Konieczność „spłacania” środków z Polski coraz gorzej wyglądającymi przejawami serwilizmu jest patologią, której utrzymywanie leży w interesie wielu osób po obydwu stronach polsko-litewskiej granicy, a zapewne i na całych Kresach. Najgorsze jest jednak to, że grantojedy występują w Polsce w imieniu wilniuków, zapewniając nad Wisłą, że rządy Rzeczypospolitej istotnie dbają o Kresowian. Grantojedy faktycznie po takich zastrzykach gotówki nie mogą narzekać, jednak polskość na Kresach wciąż się cofa, a zachwalanie polskich rządów przez „zawodowych Kresowian” nie jest w stanie tego procesu odwrócić.

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi – pisał Ignacy Krasicki, polski poeta, biskup warmiński, mający także szerokie związki z ziemiami kresowymi Rzeczypospolitej. Trudno jednak zastosować ten cytat z biskupa do jednej z wileńskich gazet mieniącej się głosem Polaków z Litwy. Od kilku lat staje się ona trybuną dla poglądów szkodliwych, a wręcz skrajnie niedopuszczalnych z polskiego punktu widzenia. Jest to zresztą część szerszego zjawiska, które polega na odpłacaniu się władzom w Warszawie antykresową propagandą przez polskie środowiska na Wschodzie. Głównie dlatego, żeby zachować płynność finansową, choć nie brakuje także autentycznych zwolenników takich poglądów na łamach tamtejszych polskich mediów. Kresowianie z urodzenia, ale i coraz częściej także „z zawodu”, stają się tym samym – by posłużyć się rosyjskim określeniem – grantojedami – ludźmi konsumującymi granty, z tych grantów w dużej mierze funkcjonującymi, z których działalności jednak często wynika niewiele dobrego.

Kresowy Przegląd Tygodnia

Zgoda RODO: Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez FUNDACJA KOMPANIA KRESOWA, ul. Gen. Władysława Sikorskiego 166 / 0.03, 18-400 Łomża moich danych osobowych przesłanych w niniejszym formularzu w celu otrzymywania informacji drogą elektroniczną.
Możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie, klikając link w stopce naszych e-maili.

Usprawiedliwianie agresji?

I tak, „Kurier Wileński”, bo o nim w tym wypadku mowa, publikuje 7 października 2021 roku tekst o jakże „istotnym” wydarzeniu z punktu widzenia miejscowej polskości pt. „7 października 1988 roku flagę Litwy wywieszono na wieży Giedymina”. Oczywiście, informacyjny walor artykułu jest czymś cennym. Jednak, jak czytamy w tekście:

„Litewska flaga po raz pierwszy w Wilnie została wywieszona w 1918 r. Początkowo przy siedzibie Taryby. 1 stycznia 1919 r. komendant wojskowy Wilna Kazys Škirpa wraz z towarzyszami powiesił trójkolorową flagę na baszcie Giedymina. Nie wiadomo, jak długo flaga powiewała nad Wilnem. Później na baszcie flaga została zawieszona 26 sierpnia 1920 r. Tym razem dotrwała do października, kiedy Wilno zostało zajęte przez oddziały Lucjana Żeligowskiego. Trzeci raz na wieży Giedymina zawisła 29 października 1939 r., kiedy Wilno powróciło do Litwy” – pisze autor „KW” Antoni Radczenko. 

W ten właśnie sposób publicysta „Kuriera Wileńskiego” nazywa rozpoczęcie litewskiej okupacji Wilna w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow. Międzynarodowo uznane terytorium Rzeczypospolitej rzekomo „wróciło” do Litwy – państwa proklamowanego ledwie w roku 1918, które i tak częściowo zajęło ziemie licznie zamieszkiwane przez Polaków, jak na przykład Kowno i Lauda, ale też rościło sobie pretensje do innych obszarów, których ludność chciała należeć do odradzającej się po 123 latach Polski. Czy takie fałszywe i antypolskie interpretowanie wydarzeń historycznych w ogóle powinno mieć miejsce na łamach medium skierowanego nie tylko do Polaków na Litwie, ale do Polaków mieszkających gdziekolwiek na świecie? Skoro Wilno rzekomo do Litwy „wróciło”, to co stoi na przeszkodzie, by mówić dziś o „spolonizowanych Litwinach”, „polskiej okupacji” i t. p.?

Aborcja, LGBT i wpływy Kremla w Twojej lodówce

Wątpliwości budzi także sama obecność autora tekstu na łamach polskiej gazety na Litwie. Jak dowiadujemy się ze strony „KW”, Radczenko zaczął regularnie publikować na łamach „Kuriera od 2019 roku, po blisko 10-letniej przerwie. Tymczasem, w przeszłości brał on udział w „Paradzie Równości”, z kolei 2007 roku miał on przyznać się na swoim blogu do sympatyzowania z anarchizmem, pisząc:

„Mój program i moje postulaty w żadnym wypadku nie są sprzeczne z anarchizmem” – twierdził Antoni Radczenko.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia

Innym bywalcem wspomnianych parad, a zarazem publicystą „Magazynu Kurier Wileński” jest brat Antoniego Radczenki – Aleksander. W wywiadzie dla rosyjskojęzycznej wersji portalu Delfi.lt z maja 2018 roku Aleksander Radczenko podzielił się osobliwą uwagą, że „na Litwie nie ma państwowej dyskryminacji mniejszości”. Z kolei w roku 2017 był on entuzjastą usunięcia wizerunku Kaplicy Ostrobramskiej z nowych wzorów polskich paszportów. Inne wypowiedzi Aleksandra Radczenki świadczą z kolei o jego wyraźnym przewrażliwieniu na punkcie praw mniejszości seksualnych i – tu nie będzie zaskoczenia – utożsamianie sprzeciwu wobec agendy LGBT z popieraniem Kremla. Oczywiście, Radczence wszystko się kojarzy z Kremlem – planowana w roku 2016 roku konferencja naukowa o Polskim Kraju-Narodowo Terytorialnym w Sejmie według Radczenki miała dotyczyć… „promoskiewskich separatystów”.

Oczywiście, Radczenko jest też mistrzem w kreowaniu się na ofiarę, gdy mu się to opłaci. Jedna z interpelacji poselskich w Sejmie RP dotycząca zasad finansowania polskich mediów na Litwie to dla niego… niszczenie tych mediów. Szkodliwa działalność Aleksandra Radczenki została już kiedyś szerzej podsumowana, zatem można mówić o systematycznym szkodzeniu przez niego sprawie polskiej na Litwie i nie tylko na Litwie.

Jednocześnie Aleksander Radczenko posuwał się w swoich artykułach do tak daleko idących insynuacji, że pozwalał sobie na porównywanie swych oponentów do zabójców setek ludzi, przy okazji walcząc oczywiście z urojoną przez niego homofobią i wpływami Kremla:

„Jednak najgorsze jest to, że takie — prorosyjskie bądź prokremlowskie — zachowania są pośrednio publicznie sankcjonowane przez niektórych działaczy polskiej wspólnoty na Litwie o mentalności Andreasa Lubitza. Wstążki gieorgijewskie, powtarzanie tez antymajdanowskiej czy antylitewskiej propagandy, homofobia, eurosceptycyzm, współpraca z mediami rosyjskojęzycznymi kosztem polskojęzycznych, zawieranie sojuszy z działaczami rosyjskimi, których VSD bez owijania w bawełnę nazywa prokremlowskimi i ich wprowadzanie do polityki tak lokalnej jak i ogólnokrajowej, wszystko to mieści się w ramach narzucanej przez Kreml dychotomicznej narracji” – pisał Radczenko, wspominając Andreasa Lubitza, pilota-samobójcę, który umyślnie rozbijając samolot we francuskich Alpach, doprowadził do śmierci swojej oraz pozostałych 149 osób na pokładzie.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Zestaw publicystów „Kuriera Wileńskiego” odbijających w lewą stronę uzupełnia Ewelina Mokrzecka. Jest ona znana z lewicowych poglądów, popiera „wolny wybór” w sprawie aborcji i „prawa” LGBT. W 2020 roku wraz z Antonim Radczenko poparła „Strajk Kobiet”. W 2019 roku Mokrzecka porównała z kolei paradę LGBT do… parad polskości:

„Poprzez swoją obecność – mówię tu tylko i wyłącznie w swoim imieniu – wyrażam wsparcie dla moich przyjaciół. Przykro mi, że ich prawa nie są w pełni respektowane. Nie godzę się z tym. Bo czym się różni marsz polskości, który był w maju od parady równości? Każda z tych grup się czegoś domaga. Manifestuje swoją inność i jest z niej dumna. Tolerancja i akceptacja różnorodności są podstawą funkcjonowania społeczeństwa” – mówiła.

Redakcji „Kuriera Wileńskiego” należy także „pogratulować” kolejnego z publicystów. Zwolennik „wolnego wyboru” w kwestii aborcji i praw tzw. mniejszości seksualnych, wszędzie widzący wpływy Kremla, czyli następny z autorów, których można opisać na zasadzie kopiuj-wklej z tego, co już napisano o wyżej wymienionych. Zbędne jest więc nawet podawanie jego nazwiska. Kto jest jednak gotów się w tym nurzać, niech na własną odpowiedzialność wejdzie w jeden z linków z hiperłączy. 

„Międzymorzanizm” po trupie wilniuków

Innym kuriozum jest lansowanie przez „Kurier Wileński” człowieka, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest sprzymierzeńcem sprawy kresowej. Piotr Chlebowicz, bo o nim mowa, może oczywiście całe życie występować w charakterze autorytetu ze względu na walkę z sowieckim zniewoleniem Polski – za co chwała mu. Szkoda tylko, że podobnych praw, którymi dysponują Koroniarze, odmawiał on własnym rodakom na Wileńszczyźnie. Chlebowicz znany jest z prób torpedowania polskiej autonomii na Wileńszczyźnie, którą usilnie sprowadza on zresztą do starań o powołanie autonomii pod kuratelą sowiecką przez Aniceta Brodawskiego i Jana Ciechanowicza, choć doskonale wiadomo, że wiodącą ideą była autonomia Wileńszczyzny w składzie niepodległej Litwy. Oddajmy głos ekspertce, badaczce tematu pochodzącej z Ejszyszek:

„Nie znalazłam bezpośrednich dowodów na to, że idea autonomii była produktem stricte radzieckim” – mówiła dr Barbara Jundo-Kaliszewska dla portalu zw.lt, znanego skądinąd z ugodowej linii wobec władz Litwy. „Koncepcja autonomii narodowościowej, jako sposób na rozwiązywanie problemów mniejszości narodowych w państwach niejednolitych etnicznie, pojawiła się w europejskiej myśli politycznej już w XIX wieku, wraz z rozwojem procesów narodotwórczych i wzrostem aspiracji narodów zależnych w naszej części Europy. Przecież wszystkie konstytucje międzywojennej Litwy (podobnie jak konstytucja ZSRR) uwzględniały możliwość tworzenia autonomii narodowościowej” – dodawała naukowiec z Wileńszczyzny.

Kim wobec tego jest Chlebowicz i co właściwie robi on na łamach gazety skierowanej do Polaków na Litwie?

Co więcej, jednym z zadań, jakie Chlebowicz sobie wyznaczał, jest obrona kresowego dziedzictwa przed… szowinistycznymi zapędami w Polsce:

„Można oczywiście krzyczeć „Wilno nasze”, ale ja wolę patrzeć na wspólne dobro historyczne wszystkich narodów, które żyły razem w I Rzeczypospolitej. To nasze piękne dziedzictwo, którego należy bronić przed szowinistycznymi zapędami, tak w Polsce, jak na Litwie, Ukrainie czy Białorusi” – mówił w wywiadzie dla „KW”, tym samym, w którym manipulował on w sprawie polskiej autonomii Wileńszczyzny.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Chlebowicz uzupełnia zresztą zestaw autorów „KW”, którzy wpływy Kremla widzą nawet we własnej lodówce. A nietrudno zauważyć, iż obsesje te, wraz z całą mitologią „Międzymorza” i lukrowaniem stosunków polsko-litewskich, są dla polskiej społeczności Wileńszczyzny wyjątkowo szkodliwe. Tak jak i szkodliwi okazują się różni „legendarni opozycjoniści” bądź „eksperci ds. wschodnich” z Polski i ich tzw. dobre rady udzielane wilniukom.

Na garnuszku polskich rządzących

Należy wreszcie wspomnieć o publicyście „Kuriera Wileńskiego” i redaktorze naczelnym „Magazynu Kurier Wileński” (którego gros tekstów powstaje zresztą w Polsce i które tworzą obywatele Polski). Jest on niezwykle zapracowanym człowiekiem. Trudno właściwie zliczyć inicjatywy, w które się angażował. W 2014 roku miał on startować do Parlamentu Europejskiego z list partii Ruch Narodowy, w 2015 z kolei z list koalicji Akcji Wyborczej Polaków i Aliansu Rosjan – „Blok Waldemara Tomaszewskiego” do parlamentu Litwy. W marcu 2019 roku w wyborach samorządowych na mera Wilna z mikro-komitetu wyborczego „Wileński Niedźwiedź” (otrzymał jedyne 880 głosów), co zresztą suflowały mu Kluby „Gazety Polskiej” na zjeździe w Sulejowie.

Rajmund Klonowski, bo o nim mowa, jest również sam członkiem wileńskiego Klubu „Gazety Polskiej”, ponadto działaczem Instytutu Myśli Schumana, przedstawiany jest też jako organizator biegu poświęconego członkom polskiego powojennego podziemia antykomunistycznego – Żołnierzom Wyklętym, którzy według niego mają rzekomo łączyć Polaków i Litwinów. Poza tym, Rajmunda Klonowskiego pełno w różnych mediach w Polsce i na Litwie, gdzie udziela się jako komentator.

Tymczasem, przynajmniej część emitowanych przez Klonowskiego treści podyktowana jest wyraźną chęcią przypodobania się partii rządzącej w Polsce. Jak czytamy na portalu MediaNarodowe.com, w czerwcu 2018 roku na antenie Telewizji Republika Rajmund Klonowski chwalił ambasador RP w Wilnie Urszulę Doroszewską. Według Klonowskiego obecna przedstawicielka Polski na Litwie „o Polskę i polskość zawsze walczyła”.

Nie jest to jednak prawda. W październiku 2017 roku Doroszewska zaakceptowała dyskryminacyjną ustawę oświatową, w maju 2018 roku zignorowała ona Paradę Polskości w Wilnie, z kolei w czerwcu 2018 roku Doroszewska wprost przyznała się do inspiracji Jerzym Giedroyciem. Tymczasem według Rajmunda Klonowskiego ktoś taki „zawsze walczył o polskość”, co w świetle podejścia Doroszewskiej do polskości na Litwie jest zwyczajnym kłamstwem.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Ponadto w swojej niezbyt skomplikowanej publicystyce Klonowski zwalcza również „totalitarne Chiny”, gromi Rosję za rzekomą współpracę z afgańskimi talibami, a nawet zarzuca jej „grożenie światu wojną”. Na takie oderwane od rzeczywistości diagnozy, zgodne jednak z oczekiwaniami partii rządzącej w Polsce – naiwnie zapatrzonej w USA – można zareagować pustym śmiechem, szczególnie gdy z „totalitarnymi” Chinami chce robić interesy niemal cały świat, a Rosja i USA potrafiły ostatnio pójść ręka w rękę w sprawie Nord Stream 2, czyli jednej z najbardziej fundamentalnych dla polskich interesów.

Gorzej jednak, że Klonowski potrafi zupełnie wbrew faktom chwalić rzekomą „nową jakość relacji między Polską a Litwą”, co uczynił w lutym 2018 roku, choć jeszcze w lipcu 2017 roku stwierdzał, że na Litwie „żaden z polskich problemów nie został rozwiązany”. We wrześniu 2017 roku natomiast pisał już, że Litwie „jak nigdy zależy na dobrych relacjach z Polską”. Na jakiej podstawie Klonowski tak twierdzi i skąd ten entuzjazm dla polityki wschodniej polskiego rządu, skoro dla wilniuków nic się do dziś nie zmieniło – chyba że na gorsze? Dlaczego właściwie w tak krótkim czasie potrafi zaprzeczyć sobie samemu tyle razy? Co takiego wydarzyło się w relacjach polsko-litewskich między lipcem a wrześniem 2017 roku, że Klonowski zmienił swoje zapatrywania na sytuację polskiej mniejszości na Litwie o 180 stopni?

Fot. koistory.com

Fot. koistory.com

Nie ulega żadnej wątpliwości, że „Kurier Wileński” wziął na siebie rolę żyranta i pasa transmisyjnego polityki wschodniej, w tym polityki polonijnej polskiego rządu. Warto zaznaczyć, że w ramach grantu z Polski od Kancelarii Prezesa Rady Ministrów „Kurier Wileński” otrzymał łącznie ponad 1 mln 620 tys. złotych na lata 2021-2022. Prawdopodobnie także dlatego na łamach „KW” można przeczytać tak głupie artykuły jak chociażby „Związek Polaków na Litwie pluje w twarz aresztowanym. Kto podpisał „specyficzne” oświadczenie?”, który jest marnej jakości paszkwilem na ZPL. Związek jest zresztą obiektem niewybrednego ataku władz Polski i polskich rządowych fundacji, rzekomo mających „pomagać” Polakom na Kresach.

Tymczasem, z maili które wyciekły ze skrzynki polskiego ministra Michała Dworczyka, wyłania się obraz zwykłych kanalii zarządzających środkami polonijnymi – osób podżegających kresowych działaczy do tzw. kreatywnej księgowości i następnie wykorzystujących ten fakt do składania donosów do polskiej prokuratury. Sam Dworczyk nazwać miał te osoby „debilami” i „obłudnikami”, a mowa jest właśnie o tych ludziach, którym „Kurier Wileński” zawdzięcza hojne finansowanie z Polski poprzez granty.

Metoda „na Kresowiaka”

Na „Kurierze Wileńskim” jednak patologiczne relacje na linii władze w Warszawie – media polskojęzyczne na Wschodzie się nie kończą. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów poprzez Fundację Wolność i Demokracja wspiera między innymi ukraiński polskojęzyczny portal Jagiellonia.org, który zarzuca Romanowi Dmowskiemu odpowiedzialność za ludobójstwo Polaków w ZSRR (sic!).

Tajemnicą poliszynela jest mikroskopijna popularność mediów ukazujących się w języku polskim wśród samych Polaków na Kresach, czego przykładem jest chociażby Białoruś – wśród tamtejszych ankietowanych młodych Polaków polskie media czyta 1 (słownie: JEDEN) procent respondentów. Wyniki są znane niżej podpisanemu jako współautorowi badania, zaś końcowe dane ma podać wkrótce do publicznej wiadomości Fundacja Młode Kresy w stosownej publikacji. Tymczasem, można przy tym wszystkim odnieść wrażenie, że z perspektywy Warszawy głównym zadaniem utrzymywania mediów polskich na Wschodzie są etaty i stałe źródło finansowania dla tych z redaktorów, którzy dobrze żyją z polską władzą.

Niektórych „zawodowych Kresowian” nie opuszcza przy tym specyficzne poczucie humoru. Jerzy Wójcicki z ukraińskiej Winnicy, także będący beneficjentem środków z Polski na media na Wschodzie, urządził sobie niegdyś koncert życzeń w związku z nie dość banderofilską postawą portalu Kresy.pl:

„Polacy z Ukrainy oczekują od Polski (…) poddania krytyce tych polskich mediów (w tym Kresy.pl), które żerują na tematyce banderowskiej i odradzają Polakom w kraju udzielania pomocy rodakom i Ukraińcom” – mówił z właściwym sobie wdziękiem Wójcicki. Przy okazji Wójcicki oczywiście kłamie, bo stanowisko portalu od początku rozróżniało interes zrewoltowanych na Majdanie Ukraińców oraz tamtejszych mniejszości narodowych, w tym Polaków.

Niestety, Polacy w kraju nie byli w stanie zadośćuczynić prośbie Wójcickiego i „żerowanie na tematyce banderowskiej” stało się nad Wisłą zjawiskiem dość powszechnym. Pozostaje jednak żałować, że powszechne nie jest z kolei oczekiwanie Polaków z kraju, by niektórzy obywatele Ukrainy nie używali swojego polskiego pochodzenia jako narzędzia do wciągania naszego kraju w swoje patriotyczne ukraińskie uniesienia, każąc jeszcze sobie za nie płacić.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Wracając jednakże do „KW” – konieczność „spłacania” środków z Polski coraz gorzej wyglądającymi przejawami serwilizmu to również ta z patologii, której utrzymywanie jest w interesie wielu osób po obydwu stronach polsko-litewskiej granicy, a zapewne i na całych Kresach. Najgorsze jest jednak to, że grantojedy występują w Polsce w imieniu wilniuków, zapewniając nad Wisłą, że rządy Rzeczypospolitej istotnie dbają o Kresowian.

Grantojedy faktycznie po takich zastrzykach gotówki nie mogą narzekać, jednak polskość na Kresach wciąż się cofa, a zachwalanie polskich rządów przez „zawodowych Kresowian” nie jest w stanie tego procesu odwrócić. Zmiana tego trendu zależy więc także od reformy sposobu finansowania polskich mediów na Kresach, o czym trzeba zacząć głośno mówić. „Kurier Wileński” zaś, choć rubla zarobił, to cnotę już dawno stracił. Zaś co do innych z mediów na Wschodzie, to wiele z nich cnotą nigdy nawet specjalnie nie grzeszyło.

Marcin Skalski

Czytaj kolejny artykuł
2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. mariusz67
    mariusz67 :

    Kurier Klonowskich dostaje z PL miliony od pewnego czasu i już widać jak się „wypaczył” czyli realizuje zamówienia z Warszawy i odpłaca za granty. Zaś radio ZW Okinczyca miliony bierze od dawna, zresztą i z Warszawy i z Wilna – bo promując asymilację tak naprawdę wzywa do wynarodowienia Wilniuków-Polaków. Nie ma przypadku, że Radcenko czy Mokrzecka (desant od Michnika z Wyborczej) zamiennie pracują a to w radio ZW a to w Kurierze, czyli wszędzie tam gdzie aktualnie są potrzebni do szerzenia propagandy.

  2. arczi
    arczi :

    Skandal, że z pieniędzy polskiego podatnika wielkimi grantami wspiera się antykresowe czyli antypolskie media. Ktoś o tym decyduje i za to odpowiada. Duża część pieniędzy idzie za pośrednictwem fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie (Falkowski, Dzięciołowski) czy Gazety Polskiej (Sakiewicz). Czy ktoś ich rozliczy???