Polska z natury rzeczy nie może prowadzić dziś żadnej „polityki kresowej” – przekonuje Tomasz Gabiś. Każda polska polityka musi być z definicji „kresowa”, o ile sformułowanie „polska polityka” ma zachować jakiś sens – odpowiada Tomasz Kwaśnicki.

Tomasz Gabiś, wybitny publicysta, legendarny redaktor „Stańczyka” oraz założyciel „Nowej Debaty”, sięgnął niedawno do zasobnych magazynów swej osławionej elokwencji, by mentorskim, miejscami mocno rozdrażnionym tonem karcić współczesną „młodzież” za jej mitomańskie oderwanie od rzeczywistości, niedojrzały „eskapizm” i oddawanie się „politycznej fantastyce”. Powodem zagniewania red. Gabisia stał się opublikowany niedawno program Ruchu Narodowego, a zwłaszcza zawarty w nim postulat prowadzenia „polityki kresowej”. Tymczasem już sama ta zbitka słowna budzi odrazę w słynnym publicyście, gdyż, jak przekonuje „z natury rzeczy nie można prowadzić żadnej polskiej polityki kresowejliczy się natomiast tylko „tu i teraz” oraz „Polska między Odrą a Bugiem”.

Czytając jego pełne irytacji narzekanie na „rozgorączkowaną wyobraźnię” niesfornej polskiej młodzieży, której uroiła się „mityczna Wielka Polska”, możemy jedynie nabrać podejrzeń, że afirmowana przez red. Gabisia (i od czasów PRL ściśle przestrzegana) banicja kwestii kresowej ze sfery polityki jest nie tyle objawem, co raczej przyczyną naszej obecnej politycznej indolencji — zarówno bezkształtności naszej narodowej wspólnoty, jak i „teoretyczności” naszego wątłego państwa. Jakkolwiek by nie było, Tomasz Gabiś postawił sobie za punkt honoru sprowadzenie nas na ziemię z „rajskiej dziedziny ułudy”. Kresy, przekonuje redaktor „Nowej Debaty”, to jedynie „element polskiej tradycji narodowej, składnik polskiej wyobraźni i świadomości historycznej, miejsce akcji polskich powieści, sceneria filmów „płaszcza i szpady” czy sag rodzinnych. Musimy pogodzić się z tym, że polskie dziedzictwo materialne na dawnych Kresach ocaleje tylko w pewnym i to raczej niewielkim, zakresie, gdyż uratować mogłyby je wyłącznie narody, które je przejęły. Niechaj pociechą będzie dla nas, że także poczucie nieodwołalnej utraty może stać się kulturotwórczym impulsem”. Dlatego też red. Gabiś nie nawołuje do całkowitego zapomnienia o Kresach, ale wzywa nas do kultywowania specyficznej o nich pamięci — mamy mianowicie wspominać je jako definitywnie i nieodwołalnie utracone, po to byśmy w końcu z wolną głową, nie rozpraszani przez wsteczne i reakcyjne sentymenty mogli skupić się na „realnej pracy dla istniejącej tu i teraz, między Odrą a Bugiem Polski”.

Ten uroczysty manifest politycznej poprawności, podlany ciężkim sosem gomułkowskiej frazeologii, nie powinien nas jednak dziwić. Istnieją procesy i zjawiska silniejsze od najbardziej nawet niezależnych autorów. Zrozumiałym jest, że amputacja połowy terytorium, utrata Wilna i Lwowa, ludobójstwo, wywózki i przesiedlenia musiały odcisnąć się zarówno na naszej zbiorowej świadomości, jak i podświadomości głęboką traumą, którą należało jakoś przepracować, a którą przepracowano w taki a nie w inny sposób z powodów, których nie ma sensu tu przypominać. Ostatecznie zresztą nie ma niczego nadzwyczajnego w fakcie, że naród, który tyle przeszedł z gorliwością wzywa dziś ustami swoich najprzedniejszych autorów do pogodnego zaakceptowania wyrządzonych sobie niesprawiedliwości, do przyjmowania wyroków losu z melancholijnym uśmiechem na twarzy, do ostatecznego poświęcenia zarówno kresowych rodaków jak i całego pozostawionego na wschodzie dziedzictwa już nawet nie na ołtarzu „wyższych celów”, jak „szerzenie demokratycznych i europejskich wartości” ale po prostu: dla świętego spokoju i zachowania duchowej równowagi.

Tego rodzaju enuncjacje nie powinny więc dziwić, tak jak nie powinny uchodzić za symptom duchowego zdrowia czy psychicznej siły naszej narodowej wspólnoty. Tym natomiast, co dziwić musi, jest oczekiwanie Tomasza Gabisia, że polityczną pamięć o Kresach, narodową solidarność i brak przyzwolenia dla zaborów — czyli „mit Wielkiej Polski” (jak sam ową pamięć nazywa) — poświęcimy w imię jakiegoś bliżej nieokreślonego, skleconego przypadkowo na poczekaniu „tu i teraz”, które wyłoniło się z tumanów światowego kataklizmu. Mimo iż bezpardonowa rozprawa Gabisa z „polityką kresową” odznacza się zarówno moralizatorskim patosem jak i mordernizatorskim żarem, nie sposób doszukać się w niej jakiejkolwiek racji legitymizującej ową odziedziczoną przez nas po PRL-u „Polskę nową”. Absolutyzowana przez Tomasza Gabisia „Polska między Odrą a Bugiem” w żaden sposób nie chce przedstawić nam się jako imperatyw moralny. Nie wyjaśnia nam autor, jakież to ważne powody miałyby nas skłonić do podjęcia „realnej pracy”, zamiast jak najprędszego porzucenia „tego miejsca w środku Europy, gdzie tylko zimno i pada”. Redaktor „Nowej Debaty” ani słowem nie tłumaczy, dlaczego mielibyśmy dzisiaj „zakasywać rękawy”, niczym chłopcy i dziewczęta z ZMP, a nie dla przykładu, wzorem milionów naszych rodaków, kupić bilet w jedną stronę do jakiegoś lepiej urządzonego kraju, chociażby do podziwianych przez Gabisia Niemiec, które, jako żywo, mimo całej swojej „racjonalności”, „nowoczesności” i „pragmatyczności” nie potrafią zdobyć się na podobną do Gabisiowej wielkoduszność, i mimo licznych deklaracji o „przyjaźni” i „pojednaniu” niczego nie chcą definitywnie rozstrzygać w kwestii utraconych przez siebie terytoriów, a wręcz przeciwnie — prowadzą planową, konsekwentną i prawnie usankcjonowaną „politykę kresową”, pielęgnując pieczołowicie pamięć o Breslau i Stettin i to bynajmniej nie w duchu „nieodwołalnej utraty”. Zamiast tego Tomasz Gabiś uważa za rzecz najnaturalniejszą czysto utylitarne, inżynierskie wręcz, podejście zarówno do własnej wspólnoty narodowej, jak i do dziedzictwa kulturowego. W konsekwencji postuluje faktyczną rezygnację ze starań o zachowanie na Kresach polskiego stanu posiadania. Zdaniem red. Gabisia powinniśmy „pogodzić się z tym, że polskie dziedzictwo materialne na dawnych Kresach ocaleje tylko w pewnym i to raczej niewielkim, zakresie”, natomiast pozostali tam Polacy „są jedynie pozostałością po I i II RP, które przestały na zawsze istnieć i przeniosły się w sferę mitu”. W dłuższej perspektywie powinniśmy się więc skupić raczej na wygaszaniu polskości na Kresach niż na bezcelowym jej tam podtrzymywaniu.

Redaktorowi „Nowej Debaty” niesłychanie łatwo przychodzi ozdabianie się zaszczytnym tytułem „politycznego realisty” — skoro wszystkich (poza sobą) uczestników sporu o polską politykę wschodnią wrzucił do worów z napisami „ukrainofilia” i „ukrainofobia”, jasnym jest, że „ukrainorealistą” może być już tylko on sam. Z dialektycznego punktu widzenia nie jestem w stanie nic zarzucić poprawności tego rozumowania — po tezie „ukrainofilii”, następuje antyteza „ukrainofobii”, w końcu głos zabiera red. Gabiś, wypowiadając syntezę „urkainorealizmu”. W tej sytuacji mogę jedynie starać się udowodnić, że pod słowem „ukrainorealizm” kryje się w istocie zanegowanie nie tylko mitu „Wielkiej Polski”, jak chciałby Tomasz Gabiś, ale w ogóle „Polski” jako politycznego fenomenu, albowiem postulowane przez red. Gabisia podejście rodzi jednak pewną nieusuwalną trudność: skoro nie mamy żadnych szczególnych powinności względem kresowych Polaków, skoro nie mamy żadnych istotnych zobowiązań względem minionych pokoleń i pozostawionego nam przez nie dziedzictwa (poza czysto sentymentalnym i niegroźnym zamiłowaniem do zbierania kresowych pocztówek), to jakaż większa obligacja wiąże nas ze sobą nawzajem „tu i teraz, między Odrą a Bugiem”? Skoro wolno mi się „wypiąć” na rodaka znad Niemna, szykanowanego nierzadko za swoją narodową przynależność, czemuż nie miałbym się „wypiąć” na rodaka znad Wieprza, którego z polską tożsamością łączy, być może, jedynie numer pesel (bywa i tak przecież)? Czemu i mnie nie miałby z nim łączyć wyłącznie podobny zestaw cyfr? Jest to aporia, której Tomasz Gabiś wydaje się nie zauważać, lub (być może) milcząco zakłada, że samo istnienie biurokratyczno-administracyjnej aparatury stanowi wystarczające źródło zarówno moralnej legitymacji państwa polskiego, jak i więzów wzajemnej lojalności pomiędzy jego obywatelami.

Bez względu na to, jakie jest zdanie Tomasza Gabisia w tej kwestii, musimy założyć, że jeśli w ramach narodowej wspólnoty łączą nas jeszcze ze sobą jakieś „obowiązki polskie”, to z definicji, obejmują one zarówno mieszkańców Szczebrzeszyna, jak i mieszkańców Ejszyszek. Podważanie tej oczywistości automatycznie odbiera jakikolwiek pozytywny sens sformułowaniu „polska wspólnota narodowa”, a w konsekwencji wszystkim jego synonimom, takim, jak „państwo polskie”, „wspólnota polityczna” czy „rzeczpospolita” (albowiem w nowoczesnym państwie narodowym wszystkie te zwroty odnoszą się do jednego i tego samego przedmiotu). Na tym też polega znaczenie i cel „polityki kresowej”, którą Gabiś tak ochoczo wyrzuca dziś do kubła z napisem „fantastyka polityczna”. Wbrew wysuwanym przez niego oskarżeniom, „polityka kresowa” nie jest zabawą szczeniaków rysujących mapy „Wielkiej Polski” w zeszytach do matematyki, celem jej nie jest rozpalanie imperialistycznych ambicji czy żądzy odwetu, a już najmniej „odwodzenie od realnej pracy itd…”, jest nim natomiast skromne uczynienie zadość elementarnym politycznym powinnościom, banalne, oszczędne i pod każdym względem umiarkowane nadanie choćby odrobiny sensu zwrotowi „my, Polacy”.

Redaktor „Nowej Debaty” przechodzi tymczasem nad tym wszystkim do porządku dziennego, pytając prześmiewczo, o to czy zwolennicy „polityki kresowej” zamierzają „wykorzystać mniejszości polskie jako instrument polityczny, np. jako pretekst do wysunięcia roszczeń terytorialnych czy interwencji w celu „ochrony mniejszości”? A może jako narzędzie osłabiania i rozbijania sąsiedniego państwa? Jeśli tak, to wówczas „polityka kresowa” miałaby jakiś (geo)polityczny sens. Jeśli jednak takich politycznych celów nie ma, to z natury rzeczy nie można prowadzić żadnej polskiej polityki kresowej”. W zasadzie moglibyśmy wobec tej średnio oryginalnej prowokacji przejść obojętnie, jako że polityczne znaczenie polityki kresowej, a nawet jej nieodzowność, zostały już w sposób zadowalający wykazane. Jest jednak rzeczą niezwykle charakterystyczną, że polski intelektualista, i to nie byle jaki, stojąc wobec perspektywy konfliktu interesów Polski i krajów ULB, otwarcie i nieomal ze wstrętem odrzuca projekt lojalności względem najbardziej fundamentalnych, konstytutywnych wręcz dla każdego narodu wartości, uznając za rzecz oczywistą uprzejme opowiedzenie się po stronie wrażliwości narodów ościennych. A przypomnijmy, że nie chodzi tu o żaden najazd, zabór, interwencję, czy „rozbijanie i osłabianie”, jak nas bałamutnie przekonuje Tomasz Gabiś, ale o trywialne egzekwowanie praw naszej mniejszości i równie prozaiczną ochronę naszego dziedzictwa kulturowego. Nawet tak skromny program wywołuje w redaktorze „Nowej Debaty” uczucie wstrętu i trwogi, każące mu stukać się palcem w czoło i pokpiwać z ludzi podnoszących podobne hasła. Niech sam ten fakt świadczy o głębokości ran, które zadano naszej narodowej psychice. Trudno wyobrazić sobie, byśmy w tym stanie ducha mogli jeszcze kiedyś nabrać świadomości narodowego interesu, o poprawie międzynarodowej pozycji nie wspominając.

Jeśli dziś nie jesteśmy w stanie uprawiać podmiotowej polityki, to nie tylko dlatego, że nie pozwala nam na to zewnętrzna koniunktura, jak słusznie konstatuje Tomasz Gabiś, ale przede wszystkim dlatego, że jako wspólnota polityczna mamy problem „z głową”. Jeśli nie potrafimy być względem siebie lojalni w tak podstawowych i banalnych kwestiach jak tożsamość narodowa, to nie widzę przyczyny, dla której mielibyśmy być lojalni względem jakiejkolwiek Polski, bez względu na to czy rozciągać się ona będzie między Odrą a Bugiem, czy, o zgrozo, między Łabą a Dnieprem. W takim położeniu, żadna, najszczęśliwsza nawet międzynarodowa koniunktura nie będzie w stanie z nas nigdy uczynić zwartej i silnej wspólnoty, gotowej do uczestnictwa w międzynarodowej grze interesów.

Duch polski lubi przemierzać bezkresne przestworza prometejskiego empireum, aż, oślepiony światłem wiecznych idei, nie wyrżnie o twardą glebę pól elizejskich. Wówczas, obolały i skrajnie rozczarowany, w miejsce mesjańskich haseł o „międzymorzu” i walce „za wolność naszą i waszą”, zaczyna głosić odrzucenie już nie tylko wszelkiego politycznego idealizmu, ale w ogóle wszystkiego, czego w polityce nie sposób sprowadzić do ekonomii, statystyki, czy innego rodzaju liczby. Gdy taki nastrój ogarnie Polaka, zniechęcony wyrzeka się na zawsze Wilna i Lwowa, suwerenność wydaje mu się wówczas narodową megalomanią, a najmniejszy objaw patriotyzmu szowinizmem, w swej niechęci do wszystkiego, co polityczne zaczyna postrzegać naród jako nie wiadomo skąd wziętą, przypadkowo powstałą, wspólnotę doraźnego interesu. Dlatego też pod słowo „polityka” podstawia notorycznie znaczenie słów „ekonomia” lub „gospodarka”, w konsekwencji zaczyna głosić politykę „ciepłej wody w kranie”, której dokładnym analogonem w stosunkach międzynarodowych jest postulowana przez Tomasza Gabisia, „banalizacja” polskiej polityki wschodniej. W ten sposób nieszczęsna dusza polska miota się między naiwnym idealizmem i jeszcze bardziej naiwnym materializmem, prześlepiając nieustannie to, co w sposób oczywisty poprzedza, umożliwia i konstytuuje wszelką politykę — prostą lojalność względem własnej polis, a tą, jak sądzę, jest dziś wyłącznie wspólnota narodowa i nic ponadto.

W swoim słynnym eseju Carl Schmitt zaproponował genialną w swej prostocie definicję terminu „polityczność”, którą oparł na „specyficznym” dla tej sfery, „podstawowym rozróżnieniu”. Rozróżnieniem tym, „do którego sprowadzić można wszystkie polityczne działania i motywy” jest rozróżnienie na wrogai przyjaciela. Dychotomia wróg — przyjaciel, lub swój — obcy, jak gdzie indziej pisze Schmitt, jest węzłową dychotomią dla sfery polityki, jej warunkiem sine qua non — dokładnie w taki sam sposób, w jaki „w obszarze moralności najbardziej podstawowym rozróżnieniem jest podział na dobro i zło, w estetyce na piękno i brzydotę, w ekonomii na zysk i stratę, lub na to, co opłacalne i nieopłacalne”. Co za tym idzie, stopień w jakim członkowie określonej wspólnoty są w stanie rozpoznawać granicę pomiędzy „swoim” a „obcym”, pomiędzy uczestnikami własnej wspólnoty i tymi, którzy do niej nie należą, decyduje o „stopniu intensywności związku lub oddzielenia, stowarzyszenia [Assoziation], lub rozproszenia [Dissoziation]”. Jeśli przyznamy w tym punkcie rację Schmittowi (a piszący te słowa ją przyznaje), to traktowanie kresowych Polaków wyłącznie jako „pozostałości po I i II RP”, oznaczać będzie uderzenie w samo jądro polskiej wspólnoty politycznej — jej proste ubezsensownienie. Arbitralnie zwalniając się z lojalności względem Kresowian, tych żyjących i tych spoczywających w kresowych mogiłach, w rzeczywistości unicestwiamy „polityczność” naszej narodowej wspólnoty. W sensie politycznym nie ma więcej żadnych „nas” — nie ma najmniejszego powodu byśmy poczuwali się jeszcze do wzajemnej lojalności jako „my Polacy”. Nic już nas dłużej do tego nie obliguje, gdyż tradycyjna, polityczna granica naszej narodowej wspólnoty została przez nas w sposób całkowicie samowolny usunięta: Polak z Wilna, Dyneburga, Grodna czy Lwowa przestał być „swój”, przestał być kimś, komu jestem winien polityczną lojalność, stał się w najlepszym wypadku „etnicznym Polakiem”, a najczęściej po prostu „Litwinem/Łotyszem/Białorusinem/Ukraińcem polskiego pochodzenia”. Stanisław Lem powiedział kiedyś o sobie: „jestem lwowianinem i lwowianinem do śmierci pozostanę. Nic się tutaj nie zmieni, ludzie i narody to nie szafa, którą się przesuwa z kąta w kąt”. Otóż jeśli kiedyś naprawdę ostatecznie i nieodwołalnie uznamy, że Kresy to jedynie „miejsce akcji polskich powieści, sceneria filmów „płaszcza i szpady” czy sag rodzinnych”, wówczas będziemy mieli do wyboru jedno z dwojga, albo stwierdzić, że staliśmy się jednak szafą, albo przyznać przed sobą na wzajem, że nie jesteśmy już dłużej narodem. Tym samym ciężar bycia Polakiem (a jest to niewątpliwie ciężar — gdyż „taką przebodli nas ojczyzną”) zostanie z nas w końcu zdjęty, dzięki czemu będziemy mogli wreszcie porzucić troskę o ten nieszczęśliwy kraj i zacząć się „realizować” — najlepiej w jakimś bardziej sprzyjającym środowisku niż nasza pożałowania godna, moralnie pokręcona, dlatego też politycznie zdezintegrowana i nieudolnie administrowana, narodowa wspólnota.

Okazuje się tu w końcu w pełnym świetle to, o czym wspomniano na samym początku niniejszego tekstu, a mianowicie, że banicja kwestii kresowej ze sfery polityki nie jest objawem lecz przyczyną indolencji państwa polskiego — państwo bowiem, jak pisze Schmitt „jest szczególnym stanem narodu”. Otóż w przypadku narodu polskiego można się już wyłącznie spierać, czy znajduje się on jeszcze w stanie ciekłym czy może jednak już w lotnym. Pewnym jest tu jedynie to, że mamy do czynienia z czymś beznadziejnie amorficznym, nie posiadającym żadnych wyraźnych konturów. Bez wątpienia bliżej nam dziś do budzącego politowanie Dissoziationniż do będącego solidnym oparciem i schronieniem Asoziation.

W tym kontekście drapowanie się w zgrzebną togę towarzysza Wiesława i nawoływanie do „realnej pracy dla istniejącej tu i teraz między Odrą a Bugiem Polski” przedstawia nam się zupełnie jak słynne polinezyjskie „tabu” — rodzaj arbitralnego orzeczenia moralnego, którego uzasadnienia nie potrafią podać ani posługujące się nim prymitywne społeczności, ani badający je antropologowie. Jak słusznie zauważa Alisdair MacIntyre w swoim „Dziedzictwie cnoty”, niemal każda spotykana współcześnie, nakładana na nas przez nowoczesną cywilizację, abstrakcyjna powinnośćma dokładnie ten sam charakter, co owa polinezyjska „instytucja” — będziesz służyć ojczyźnie ludowej „bo tak”, bo odmowa służby ojczyźnie jest „tabu” — do tego w ostateczności sprowadza się logika niemal wszystkich systemów etycznych powstałych od oświecenia. W przeciwieństwie do tego, jak przekonuje szkocki filozof (powołując się na klasyczną tradycję), rzeczywiste powinności wynikają bezpośrednio z uczestnictwa w określonej wspólnocie i z ról, jakie w jej obrębie pełnimy. Tym samym specyficzny, obywatelski obowiązek spoczywa na nas tylko wtedy, gdy rzeczywiście wspólnota, do której należymy zachowuje swój polityczny charakter, a więc jest zorganizowana wokół kryterium swójobcy. To kryterium natomiast opiera się nie na czym innym, jak właśnie na wspólnych mitach, takich dokładnie jak Kresy lub „mityczna Wielka Polska”, jak woli nazywać je Tomasz Gabiś. Jeśli zatem uznamy nasze narodowe mity nie za fundament i konstytucję politycznej wspólnoty, lecz za piękny choć niepraktyczny bibelot, elegancki ozdobnik lub wręcz staroświeckie kuriozum z gabinetu osobliwości, wówczas na własnej skórze bardzo szybko przekonamy się o prawdziwości schmittiańskiej definicji terminu „polityczność”. Na tym też zasadza się kluczowe znaczenie Kresów dla naszej politycznej spoistości, lub mówiąc wprost: dla siły państwa polskiego. Polska pozbawiona ziem wschodnich nie jest „nawet aspirantem do narodu historycznego” — pisał w latach 40-tych Stanisław Cat Mackiewicz— „staje się materiałem etnograficznym, staje się narodowościąposzukującą dla siebie jakiegoś twardszego oparcia o większy, przez kogoś innego rządzony organizm polityczny”. W czasach niepodzielnie panującego nad Wisłą „euroentuzjazmu”, w epoce, w której za najbardziej asertywnych obrońców naszej podmiotowości uważani są sygnatariusze traktatu lizbońskiego, naocznie i boleśnie przekonujemy się o tym, jak przenikliwym myślicielem był Cat. I nie chodzi tu bynajmniej o to, by odtrąbić wsiadanego i ruszać na Kowno, ale o to, by udowodnić przede wszystkim sobie, że choć z utratą Kresów, odjęto nam płuco, rękę i nogę, to mimo wszystko nie odcięto nam jaj, serca i głowy, w związku z czym nie będziemy grzecznie przemilczać swoich krzywd, nie będziemy uważać ziem utraconych za „scenerię filmów płaszcz i szpady”, ani kresowych Polaków za polityczną skamienielinę — pamiątkę po światach dawno minionych i nie mających z nami już nic wspólnego.

Polityka, jak wierzyli starożytni Grecy, powinna stawiać przed sobą dwa zadania — urzeczywistniać to, co piękne, lub, jeśli okaże się to niemożliwe, przynajmniej to, co pożyteczne. Na przekór temu, postulowana przez Tomasza Gabisia kresowa apostazja nie jest ani piękna ani pożyteczna. Pod płaszczykiem z pozoru zdroworozsądkowych haseł o „politycznym realizmie” skrywa się serwowana nam od lat stara dobra narodowa mikromania, która dżumę politycznej słabości każe nieodmiennie leczyć cholerą wyrzeczenia się narodowej dumy i ambicji, jakby widok naszego obecnego politycznego uprzedmiotowienia nie był nas w stanie wystarczająco zdemoralizować. Wbrew sugestiom redaktora „Nowej Debaty”, państwo polskie nie jest dziś słabe dlatego, że w „rozgorączkowanej wyobraźni młodzieży” rozgościła się „mityczna Wielka Polska”, pełniąc tam „funkcję kompensacyjną” i odciągając ową rozemocjonowaną i krnąbrną młodzież od „realnej pracy”, ale dlatego, że wskutek głębokich dziejowych traum, po części podświadomie, po części jak najbardziej świadomie, postanowiliśmy zlikwidować naszą narodową wspólnotę jako problem polityczny i to właśnie jest „przejawem eskapizmu odwodzącego od prawdziwych zadań, jakie stoją przed naszym narodem, od realnej pracy dla istniejącej tu i teraz, między Odrą a Bugiem, Polski”.

Tomasz Kwaśnicki

Reklama



15 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. monroe :

    Za dużo w tekście retoryki i psychologizowania. A uroszczenie Autora do odczuwania jedynie słusznej wersji polskości – przepraszam – kuriozalne.
    1. Gdyby pytanie brzmiało: ‚czy obecne granice są lepsze od przedwojennych?’, to wymiana racji byłaby długa, a odpowiedź uzależniona od osobistych priorytetów. Sam opowiedziałbym się za obecnymi, ale nie kontynuuję, bo chyba jednak nie tego dotyczy problem.
    2. Gabiś z kolei zdaje się odpowiadać na pytanie: ‚czy my-Polska wracamy na Kresy, czy się z nich ewakuujemy?’ Pytanie jest brutalnie zasadne i właściwie zgodziłbym się z odpowiedzią Gabisia, gdyby nie jedno ‚ale’. Takie mianowicie, że uznaje on milcząco obecny stan polityczno-graniczny za ostateczny. (Nawet jeśli ta ostateczność oznaczałaby w praktyce tylko 100 lub choćby 50 lat.) Nie podzielam takiego mniemania. Wydaje mi się, że kwestia granic otworzy się bardzo szybko, a w tym kontekście dramatyczne dylematy Gabisia stają się bezprzedmiotowe.
    3. W analizach Kwaśnickiego bardzo ironiczne, a zarazem niezwykle symboliczne jest oparcie się na myślicielu niemieckim. Kończy się to próbą ubrania oryginalnych doświadczeń cywilizacyjnych I RP w jakieś po germańsku toporne dystynkcje. Otóż jako Koroniarz nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy (historycznie rozumiany) Litwin jest mi swój (politycznie, kulturowo, a w końcu i językowo), czy obcy (bo swoje centrum lojalności politycznej widzi w Wilnie, a nie w Warszawie.)
    4. Sam mam na sprawę pogląd może nazbyt irracjonalny. Nie wiem, u kogo to przeczytałem (a może to już konplilacja różnych źródeł?): „nie katujcie się dyskusjami o granicach. Bo jeśli się moralnie odrodzicie, to granice sięgną dalej niż kiedykolwiek. A jeśli nie, to żadnych i tak nie utrzymacie.’ Spór więc o to, czy się Lwowa ogólnienarodowo wyrzekać, czy budować mu w swoich duszach Kapliczki Pamięci to spór o pietruszkę.
    5. Podsumowując, wydaje mi się, że jesteśmy gdzieś w połowie wieku XIV. I jeżeli dobrze zorganizujemy swoje państwo, to zrobi ono karierę większą niż to przygotowane przez ostatniego Piasta. A zatem, jakby to paradoksalnie nie brzmiało, przyszłość Kresów rozstrzyga się tu i teraz, i w obecnych granicach.

    • cyna :

      I właśnie w punkcie czwartym zawarłes sedno sprawy, palcem po mapie możemy sobie kreślic granice jakie chcemy a sprawić aby ludzie tam mieszkajacy chcieli być Polakami możemy wyłącznie w obecnych granicach. Zbudujmy wielką Polskę w której zaniknie lumpenploretariat tak dopieszczany przez sowietów, Polskę katolicką prawą i bogatą a sąsiedzi znów będą chcieli być w granicach administracyjnych naszego raju.

      • mordechaj_po_prostu :

        Trzymam kciuki, ale nadziei nie mam. Nie ma przemysłu, wielkich przedsiębiorstw polskich, h…jowe prawo, cwaniakarstwo, kumoterstwo, nieperspektywiczne myślenie, tylko kredyty i wieeeelki dług publiczny, zdradziecką gazetę wyborczą, komitet obrony demokracji i wszelkie inne organizacje finansowane przez Georga Sorosa,postkomunę „zmianę” starbucks-komunę „razem” i sld-owców peselowców, giedroycistów, platformersów, nowoczereśniaków, narodowo socjalistyczną pseudoprawicę pisiorów agentów niemieckich działających na dawnych ziemiach rzeszy oraz ich gazety w Polsce, agentów rosyjskich, ukraińskich, amerykańskich i żydowskich. Dalej już można tylko wymieniać wodę, hemoglobinę, intronizacja, zakwasy, taka sytuacja, antykwariat itp 😉

    • kojoto
      kojoto :

      Mi artykuł sie bardzo podoba – dotyka bardzo istotnego problemu, który umyka jesli nie większości to ogromnej części świadomych nawet Polaków. Krytyka Monroe, o ile zasadniczo konstuktywna i wartościowa, zdaje się pomijać jeden bardzo istotny fakt (który i w samym artykule moze nie został dostatecznie uwypuklony), że Polska jest nie tylko tam gdzie wytyczają to granice, ale jest tam, gdzie są Polacy. Obecnie na Kresach żyje 800 tysięcy Polaków, którzy wbrew szykanom i utrudnieniom twardo przyznaja sie do swojej Polskości. Szacunkowo jest tam około 2 i pół miliona Polaków, a do tego jeszcze ludność mieszana polskiego pochodzenia. Jakże mozna zapominac o nich i o ich zdaniu? O Polsce, która trwa w ich sercach i głowach? Jeśli pominięcie ich to nie przejaw małoduszności, to co najmniej karygodnej ignorancji.

  2. syotroll :

    Mimo kresowych korzeni, skłaniam się w stronę retoryki Gabisia. Etniczni Polacy czy obywatele państw kontrolujących nasze byłe Kresy, z polskim pochodzeniem, są złączeni z polskim narodem, ale już nie państwem, i musimy to wyraźnie rozgraniczyć. Niestety od pewnego czasu, zamiast łączyć członków narodu z kraju i zagranicy, staramy się traktować Polaków z byłych Kresów, jako naszą V kolumnę, która ma obowiązek być lojalna wobec naszego państwa, nie zaś naszego narodu.

    • w_litwin :

      obywatele z polskim pochodzeniem???

      Co za ignorant z ciebie trolu? Postaw sobie granicę między twoim domem a domem sąsiada, wyobraź sobie, że tam jest Litwa a ty jesteś dalej w Polsce… I co sąsiad jest polskiego pochodzenia???
      Nie. Tam mieszkają i żyją Polacy. I oni nie wyjechali nigdzie. To nie są emigranci. Oni żyją tam z dziada pradziada. To nie z ich winy ani tym bardziej woli wydarto ich od Polski. A przez takich tępaków jak ty, którzy uważacie, że Polacy tam mieszkający są mniej polscy niż wy, roi się od polityków temu przyklaskujących jak Dworczyk i Dziedziczak. Najpierw długo walczyli z ustawą o ludobójstwie na Wołyniu przychylając się do ukraińskiego zdania, mianowali ludzi na ambasadorów, którzy negują ludobójstwo i wybielają banderę, na Białorusi rozwalili Związek Polaków poprzez wsadzenie Borys-pijaczki, która lata temu związek rozwaliła.

      A teraz chcą dobrać się do Litwy.

      Powtarzanie doktryny Giedroycia świadczy o niedojrzałości politycznej i chyba mimo wszystko inteligencji. Łatwo jest prawić takie banały w imię politycznego partnerstwa. Tylko jeśli ktoś logicznie pomyśli, to ani Litwa, ani Białoruś, ani Ukraina na dzień dzisiejszy nie spełniają podstawowych warunków na kandydatów bycia partnerem

      • syotroll :

        Rozumiem, że jeżeli ci „Polacy”, oprócz polskich korzeni mają także litewskie (żmudzkie), żydowskie, niemieckie etc. to mimo to są jedynie Polakami, a w żadnym stopniu Litwinami (Żmudzinami), Żydami, Niemcami etc. bo według ciebie jak już się polskie korzenie posiada to z definicji innych mieć nie można.
        Nie oni są obywatelami tamtych krajów, część jest narodowości polskiej, a część (mieszańcy) ma polskie korzenie. Trudno zrozumieć ?
        Najwyraźniej tak.

  3. zbigniew2707 :

    To, co większość „prawdziwych Polaków ” próbuje nazwać polskimi krasami wschodnimi, to w trzech czwartych są zienie Krasowe Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ruskiego i Zmudzkiego. Po roz padzie Imperium Rosyjskiego w wyniku Rewolucji, powinny w pierwszej kolejności znaleźć się w granicach nowotworzących się państw,a nie Polski. To że Polska była w tym czasie silnejsz i dokonała wspólnie z bolszewikami po Traktacie Ryskim rozbioru tych ziem, nie oznacza, że one automatycznie stały się polskimi ziemiami etnicznymi. Na tych ziemiach, wyłączając wielkie miasta, jak Wilno czy Lwów, zamieszkiwało ponad 70% ludności litewskiej, rusińskiej i ukraińskiej. A więc jest to dodatkowy dowód, że to są ich etniczne ziemie. Dziś trudno i nieetyczni bałoby wmawiać Litwinom. że ich stolica Wilno jest na ziemiach kresowych Polski. Cały świat by nss wyśmiał jako niepoprawnych nacjonalistów. Podobne przykłady można mnożyć.

  4. zbigniew2707 :

    To, co większość „prawdziwych Polaków ” próbuje nazwać polskimi kresami wschodnimi, to w trzech czwartych są zienie Kresowe Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ruskiego i Zmudzkiego. Po rozpadzie Imperium Rosyjskiego w wyniku Rewolucji, powinny w pierwszej kolejności znaleźć się w granicach nowotworzących się państw,a nie Polski. To że Polska była w tym czasie silnejsza i dokonała wspólnie z bolszewikami, po Traktacie Ryskim rozbioru tych ziem, nie oznacza, że one automatycznie stały się polskimi ziemiami etnicznymi. Na tych ziemiach, wyłączając wielkie miasta, jak Wilno czy Lwów, zamieszkiwało ponad 70% ludności litewskiej, rusińskiej i ukraińskiej. A więc jest to dodatkowy dowód, że to są ich etniczne ziemie. Dziś trudno i nieetycznie bałoby wmawiać Litwinom. że ich stolica Wilno jest na ziemiach kresowych Polski. Cały

    • w_litwin :

      Ale nikt tu nie mówi o ziemiach ani o ich odzyskiwaniu lecz o ludziach tam żyjących, którzy sa Polakami!!!

      Jeszcze kilkadziesiąt lat temu na Wileńszczyźnie było więcej Rosjan, Żydów niż Litwinów!!! Oczywiście najwięcej było Polaków. Nikt nie mówi o inwazji, a o poszanowaniu praw mniejszości narodowych wynikających z międzynarodowych umów i traktatu litewsko-polskiego.

      Pisanie o historii jest adekwatne jeśli podamy wszystkie fakty. A te są takie, że dzisiejsi obywatele zamieszkujący Litwę to nowolitwini

    • mordechaj_po_prostu :

      Agent wschodni? „w trzech czwartych są zienie Kresowe Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ruskiego i Zmudzkiego. Po rozpadzie Imperium Rosyjskiego w wyniku Rewolucji, powinny w pierwszej kolejności znaleźć się w granicach nowotworzących się państw,a nie Polski.” kompletne pie…oły, bez komentarza… umiesz liczyć, licz na siebie, Polska miała wielkich Polaków, nieśli sprawę polską na zachód i budowali razem z innymi Polakami silną Polskę, Żmudzini i Rusini byli w międzyczasie marginalną sprawą o niskim potencjale takim jak bestialskie mordowanie niewinnych cywilów…

    • monroe :

      1. Bardzo chciałbym kiedyś przeczytać traktat pt.: „O etniczności ziemi”. Dzieło to rozstrzygałoby np. kwestię, komu przysługuje prawo etniczności: grupie Hotentotów nawróconych na chrześcijaństwo i mówiących po holendersku czy międzynarodówce białych entuzjastów, którzy przeszli na hotentocki i wiarę w Wielkiego Mzimu. Komu przysługuje kolonizowane terytorium, lokalnym odstępcom czy obcym kontynuatorom tradycji przodków? 2. Zwolennikom powyższej argumentacji umyka fakt, że w jej świetle Polska nadal okupuje etniczne ziemie Litwy, Białorusi i Ukrainy. Więc im się wydaje, że wielkodusznie wyciągają do sąsiadów rękę na zgodę, a tak naprawdę dają im intelektualny oręż do dalszych pretensji terytorialnych.