Po niemal trzech dekadach wzajemnych stosunków, na Ukrainie nie ma żadnego środowiska, które prezentowałoby polski punkt widzenia lub choćby wyrozumiałość wobec polskiego stanowiska – pisze Tomasz Rola.

W tym roku obchodziliśmy 100. rocznicę podpisania umowy warszawskiej, popularnie zwaną układem Piłsudski-Petlura oraz wyprawy kijowskiej 1920 roku. Obchody, utrudnione epidemią koronawirusa, nie przebiegły w sposób zauważalny, ograniczając się do kilku epizodów.

Podczas gdy w Polsce tradycyjnie dominowała retoryka „pojednania polsko-ukraińskiego”, dla komentarzy pojawiających się na Ukrainie najbardziej reprezentatywna wydaje się opinia młodego historyka Maksa Majorowa zamieszczona na portalu Gazeta.ua:

„Współczesne ukraińskie społeczeństwo jest mało poinformowane o umowie warszawskiej. Wśród osób zainteresowanych istnieją przeciwstawne poglądy – od oskarżeń Petlury o zdradę po wychwalanie polsko-ukraińskiego braterstwa broni. W ten sposób – jako największe osiągnięcie wspólnej przeszłości – chcą widzieć układ przychylni Ukrainie polscy intelektualiści. Dla nich jest to historia pozytywna na tle bezkompromisowej walki OUN przeciwko Polsce i tragedii Polaków na Ukrainie w czasie II wojny światowej. Ukraińcy nie powinni zapominać, że sojusz 1920 roku był nierównoprawny, wymuszony. I nie doprowadził do zachowania państwowości”.

Pomijając w tym tekście spór o orientacje polskiej polityki wschodniej po I wojnie światowej oraz o sensowność wyprawy kijowskiej, zasadniczym wydaje się pytanie, jaki cel realizował Józef Piłsudski, gdy zdecydował się na sojusz z Ukraińską Republiką Ludową (URL). Współczesny mu Stanisław Cat-Mackiewicz w swojej „Historii Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939” opisywał go następująco: „W sprawie ukraińskiej czy litewskiej Piłsudski kierował się wyłącznie polską racją stanu. Po pierwsze, dążył do rozczłonkowania Rosji, po drugie, wierzył że państwa graniczące z Polską, oswobodzone przez Polskę od Rosji, wpadną z łatwością pod wpływ Polski i że Polacy będą mogli je tak samo po pewnym czasie spolonizować, jak szlachta polska dawnej Rzeczypospolitej spolonizowała i Litwę, i Ruś”.

Intencje samego Józefa Piłsudskiego można wyczytać natomiast z relacji gen. Antoniego Listowskiego, dowódcy 2 Armii Wojska Polskiego operującej na froncie południowo-wschodnim. Generał w swoim pamiętniku przytoczył słowa Marszałka, wypowiedziane do niego na przełomie kwietnia i maja 1920 roku:

„Idąc w głąb Ukrainy, ale tylko do granic 72 r., przez to samo nie uznajemy rozbioru i głosząc „samostijność” na tych ziemiach, jakby poprawiamy błędy naszych przodków. Chcemy dać Ukrainie możność samookreślenia się i rządzenia się przez własny naród. Postawiłem na kartę, gram ostatnią stawkę, żeby coś zrobić na przyszłość dla Polski, choć takim sposobem osłabić możliwość przyszłej Rosji, jeżeli się uda, dopomóc stworzeniu Ukrainy, która będzie zaporą między nami i Rosją i na długie lata nie będzie nam groźną… Ale w tym sęk, czy ta Ukraina powstanie, czy ma dostatecznie sił i ludzi, żeby się stworzyć i zorganizować, bo przecież wiecznie tu siedzieć nie możemy. (…) Granic 72 r. tworzyć nie mogę, jak kiedyś chciałem, Polska nie chce tych kresów, nie chcemy ponosić kosztów, ani nic dać… a bez wysiłków, ofiar nic stworzyć nie można! Zatem innego wyjścia nie ma, jak spróbować stworzyć samostijną Ukrainę. Petlura tu nie odgrywa żadnej roli, jest narzędziem, nic więcej. A jeżeli nic się nie da zrobić, pozostawimy ten chaos własnym losom. Niech się burzy, trawi, wyniszcza, osłabia, zjada…W takim stanie nie będzie też nam groźnym przez długie lata! A dalej… przyszłość wskaże!”

Z drugiej strony pojawiały i pojawiają się oczywiście również głosy przekonujące, że Piłsudski idąc na Kijów kierował się intencjami charytatywnymi, zachował się jak altruista, walczący „o wolność waszą i naszą”. Tym niemniej porozumienie z URL, umowa warszawska zawarta przed ofensywą kijowską, na pewno nie było altruistyczna.

Zawierała przede wszystkim zapisy dotyczące granic. W zamian za uznanie przez Polskę URL i rezygnację z roszczeń do granicy Rzeczypospolitej z 1772 roku, Ukraińcy zaakceptowali wschodnią granicę Polski. Tym samym zrzekali się pretensji do Galicji Wschodniej ze Lwowem, Stanisławowem, Tarnopolem oraz Wołynia z Łuckiem, Krzemieńcem, Równem.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

W umowie znalazł się także zapis o zawarciu umów ekonomiczno-handlowych między oboma krajami. Wobec fiaska wyprawy kijowskiej, nie zostały one zrealizowane. Istnieją jednak dokumenty pokazujące jakie były plany. Omawia je prof. Norman Davies w swojej książce „Orzeł biały, czerwona gwiazda”:

„Rząd polski chciał zagwarantować wolny przepływ towarów, rozbudowę sieci komunikacyjnej oraz zapewnić sobie kilka korzystnych koncesji. Polska miała importować z Ukrainy bez ograniczeń żywność, rudę żelaza i manganu, złom, szmaty, wełnę, fosforyty, szczecinę, skóry, cukier, len, konopie oraz inwentarz; Ukraina z kolei miała importować maszyny rolnicze, narzędzia, naftę i wyroby włókiennicze”.

Dodatkowo: „Rząd polski miał otrzymać koncesje w Karnawatce i w Kołaczewskoje, dwóch ważnych kopalniach rudy żelaza w Krzywym Rogu oraz pierwszeństwo w eksploatacji złóż fosforytów w Wańkowce na Podolu. Przedstawiono szczegółowe plany, których realizacja umożliwiłaby polskim pociągom korzystanie z istniejącej na Ukrainie sieci kolejowej; zamierzano również wybudować trzy nowe linie. Polska miała otrzymać koncesje na korzystanie z portów w Chersonie, Mikołajowie i Odessie, a pomiędzy Wisłą i Dnieprem miało powstać połączenie wodne”.

„Wszystkie polskie koncesje miały być przyznane w postaci 99-letniej dzierżawy. Trudno więc mówić o próbie skolonizowania Ukrainy przez Polskę. Wszelako wobec faktu, że w następnej dekadzie Krzywy Róg miał się okazać jednym z najbogatszych złóż rudy na świecie, Dniepropietrowsk zaś filarem sowieckich pięciolatek, warto by pospekulować, co mogłoby się zdarzyć, gdyby znalazły się one w rękach Polaków” – podsumowuje prof. Norman Davies.

Umowa warszawska i wyprawa kijowska na pewno nie była wyłącznie gestem wspierania Ukrainy i odpychania Rosji. Czymś w stylu Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, piszącego o polskiej pożyczce dla Ukrainy z 2015 roku: „powstrzymywanie Rosji musi kosztować. Odda, nie odda – warto zainwestować”.

Sojusz Piłsudski-Petlura był nierównoprawny, za polską pomoc strona ukraińska miała zapłacić. Podkreślał to także cytowany już wyżej ukraiński historyk, dodając, że nawet podczas parady po zdobyciu Kijowa bohaterami było wojsko polskie, a jednostki ukraińskie szły na końcu. Dlatego zresztą mało realne są plany polskich środowisk proukraińskich, aby uczynić z tego wydarzenia symbol współpracy polsko-ukraińskiej. Dla Ukraińców jest to symbol zdecydowanie mniej atrakcyjny niż dla Polaków.

III RP

Przypomnienie tych faktów może być dobrym punktem wyjścia, aby zastanowić się jak obecnie wyglądają relacje polsko-ukraińskie? Polska jest krajem bogatszym, o ponad czterokrotnie większym PKB. Członkiem UE i NATO, w których to organizacjach według deklaracji polityków chce pełnić funkcję „adwokata Ukrainy”. Oba państwa ma łączyć także „strategiczne partnerstwo”.

Jak jednak, gdy wyjść poza sferę sloganów, te stosunki wyglądają realnie. Czy większa siła i pozycja międzynarodowa Polski sprawia, że jesteśmy dla naszych partnerów atrakcyjni, że przyciąga ich nasz sposób życia, nasze rozwiązania społeczno-polityczne? Czy możemy w związku z tym wpływać na ich decyzje za pomocą miękkiej perswazji? Słowem, czy przekłada się to na istnienie polskiego soft power na Ukrainie? Czy też, mówiąc dawnym językiem, czy mamy w Kijowie „polską partię”?

Odpowiedź na to pytanie przychodzi dość szybko, gdy prześledzi się najgłośniejsze w ostatnich latach problemy w relacjach polsko-ukraińskich, wynikające głównie ze sporów o odmiennie postrzeganą historię oraz kwestie gospodarcze i praw dla mniejszości narodowych.

Kilka miesięcy temu stosunkowo głośna stała się sprawa polskiej szkoły w Mościskach na Ukrainie, gdzie miejscowe władze, zmieniając statut szkoły, próbują ograniczyć naukę w języku polskim, a także zmienić jej dyrekcję.

Takie prawo daje im uchwalona w 2017 roku nowa ukraińska ustawa oświatowa, która od początku wywołała ostrą krytykę na Węgrzech, w Rumunii i Rosji. Tymczasem w Polsce, MSZ wydawało się być nią usatysfakcjonowane. W wydanym przez ministerstwo oświadczeniu napisano, że ustawa „gwarantuje osobom należącym do grup etnicznych i mniejszości narodowych prawo do nauki w języku narodowym obok nauczania w języku ukraińskim w zakładach przedszkolnych i ogólnej oświaty”. Rok później jednak, w odpowiedzi na interpelację posła Roberta Winnickiego, przyznało, że nowe prawo na Ukrainie stanowi zagrożenie „dla praw i interesów polskiej mniejszości narodowej”.

Dopytywany o sprawę polskiej szkoły w Mościskach, resort polskiej dyplomacji poinformował, że jest zaniepokojony próbą zmiany statutu szkoły w Mościskach przez radę miejską. Dodając, iż Konsulat Generalny RP we Lwowie uczestniczy w rozmowach w tej sprawie na szczeblu lokalnym, licząc na pozytywne rozwiązanie oraz że „stanowisko władz ukraińskich nie zostało jeszcze jednoznacznie sformułowane”.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Tyle w kwestii stosunków międzypaństwowych. Jednocześnie warto przyjrzeć się echom społecznym i medialnym tej sytuacji. Są one niezbyt liczne. Na Ukrainie w mediach lokalnych ukazały się pojedyncze artykuły, w których przejawiało się głównie zaniepokojenie – „dlaczego Ukrainiec nie może kierować polską szkołą w Mościskach?”. W artykule pod tym właśnie tytułem na lwowskim portalu „Diło” poinformowano, że zapis w statucie szkoły o tym, iż może nią kierować tylko „obywatel Ukrainy polskiej narodowości”, oburza lwowską społeczność, dla której istnienie takiej szkoły to „utrata godności” ich państwa. Na potwierdzenie przytoczono wpis „aktywistki społecznej”, przewodniczącej Rady Społecznej przy Zarządzie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy w obwodzie lwowskim Hałyny Janko.

„Szczerze mówiąc, jestem zszokowana, że urodziliśmy się na Ukrainie, ale tracimy naszą godność. Ja sama mam polskie korzenie, jednak urodziłam się na Ukrainie i jestem Ukrainką i zdecydowanie uważam, że takie rzeczy, jak opisane w tym artykule, są w naszym kraju nie do przyjęcia. Będziemy domagać się kontroli we wszystkich szkołach tego typu” – napisała Janko.

Jak widać, polskie pochodzenie nie jest w przypadku pani Janko czynnikiem sprzyjającym obronie praw mniejszości polskiej. A wręcz przeciwnie, podawane jest jako argument za ograniczaniem już istniejących rozwiązań.

Głosów w obronie szkoły ze strony ukraińskiej nie zanotowano. Nie pojawiło się także, co warte odnotowania, żadne oficjalne stanowisko ze strony organizacji polskiej mniejszości narodowej na Ukrainie. Tak jak i w roku 2017, odnośnie ustawy oświatowej. Sprawa została natomiast omówiona w miejscowych polskich mediach, jak „Kurier Galicyjski” i „Radio Lwów”.

Trudno porównywać tę sytuację z podobnym wydarzeniem w Polsce, gdyż od dawna nikt nie chciał ograniczać praw mniejszości ukraińskiej do nauki w języku ojczystym czy zamykać ukraińskich szkół. Ciężko to sobie nawet wyobrazić. Gdy jednak w roku 2009 zarząd Telewizji Polskiej podjął decyzję o zaprzestaniu emisji ogólnopolskiego programu w języku ukraińskim „Telenowyny”, ostro zaprotestował Związek Ukraińców w Polsce. Rozpoczął następnie zbieranie podpisów pod apelem w tej sprawie, który podpisało 54 ówczesnych posłów na Sejm RP oraz wielu znanych przedstawicieli świata kultury, nauki, organizacji pozarządowych. Z apelem do władz TVP w tej sprawie wystąpiła też m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka i sejmowa komisja mniejszości narodowych. Zwrócono się nawet do Rady Europy. Protest okazał się skuteczny i „Telenowyny” nie zostały zlikwidowane.

Dość podobna sytuacja, jeżeli chodzi o formę działania, miała miejsce, gdy w roku 2016 mniejszość ukraińska w Polsce nie otrzymała budżetowego wsparcia na organizację obchodów 70. rocznicy operacji „Wisła”. Po nagłośnieniu sprawy przez ZUwP, napisały o tym niemal wszystkie media, Polska Agencja Prasowa przytoczyła słowa Piotra Tymy, że „odmowa przeczy idei polsko-ukraińskiego pojednania”. Kolejny etapem był apel o finansową pomoc w przeprowadzeniu obchodów społecznych, podpisany przez kilkadziesiąt osób, polityków, dziennikarzy, ludzi kultury, jak Adam Michnik, Krystyna Janda, Agnieszka Holland, Paweł Kowal, Radosław Sikorski.

Z braku decyzji o dofinansowaniu tłumaczyć się musiał na posiedzeniu Sejmu RP sam szef MSWiA Mariusz Błaszczak. „Nie znam wypadku, żeby rząd ukraiński finansował miejsce upamiętnienia rzezi wołyńskiej” – mówił. I rzeczywiście, rząd w Kijowie nie finansuje ani upamiętnień, ani obchodów, ani de facto żadnej działalności organizacji mniejszości polskiej na Ukrainie, która mogłaby jedynie marzyć o takim zainteresowaniu obchodami jakieś ważnej dla siebie rocznicy, czy podobnym apelu ukraińskich intelektualistów.

Odnotujmy jednocześnie, że w Polsce ze środków MSWiA corocznie organizacjom mniejszości ukraińskiej udzielane jest wsparcie w wysokości ponad 2 mln złotych.

Podobne w formie apele, jak opisywane wyżej, podpisywane zresztą przez te same osoby pojawiały się w Polsce częściej. Zawsze przy okazji konfliktów bądź napięć w relacjach polsko-ukraińskich. I tak, po uchwaleniu przez Sejm nowelizacji ustawy o IPN w roku 2017, działająca przy Fundacji Batorego Grupa Polsko-Ukraińskiego Dialogu wydała apel stwierdzający, że może to fatalnie wpłynąć na nasze relacje z Ukrainą. „Ryzykujemy utratę dorobku dobrosąsiedzkich stosunków ostatniego ćwierćwiecza i sympatii do Polski w ukraińskim społeczeństwie” – napisano. Apel zawierał także wezwanie do jak najszybszego usunięcia z ustawy o IPN konfliktogennych sformułowań, czyli tych które nie podobały się stronie ukraińskiej. Podpisali go m.in. byli wiceministrowie spraw zagranicznych w rządach PiS i PO Paweł Kowal i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Czy były tego typu inicjatywy u naszych sąsiadów? Owszem, pojawiały się tam pojedyncze głosy krytyki pod adresem polityki historycznej prowadzonej przez byłego już dyrektora Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza. Ze strony na przykład prof. Jarosława Hrycaka czy redaktora naczelnego portalu Zaxid.net Wasyla Rasewycza. Trudno jednak porównać to z apelem byłych wysokich urzędników państwowych o zmianę prawa na korzyść strony ukraińskiej.

„Miłośnicy Ukrainy”

Podobną asymetrię można zaobserwować w stosunkach międzypaństwowych. Do rangi symbolu urosło utworzenie dwustronnego Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa, które miało ożywić dialog między oboma społeczeństwami oraz „umocnić zbliżenie i pojednanie obu narodów”. Zgodnie z umową, oba kraje miały powołać swoją jej część. Przewodniczącym polskiej został Jan Malicki, wpływowy kierownik Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, który już podczas uroczystej inauguracji podkreślił, że wszyscy polscy członkowie Forum są „miłośnikami Ukrainy”.

W skład drugiej, ukraińskiej grupy, weszli m.in. ówczesny szef UIPN Wołodymyr Wjatrowycz, którego chyba nawet skrajny ukrainofil nie odważy się nazwać „miłośnikiem Polski” oraz jego były zastępca Ołeksandr Zinczenko, krytykujący uznanie rzezi wołyńskiej za ludobójstwo i nazywający „kretynizmem” plany penalizacji banderyzmu w Polsce. Przewodniczącym został zaś uważany za liberała Witalij Portnikow. Niedługo po powołaniu w wywiadzie dla PAP oznajmił, że Polacy powinni zrozumieć stosunek Ukraińców do UPA. Pół roku później, rozczarowany widać tym brakiem zrozumienia, nazwał polskich przywódców „kapryśnymi małymi dziećmi, bezpowrotnie tkwiącymi w przeszłości i nie rozumiejącymi logiki współczesnego świata”. Portnikow znany jest z kwiecistego języka i częstej zmiany poglądów. Czy jest jednak „miłośnikiem Polski”?

Inny kuriozalnym działaniem jest delegowanie jako polskich przedstawicieli na Ukrainie osób o skrajnie proukraińskim nastawieniu. Najbardziej ewidentnym przypadkiem była osoba Jana Piekło, przez 3 lata pełniącego funkcję ambasadora RP w Kijowie. Dziś wysyłamy podobnego kalibru urzędnika na prezesa Instytutu Polskiego w Kijowie.

Czyż należy się zatem dziwić, że dyplomacja kolejnych rządów III RP nie była w stanie prowadzić asertywnej polityki, budować ośrodków wpływu, „polskiej partii” na Ukrainie, wspierać polskiej obecności gospodarczej na Ukrainie.

Parafrazując Stanisława Cata-Mackiewicza, jeżeli w polskiej delegacji na rozmowy ze stroną ukraińską mamy jednego „miłośnika Ukrainy”, może to być odebrane jako dowód naszej tolerancji. Jeśli jednak w jej skład wchodzą sami „miłośnicy”, będzie to świadczyć o tym, że jesteśmy nieudacznikami.

Bilans

Po niemal trzech dekadach wzajemnych stosunków, Polska nie posiada żadnego silnego środowiska, które prezentowałoby na Ukrainie polski punkt widzenia lub choćby wyrozumiałość wobec polskiego stanowiska. Nawet tak zwane ukraińskie liberalne elity, które przez lata firmowano w Polsce, zapraszano na konferencje, fundowano stypendia, albo milczą na temat Wołynia albo firmują oficjalną narrację o wojnie polsko-ukraińskiej i symetrii win.

Nie jesteśmy w stanie wymóc na ukraińskich władzach ustępstw nie tylko zresztą w kwestiach historycznych czy polityce wobec mniejszości. Podobnie jest w kwestiach gospodarczych, wobec oligarchów zazdrośnie strzegących dostępu do własnego rynku dla zagranicznej konkurencji. Przyznał to niedawno wprost obecny ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki w artykule opublikowanym na portalu „Ukraińska Prawda”.

„Polscy eksporterzy coraz częściej spotykają się z nieuzasadnionymi ograniczeniami, a polskie firmy padają ofiarą rosnącej liczby środków antydumpingowych oraz tak zwanych ochronnych. (…) w warunkach ukraińskich postępowania ochronne są często wszczynane na podstawie wątpliwych przesłanek i służą do eliminacji konkurencji. W wyniku takich działań na towary z zagranicy nakładane są cła lub ograniczenia ilościowe. (…) Niestety Ukraina od lat prowadzi politykę protekcjonistyczną. (…) Trudno oczekiwać większego otwarcia rynku od zachodnich partnerów, gdy Kijów ogranicza swobodną konkurencję na własnym rynku i sztucznie blokuje import” – napisał ambasador.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Czy jednak taka forma niesymetrycznego „strategicznego partnerstwa” i „pojednania polsko-ukraińskiego” martwi elity polityczne? Wydaje się, że wręcz przeciwnie, uznawane jest to za coś naturalnego i pożądanego. Przecież jak napisał wpływowy polityk rządzącej obecnie partii Prawo i Sprawiedliwość Ryszard Czarnecki: „Polska wciąż jest największym adwokatem i ambasadorem Ukrainy na arenie międzynarodowej. Nie stawia żadnych warunków wstępnych, gdyż dla Polski Ukraina ma charakter strategiczny”.

Trudno więc się dziwić. Jeżeli partnerowi nie stawia się warunków, nie zabiega o własne interesy, dodatkowo to podkreślając, o interesy te nie ma kto zadbać. Ideologiczne formułki wygłaszane przy każdej okazji tylko upewniają ukraińskie elity, że poparcie Polski i tak mają. Nie muszą o nie przy kolejnych okazjach zabiegać, co zawsze wiązałoby się z koniecznością poczynienia jakiś ustępstw. A przynajmniej dbaniem o to, by nie naruszać interesów pożądanego partnera.

Często dziś, przy różnych okazjach, porównujemy nasz kraj z Ukrainą. Jesteśmy bogatsi, oni przyjeżdżają do nas do pracy a nie my do nich. Pod jednym względem to jednak Kijów ma przewagę. Dysponuje nad Wisłą potężnym lobby. O sprawach dla niego istotnych dyskutuje się w polskim Sejmie, mówi i pisze w największych mediach. W efekcie, często decyzje, które później zapadają, są korzystne dla strony ukraińskiej.

Dodać do tego należy asertywne, a często otwarcie konfrontacyjne wobec polskiej narracji środowisko ukraińskiej mniejszości narodowej w Polsce. Bogate dotacjami budżetowymi i dobrze zorganizowane. Gdy tymczasem polska mniejszość nie tylko żadnej asertywności nie przejawia, ale wręcz abdykuje z prowadzenia jakiejkolwiek własnej działalności publicznej na Ukrainie. Nie tylko zresztą w kwestiach historycznych, ale jakichkolwiek innych. Nie wypowiada się na tematy publiczne, nie występuje otwarcie o wsparcie swojej działalności z ukraińskiego budżetu, nie zabiera głosu w obronie swoich praw lub za ich rozszerzeniem.

Oczywiście, powie ktoś, lobby to nie powstało z inicjatywy Kijowa, a ludzie wspierający Ukrainę w Polsce robią to z wewnętrznego przekonania, z własnej inicjatywy. Tym niemniej, jego istnienie jest realną wartością dla państwa ukraińskiego, przewagą, której my nie mamy.

Tomasz Rola




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    franciszekk :

    Wymowny cytat „Szczerze mówiąc, jestem zszokowana, że urodziliśmy się na Ukrainie, ale tracimy naszą godność. Ja sama mam polskie korzenie, jednak urodziłam się na Ukrainie i jestem Ukrainką i zdecydowanie uważam, że takie rzeczy, jak opisane w tym artykule, są w naszym kraju nie do przyjęcia. Będziemy domagać się kontroli we wszystkich szkołach tego typu” – napisała Janko.
    Dlatego w imię tzw. „przyjaźni” polsko – ukraińskiej w rozumieniu cywilizacji turańskiej (prof. Feliks Koneczny – Cywilizacje) Rada Miasta Lwowa powiesiła na elewacji „polskiej” szkoły we Lwowie popiersie jednego z najbardziej krwawych rzeźników cywilnej polskiej ludności z II wojny światowej!
    Nawet hitlerowcy i sowieci aż tak okrutnych i zwyrodniałych rzeźi zwłaszcza na: kobietach, dzieciach, niemowlętach, starcach w czasie II wojny światowej nie robili!
    Dowód okazywania chorej przyjaźni z cywilizacji turańskiej – patrz poniżej:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Szko%C5%82a_%C5%9Arednia_nr_10_we_Lwowie