Nominacja Boltona nie odstaje od większości wyborów personalnych Trumpa, co oznacza, że może okazać się katastrofą. Jego poglądy na temat polityki zagranicznej są prymitywne i wojownicze, a jego osiągnięcia jako rzecznika polityki i mędrca, mówiąc delikatnie, nie budzą zaufania – podkreśla prof. Stephen M. Walt na łamach Foreign Policy.

Po tchórzliwym zwolnieniu na Twitterze swojego sekretarza stanu Rexa Tillersona, Donald Trump odwołał swojego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego generała Herberta McMastera i zastąpił go Johnem Boltonem, twardogłowym byłym ambasadorem USA przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jastrząb Mike Pompeo został przekierowany z CIA do Departamentu Stanu, a Gina Haspel, lojalistka CIA, która prowadziła tortury więźniów za administracji George’a W. Busha i autoryzowała niszczenie kaset wideo dokumentujących to, co robiła agencja, została wybrana jako jego następczyni. Jak bardzo powinniśmy się niepokoić?

Wydaje się, że istnieją dwie ogólne reakcje na ostatnie zamieszanie w otoczeniu Trumpa. Jedna z interpretacji mówi, że Trump pozbył się „dorosłych”, którzy próbowali kontrolować „naczelnego twitterowiczą” przez ostatni rok i zastąpił ich doradcami, którzy widzą świat tak, jak on i pozwalają „Trumpowi być Trumpem”. Zgodnie z tym poglądem, nowy zespół ośmieli go, zamiast próbować go powstrzymać, a on stanie się na nowo Trumpem z 2016 roku, który nazywał amerykańską politykę zagraniczną „całkowitą katastrofą” i obiecał politykę „America First”. Sam Trump wydawał się sprzyjać takiemu poglądowi, sugerując, że w końcu tworzy zespół, jaki zawsze chciał. (Co rodzi oczywiste pytanie: kto był tym idiotą, który wybrał jego pierwszy lub drugi zespół? Aa, no tak..).

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Druga interpretacja jest bardziej alarmistyczna i zasadniczo nakazuje rozpocząć kopanie schronu w swoim ogrodzie. W tym ujęciu, odejścia Tillersona i McMastera oraz przybycie Boltona, Pompeo i Haspel zwiastują nadejście ekipy jastrzębi, która zniszczy porozumienie nuklearne z Iranem, przywróci torturowanie więźniów i ostatecznie wywoła wojnę z Koreą Północną, która wykroczy daleko poza zwykłe uderzenie „zakrwawionego nosa”. A Bolton w Białym Domu, oznacza, że Trumpowi będzie doradzał facet, który jeszcze nigdy nie widział wojny, której by nie polubił (oczywiście obserwując ją z bezpiecznej odległości).

Chcę być dobrze zrozumianym: nominacja Boltona nie odstaje od większości wyborów personalnych Trumpa, co oznacza, że może okazać się katastrofa. Jego poglądy na temat polityki zagranicznej są prymitywne i wojownicze, a jego osiągnięcia jako rzecznika polityki i mędrca, mówiąc delikatnie, nie budzą zaufania. Nie wydaje się również, aby nauczył się czegoś ze swoich błędów z przeszłości. I tam, gdzie McMaster i Tillerson robili to, co mogli, by ograniczyć szkody, które Trump wyrządził międzynarodowej reputacji Ameryki i partnerstwom z ważnymi sojusznikami, Bolton jako dyplomata wydaje się posiadać szczególną umiejętność szukania coraz to nowych sposobów urażania amerykańskich przyjaciół.

Ale nominacja Boltona nie oznacza powrotu do Trumpa, którego widzieliśmy w kampanii wyborczej 2016 roku. Trump ubiegał się o prezydenturę atakując cały establishment związany z polityką zagraniczną, sugerując, że był oderwany od rzeczywistości, nieodpowiedzialny i skłonny poprowadzić Stany Zjednoczone na bezsensowne wojny. Odkąd został prezydentem, Trump zwiększył wydatki na obronę, dokonał eskalacji w Afganistanie, dał Pentagonowi i niektórym upartym amerykańskim sojusznikom zielone światło do użycia większej siły w większej liczbie miejsc (z rozczarowującymi wynikami) i wzmocnił nadmiernie zmilitaryzowane podejście do polityki zagranicznej, która wielokrotnie zawodziła pod rządami Billa Clintona, Busha, a nawet Baracka Obamy. Nominacja Boltona (wraz z innymi zmianami personalnymi Trumpa) nie jest odważnym posunięciem w kierunku „America First”, jeśli termin ten ma oznaczać mądrzejszą i bardziej ograniczoną politykę zagraniczną, która zmniejszyłaby amerykańskie obciążenia zagraniczne, poprawiłaby strategiczną pozycję kraju i faktycznie uczyniła Amerykanów bezpieczniejszymi i bogatszymi.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Walt na łamach „Foreign Policy”: Iran nie jest w stanie zdominować Bliskiego Wschodu

Wbrew tym zapowiedziom, bez względu na to czy Trump jest tego świadom, czy nie, umieszczenie Boltona, Pompeo i Haspel na kluczowych stanowiskach przypomina raczej powrót do „Cheneyizmu”, przez co rozumiem politykę zagraniczną, która wyolbrzymia zagrożenia, odrzuca poważną dyplomację, uważa, że sprzymierzeńcy to głównie ciężar, jest pogardliwa wobec instytucji, uważa, że Stany Zjednoczone są tak potężne, że mogą po prostu wydawać ultimata i oczekiwać, że inni ustąpią i która sądzi, że wiele drażliwych problemów w dziedzinie polityki zagranicznej można rozwiązać wysadzając coś w powietrze.

No tak! Ta formuła rzeczywiście sprawdziła się, gdy ostatnio Stany Zjednoczone ją wypróbowały, prawda? Nic dziwnego, że wyrafinowany ekspert ds. polityki zagranicznej, taki jak Trump, chce ją ponownie wypróbować.

Tak więc prawdziwa lekcja wynikająca z nominacji Boltona ma mniej wspólnego z samym Boltonem, a więcej z tym, co mówi nam o establishmencie związnym z polityką zagraniczną w USA. W ciągu najbliższych kilku tygodni z pewnością przeczytamy wiele szczerych, wymyślnych komentarzy na temat niebezpieczeństw związanych z mianowaniem radykałów na tak wrażliwe stanowisko, ale faktem jest, że Bolton tak naprawdę nie wyróżnia się w społeczności amerykańskiej polityki zagranicznej. Nie jest tak, że Trump po prostu mianował Medeę Benjamin (z lewicy) lub Randa Paula (z prawicy), a nawet doświadczonego polemistę, takiego jak Charles’a W. Freemana lub Andrew Bacevicha. Zamiast tego, mianował kogoś o zdecydowanie jastrzębich poglądach, ale funkcjonującego w „akceptowalnym” konsensusie w Waszyngtonie.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Przyjrzyjmy się rodowodowi i karierze Boltona. Jest absolwentem Yale University i Yale Law School. Pracował w Covington & Burling, prestiżowej kancelarii prawnej w Waszyngtonie, gdzie swego czasu pracował również były sekretarz stanu Dean Acheson. Od wielu lat jest pracownikiem konserwatywnego, ale będącego w głównym nurcie think-tanku American Enterprise Institute. Publikuje często dla dziwacznych, „radykalnych” tytułów, w tym np. „Wall Street Journal”, „New York Times”, a nawet „Foreign Policy”.

Czy to są cechy kogoś marginalnego?

To prawda, Bolton był zwolennikiem wojny w Iraku, ale to nie czyni go dziwakiem. Jestem pewien, że byłby pierwszym, który wskaże, że wiele innych osób podzielało tę konkretną opinię, w tym Hillary Clinton, Joe Biden, James Steinberg, Anne-Marie Slaughter, Susan Rice, Robert Gates i długa, długa lista innych „godnych szacunku” osób. I nie zapominajmy, że inni geniusze, którzy wymyślili i sprzedali tę katastrofę, tacy ludzie jak William Kristol, James Woolsey, Robert Kagan, Bret Stephens, Max Boot, Eliot Cohen, David Frum, Paul Wolfowitz, itp., są nadal szanowanymi postaciami w kręgach polityki zagranicznej, mimo, że nigdy nie przyznali się do swojego błędu lub wyrazili publicznie żal z powodu katastrofalnej wojny, w której zginęły setki tysięcy ludzi.

Podobnie jak Trump, Bolton wydaje się być szczególnie zaniepokojony Iranem i Koreą Północną, ale tak samo widzi sprawę większość członków Kongresu i większość think tanków w Waszyngtonie. I choć jest mnóstwo ludzi, którzy zdecydowanie popierają obecne porozumienie nuklearne z Iranem, uważają oni również, że Stany Zjednoczone powinny być bardziej stanowcze wobec Teheranu. Bolton nie jest też jedyną osobą w Waszyngtonie, która zaproponowała podjęcie działań wojskowych przeciwko Korei Północnej. Wszak to poprzednik Boltona, ustępujący McMaster, ciągle domagał się „krwawego nosa” dla Korei Północnej.

Bolton jest także czymś w rodzaju islamofoba i jest głęboko podejrzliwy wobec międzynarodowych instytucji, ale to nie czyni go wyjątkowym w kręgach amerykańskiej polityki zagranicznej. Wydaje się, że ma słabość do używania siły militarnej, ale ilu wybitnych intelektualistów z dziedziny polityki zagranicznej otwarcie się temu sprzeciwia i jest gotowych powiedzieć to głośno? Powiedziałbym, że cholernie mało, ponieważ nikt, kto trafił na ważne stanowisko w Waszyngtonie, nie chce być postrzegany jako „miękki”. Pamiętacie, jak demokraci i republikanie oklaskiwali Trumpa, gdy autoryzował jakieś strategicznie nieistotne uderzenia w reżim Baszszaara al-Assada w Syrii? Ten prosty fakt wiele wyjaśnia gdy idzie o sposób w jakim Stany Zjednoczone zaczęły prowadzić różnego rodzaju wojny w kilkunastu krajach, bez końca i bez sprzeciwu. Bolton również tutaj jest po prostu bardziej sczczerym członkiem konsensusu.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie próbuję „znormalizować” nominacji Boltona lub zasugerować, że nie powinna ona nas niepokoić. Sugeruję raczej, że jeśli niepokoi nas Bolton, powinniśmy zadać sobie następujące pytanie: co to za system polityczny, który umożliwia komuś z takimi poglądami służyć na wysokim stanowisku, gdzie namawia naród do katastrofalnej wojny, nigdy nie wyraża żalu z powodu swoich błędów, nadal opowiada się za podobnym rozwiązaniem przez następną dekadę, a następnie otrzymuje drugą szansę ponownego popełnienia tych samych błędów?

Tak więc, niepokój jest jak najbardziej uzasadniony. Ale prawdziwym problemem nie jest Bolton. Problemem jest system, który pozwala takim ludziom jak on spartaczyć, a następnie dalej awansować.

Stephen M. Walt

Za foreignpolicy.com.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz