niestety nie zaskoczyły też reakcje samookreślonych polskich prawicowców. W pierwszych godzinach po wtargnięciu trumpistów do Kongresu, prawicowy komentariat przerzucał się stwierdzeniami o prowokacji i akcji pod fałszywą flagą rzekomo zaplanowaną by skompromitować Trumpa i jego zwolenników. I nic to, że wystarczyło wsłuchać się w przemówienie Trumpa, jakie było zapalnikiem incydentu, czy nieco szerzej poszperać w sieci, by stwierdzić, że wielu swoiście wyglądających, niecodziennych „turystów” w Kongresie stanowiły osoby już wcześniej zaangażowane po określonej stronie politycznej barykady. Niezastąpiony Jerzy Targalski z przekonaniem mówił jednak dla portalu Niezalezna.pl o „prowokacji” ponieważ „zdobycie Kapitolu miało na celu niedopuszczenie do przesłuchania świadków fałszerstw i debaty nad fałszerstwami, która się właśnie zaczęła”.

Poważniejsi reprezentanci polskiej najszerzej rozumianej prawicy nie posunęli się do tak taniej spiskologii, nie dotarli jednak także na poziom namysłu pozwalający wskazać realne źródła zachodzących wydarzeń. Kuriozalny wprost był wywiad Pawła Lisickiego dla portalu pch24.pl. Redaktor naczelny „Do Rzeczy” w ramach komentarza przytaknął stwierdzeniu dziennikarza, że w USA nadchodzi spóźniona o 100 lat „rewolucja bolszewicka”, a „lewactwo opanowało dużą część społeczeństwa, dużą część elit” w tym „machinę partyjną” republikanów. Osobliwy komentarz na określenie incydentu, w ramach którego centrum władz USA zajęli młodzi mężczyźni inspirowani do jakiegoś stopnia przez prawicowy libertarianizm, którego symbole powiewały nad nimi, wywodzący się prawdopodobnie z warstwy społecznej zdeklasowanej przez amerykański turbokapitalizm. Także i Rafał Ziemkiewicz uznał za stosowne straszenie Polaków władzą radziecką nad Potomakiem zamieszczając na Twitterze grafikę ze Statuą Wolności z głową Włodzimierz Lenina. To wręcz szokujące jak inteligentni i oczytani ludzie nie potrafią zauważyć bądź tylko przyznać, że wszystko co dzieje się obecnie w USA jest po prostu skutkiem konsekwentnego rozwoju konstytuującego je liberalizmu – tak w wymiarze kulturowy, jak i politycznym czy ekonomicznym.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Po krótkim przeglądzie reakcji polityków muszę przyznać, że jedyne rozsądne komentarze do całej sytuacji dobiegły ze strony polityków Konfederacji. Konstatując kruszenie się podstaw amerykańskiej potęgi i możliwości działania na scenie międzynarodowej, postawili oni kluczową kwestię koniecznej, radykalnej rewizji polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, zerwania uzależnienia od USA i próby budowy polskiej pozycji poprzez politykę zdecydowanie bardziej wielowektorową.

Delegitymizacja herolda demokracji

Skutki rozpadu amerykańskiego społeczeństwa i zacinania się ich mechanizmu politycznego będą właśnie takie jak konstatują konfederaci. USA już od kryzysu finansowego z 2007-2008 r. gwałtownie traci przewagę ekonomiczną nad Chinami. Obecny kryzys uderza wprost w ideologiczną legitymację mocarstwowości Stanów Zjednoczonych. Amerykańscy politycy przez dekady twierdzili, że ich kraj jest wzorem najlepszego, najbardziej sprawiedliwego systemu politycznego, a więc mają prawo narzucać go innym… przy okazji instalując swoje wpływy polityczne i ekonomiczne. Ta pretensja do bycia jedynie słusznym wzorcem cywilizacyjnym właśnie została skompromitowana.

Jednak legitymizacja systemu politycznego i elit rządzący spada i w oczach coraz bardziej podzielonych, wyalienowanych i sfrustrowanych mieszkańców USA. Można sądzić, że zeszły rok wypełniony protestami i zamieszkami ruchu BLM i bieżący, otwartym incydentem kapitolińskim to tylko początek wstrząsów i wybuchów społecznych. Przykuwając uwagę rządzących, angażując ich działania i środki, odciągną one uwagę i zaangażowanie amerykańskich polityków od spraw międzynarodowych. A cóż dopiero pisać o wykrzesaniu tego zaangażowania z samych obywateli, których trzeba będzie przecież przekonywać do przekazywania kolejnych miliardów na siły zbrojne, programy kosmiczne, a nie społeczne czy wsparcie socjalne. To schyłek Stanów Zjednoczonych jakie znaliśmy. Będą one walczyć już nie o utrzymanie globalnej hegemonii, ale o utrzymanie się w pierwszej lidze mocarstw, biorącej udział w ustalaniu parametrów nowego ładu światowego.

Karol Kaźmierczak

Czytaj kolejny artykuł
1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz