Warto podkreślić, że „wyrzekanie się polskości kresów” jest po prostu synonimem wyrzekania się polskości. Jeśli nie mam żadnych obowiązków wobec tego dziedzictwa oraz Rodaków tam pozostających, to co innego czyni mnie Polakiem? Co odróżnia mnie wówczas od Piotra Tymy czy Jana Hartmana? – pisze Marcin Skalski.

Od czasu do czasu w polskiej przestrzeni informacyjno-medialnej pojawić się musi tekst, który przypomina nam, że głównym problemem w stosunkach z Ukrainą nie jest wcale Szuchewycz czy Bandera. Trudności w formułowaniu, bo już nawet nie egzekwowaniu polskiego interesu narodowego w relacjach z Kijowem nastręcza nam raz po raz pojawiające się rozmywanie podziału na to, co swoje, a co obce. Tylko w warunkach utraty wyczucia tego, jak daleko może się posunąć wyrozumiałość wobec Ukraińców, mógł powstać tekst o tytule „Kult morderców Polaków nie jest antypolski”.



Choć konkurencja w Polsce jest wyjątkowo mocna, to Maciej Pieczyński z „Do Rzeczy” prawdopodobnie wyznaczył dolną granicę poniżenia się przed naszym wschodnim sąsiadem. Autor wspomnianego tekstu polemizuje z Anną Piotrowską, która artykuł swój na łamach portalu DoRzeczy.pl zatytułowała z kolei: „Kult zbrodniarzy na Ukrainie. Fiasko polskiej polityki wschodniej”.

„Wyrzekliśmy się polskości Kresów Wschodnich, ofiary ludobójstwa na Wołyniu skazaliśmy na zapomnienie” – pisze Anna Piotrowska. Maciej Pieczyński postanowił w sposób nieuczciwy ułatwić sobie zadanie, sugerując, jakoby jego redakcyjna koleżanka wzywała do rewizji granic. Manipulacją jest wobec tego zawarcie jakoby polemicznej frazy przez Pieczyńskiego:

„Pierwsza uwaga: może zabrzmi to brutalnie, ale Lwów, Iwano-Frankowsk (dawniej Stanisławów) i Tarnopol to są dziś miasta ukraińskie. I nie widać żadnych możliwości, aby ten stan rzeczy zmienić. To nie jest kwestia politycznej poprawności, ale politycznego pragmatyzmu” – pisze autor portalu DoRzeczy.pl.

Oczywiście, że Lwów, Iwano-Frankowsk i Tarnopol to dziś są miasta ukraińskie – tylko kto twierdzi, że pod względem przynależności państwowej jest inaczej? Niestety, akurat tu Pieczyński ma rację. Oczywistym jest jednak także fakt – którego pomijanie przez klasę polityczną Anna Piotrowska zdiagnozowała jako „wyrzeczenie się polskości Kresów Wschodnich” – iż Lwów, Stanisławów, Tarnopol czy też Winnica, Berdyczów i Żytomierz to są po prostu polskie miasta, tak jak Kraków, Warszawa czy Wrocław. Wspomniane ośrodki znajdują się wprawdzie poza granicami państwa polskiego, jednak nie zmienia to zasadniczego faktu, że do tegoż państwa należały one przez stulecia, zatem do dziś nie jeden kamień mówi tam po polsku, a nade wszystko – są tam wciąż nasi rodacy, należący do tej samej co my tutaj nad Wisłą, Wartą czy Odrą wspólnoty politycznej, wspólnoty wzajemnej solidarności, wspólnoty pamięci i tożsamości. Wszystkie te miejsca mają z Polską znacznie więcej wspólnego, niż chociażby Krym z Ukrainą. Dziś jest to półwysep rosyjski. I nie widać żadnych możliwości, aby ten stan rzeczy zmienić – można by sparafrazować Pieczyńskiego. Nie ma jednak sensu tego robić o tyle, że zainteresowanie Półwyspem Krymskim ograniczyć należy do przyglądania się położeniu tamtejszej wspólnoty rzymskokatolickiej i osób przyznających się do polskości. Niemniej – polskość Lwowa i pozostałych miast nie ulega w takim rozumieniu przedawnieniu, dlatego rację ma Anna Piotrowska, która pisze o wyrzeczeniu się polskości tych ziem. Odwrócenie tego stanu rzeczy nie jest synonimem rewizji granic, gdyż z uwagi na ukraińskie zbrodnie i powojenne deportacje nie ma tam wystarczającej liczby Polaków, by mogli oni stanowić bazę i zaplecze dla państwa polskiego. I nad tym należy ubolewać, a nie rozpoczynać datowanie historii Polski od 1945, czyli od utraty Kresów Wschodnich.

Dalej Pieczyński pisze:

„Jeśli Rosja ledwo sobie radzi z okupacją Krymu i Donbasu, zmagając się z zachodnimi sankcjami, to tym bardziej Polski nie stać na to, by „wrócić” na kresy […] Ewentualny „powrót” na te ziemie oznaczałby wojnę domową z walczącymi o niepodległość Ukraińcami. Oczywiście, to tylko daleko idące imperialne dywagacje – bo przecież potępiamy Putina i jego imperialne zapędy, prawda?” – czytamy.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Szkoda, że przy okazji tych dywagacji Maciej Pieczyński nie podał definicji „imperialnych zapędów”. Skoro „imperializmem” ze strony Polski byłoby zajęcie ziem zajmowanych przez inny etnos (np. Lwowa z dominującymi tam Ukraińcami), to czym jest zamiar Ukraińców zajęcia ziem z ludnością prorosyjską czy też po prostu z Rosjanami? Krym i Donbas dostały się Ukrainie w spadku po Związku Radzieckim, gdy granice wyznaczano arbitralnie. W ten sposób na terytorium państwa ukraińskiego żyły miliony Rosjan. Przypomnijmy, że w latach ’20 XX wieku znajdujący się w Donbasie Ługańsk określany był – jak pisze prof. Ilia Kononow – w radzieckich protokołach jako miasto „umownie ukraińskie”. O zupełnie arbitralnej decyzji o przekazaniu Krymu Ukrainie w roku 1954 nie ma potrzeby dłużej rozważać. Nie ma jednak powodu, by – jak chce tego Maciej Pieczyński – „potępiać” Putina za to, że przywrócił stan rzeczy sprzed 1954 roku, nie ma w ogóle większego sensu angażowanie się po którejś ze stron w sporze o to, czyje powinny być te ziemie. Problem jednak w tym, że proponowane przez Pieczyńskiego kryteria można łatwo wykorzystać przeciwko Ukrainie, która sama jest wszakże terytorialnym beneficjentem sowieckiego imperializmu – niestety także kosztem Polski. Polaków zupełnie więc nie musi martwić lekkie skurczenie się państwowości ukraińskiej. Możemy się co najwyżej cieszyć, że kwestia krymska trwale skłóca Ukrainę z Rosją, co akurat leży w naszym interesie.

Niestety im dalej, tym bardziej Maciej Pieczyński brnie w manipulacje, imputując Annie Piotrowskiej nawoływanie do rewizji granic. Autor pisze bowiem: 

„[…] uznajmy – zgodnie ze słusznymi wymogami naszej cywilizacji – że nie ma sensu otwierać separatystycznej puszki Pandory, a integralność terytorialna to rzecz święta” – twierdzi Pieczyński.

Historia naszej cywilizacji świadczy o wielu rzeczach, ale na pewno nie o tym, że „integralność terytorialna to rzecz święta”. Zaproponowany termin z zakresu hagiologii, który każe nam traktować jako świętość integralność terytorialną bytów ziemskich, jakimi są państwa, to jeden z najbardziej kuriozalnych punktów tekstu Pieczyńskiego. Oczywiście, że granice zmieniają się i będą się zmieniać bez względu na to, jak bardzo uświęcone są dla redaktora Pieczyńskiego. Niemniej, przypomnijmy – Ukraina jest beneficjentem jednej z najbardziej zbrodniczych i niesprawiedliwych zmian granic Rzeczypospolitej, jaką był pakt Ribbentrop-Mołotow. Tylko i wyłącznie dlatego „Lwów, Iwano-Frankowsk (dawniej Stanisławów) i  Tarnopol to są dziś miasta ukraińskie”. Więc albo „integralność terytorialna to rzecz święta”, albo świętą jest tylko integralność terytorialna Ukrainy, bo już przecież nie Polski, prawda..?

Dalej red. Pieczyński dowodzi niestety, że świat istnieje dla niego tylko w czarno-białych barwach i nie widzi niczego pomiędzy rewizją granic a sentymentalizmem. Pisze on bowiem:

„Ktoś zapyta: po co to piszę, skoro „wyrzekanie się polskości kresów” to jedynie sentyment, bez żadnych konsekwencji. Jeśli tak, to po co rozdzierać szaty nad Lwowem? Dla samego sentymentu? Żeby podenerwować nielubianego sąsiada?” – czytamy.

Warto podkreślić, że „wyrzekanie się polskości kresów” jest po prostu synonimem wyrzekania się polskości. Jeśli nie mam żadnych obowiązków wobec tego dziedzictwa oraz Rodaków tam pozostających, to co innego czyni mnie Polakiem? Co odróżnia mnie wówczas od Piotra Tymy czy Jana Hartmana? Co innego zobowiązuje mnie chociażby do tego, by obchodził mnie los Polaków zesłanych do Kazachstanu i ich współczesnych potomków? Na jakiej podstawie mam czuć z nimi wspólnotę losów i co mnie obliguje do tego, by życzyć jak najlepiej i dawać z siebie wszystko na rzecz obecnego i przyszłego państwa polskiego? Bez aktywnego zabiegania o Kresy, o nasze Ziemie Wschodnie, należałoby właściwie wytworzyć surogat narodu polskiego, jakąś zastępczą nową wspólnotę, której istnienie w danym momencie i miejscu należałoby jakoś uzasadnić bez odwołania do jej własnej historii. 

ZOBACZ TAKŻE: Naród, który został szafą

Zresztą, Pieczyński w dalszej części tekstu wprost nawołuje, by pozostałych na Kresach Rodaków spisać na straty:

„Czy żeby okazać solidarność Polonii, która i tak jest w dużym stopniu wynarodowiona? Jakie to ma mieć praktyczne konsekwencje?” – pyta autor, dumając nad sensem żywej pamięci o Kresach Wschodnich.

Odpowiedź na pytanie jest następująca: Tak, należy kultywować pamięć o Kresach Wschodnich właśnie po to, aby okazywać solidarność mieszkającym tam z dziada pradziada Polakom (a nie żadnej „Polonii”). Cieszy, że redaktor Pieczyński sam odpowiedział sobie na to pytanie. Tym bardziej cieszy, że wspomniany autor dostrzegł jeden z fatalnych skutków postawy, którą on sam przejawia, a więc – wynarodowienie Polaków na Kresach, cofanie się polskiego etnosu, oddawanie kolejnych przyczółków i to na terenach, których waga dla Polaków i Polski (a Polska to przede wszystkim tworzący ją ludzie, przyznający się do związku z nią) jest nie mniejsza niż Warszawy, Krakowa czy Gniezna. Właśnie dlatego trzeba się domagać powstawania kolejnych szkół z polskim językiem wykładowym, zwrotu kościołów wiernym obrządku rzymskokatolickiego, a wreszcie: potępienia ideologii odpowiedzialnych za eksterminację Polaków na tych terenach, wraz ze sprawcami mordów. Właśnie taka postawa jest przeciwieństwem wyrzekania się polskości Kresów. W imię tego, ale też właśnie z tego powodu przeszkadza mi wizerunek Romana Szuchewycza na polskiej szkole im. św. Marii Magdaleny we Lwowie, mimo że przecież nie mam okazji jej codziennie widywać. Dlatego też drażni mnie kult morderców Polaków i to bez względu na to, czy jest on „antypolski” czy też nie, choć dywagacje na ten temat upublicznione przez Pieczyńskiego w samym tytule artykułu każą stawiać pytanie o stosowane przez autora kryteria antypolonizmu.

Kolejny fragment tekstu autora „Do Rzeczy” to z kolei manifestacja niekonsekwencji. Z jednej strony Pieczyński warunkuje nawrót niemieckiego sentymentu do Wrocławia i Szczecina polskim sentymentem do Kresów, a z drugiej sam pisze, że w polityce liczy się tylko siła i słabość, nie zaś – dobro i zło. Oczywiście, Pieczyński ma w tym drugim rację, tylko sam boi się dojść do pewnych finalnych wniosków. Skoro silne Niemcy mogą sobie pozwolić na aktywną politykę wobec Wrocławia i Szczecina bez względu na polską postawę wobec Wilna i Lwowa, to Pieczyński już nie ma usprawiedliwienia dla swojej obojętności wobec Kresów Wschodnich. Jeśli Niemcy będą robić swoje, nie oglądając się na Polaków, to wówczas Maciej Pieczyński traci jedyny pozostający mu argument. Zresztą, autorowi nie przeszło przez klawiaturę napisanie po prostu o polskości Wilna i Lwowa, mamy natomiast do czynienia z koszmarnie wyglądającą „polskością” Wilna i Lwowa, gdzie cudzysłów odgrywa rolę co najmniej dwuznaczną. Co Lwów i Wilno zrobiły złego Pieczyńskiemu, że odmawia tym miastom polskości, tego niestety nie dowiadujemy się z jego tekstu.

Dalej Maciej Pieczyński polemizuje z Anną Piotrowską przy okazji rozważań o kulcie UPA:

„Uderzenie pięścią w stół i ultimatum „z Banderą do Europy nie wejdziecie” sprawy nie rozwiąże. Ukraińcy nie posłuchali Rosji, naprawdę komuś się wydaje, że posłuchają Polski? Na język siły odpowiedzą siłą. A przecież, gdyby na Ukrainie istniało jakieś polskie soft power, można było sprawę rozwiązać inaczej” – czytamy.

Redaktor Pieczyński nie rozumie, że za soft power danego państwa zawsze musi stać hard power. Państwo istniejące teoretycznie, republika bananowa nie potrafiąca  wyegzekwować niemal żadnego z postulatów polskiej społeczności na Ukrainie – a tę Maciej Pieczyński spisał przecież na straty jako już „wynarodowioną” – nigdy nie będzie miało siły przyciągania. Zresztą, Pieczyński sam przyznaje wcześniej, iż w stosunkach międzynarodowych liczy się tylko siła i słabość, a więc: jeśli Polska będzie w stanie wyegzekwować swój sprzeciw wobec kultu Bandery, to Ukraina ulegnie i to bez jednego wystrzału, zupełnie tak jak na Krymie. 

Zupełnie kuriozalnie robi się za to, gdy Pieczyński omawia słowa Włodzimierza Pawluczuka, cytowanego przez Annę Piotrowską w jej będącym przedmiotem polemiki tekście. „Niestety, ale takie opinie świadczą o ignorancji rozmówcy mojej koleżanki” – pisze Pieczyński. Mniejsza o to, co konkretnie stwierdził Pawluczuk. Maciej Pieczyński, wytykający Pawluczukowi „ignorancję”, nie wie chyba, że nie był on żadnym „rozmówcą” Anny Piotrowskiej, gdyż cytowane przez nią słowa są fragmentem wydanej w 1998 roku w Krakowie książki „Ukraina. Polityka i mistyka”. Pytanie o to, kto ostatecznie okazał się ignorantem, staje się zarazem retoryczne. Natomiast cytowany przez Piotrowską fragment książki Pawluczuka można znaleźć w wyszukiwarce internetowej.

Co się zaś tyczy negowanej przez Pieczyńskiego decydującej roli UPA w kształtowaniu się ukraińskiej tożsamości narodowej – bo w tej kwestii myli się według niego Włodzimierz Pawluczuk – to oddajmy głos niewątpliwemu pod tym względem autorytetowi, czyli Jurijowi Szuhewyczowi:

„Na czym, jeśli nie na UPA, mamy budować nasz patriotyzm? Na eposach rycerskich Rusi Kijowskiej? Na życiorysach takich Ukraińców jak Chruszczow i Breżniew? A może na bolszewickiej legendzie Stachanowa?” – mówił syn dowódcy UPA w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2015 roku. Skoro Pieczyński chce się wsłuchiwać w głos ukraińskich nacjonalistów – do czego sam nawołuje – to niech robi to konsekwentnie. Zachodzi bowiem duże prawdopodobieństwo, że to Szuchewycz i – niezależnie od niego – Pawluczuk mają rację, zaś Pieczyński – nie.   

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Autor „Do Rzeczy” podaje również jako przykład udanego przedsięwzięcia służącego pojednaniu otwarcie Cmentarza Orląt Lwowskich z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego. Pomija jednak bądź – co bardziej prawdopodobne – nie wie, jakie były okoliczności tego wydarzenia.

Trzeba przypomnieć bowiem, że w 2002 roku Kwaśniewski wyjechał ze Lwowa urażony, a planowana już wtedy uroczystość otwarcia cmentarza została odwołana w wyniku uchwały Rady Miasta Lwowa odrzucającej porozumienie Kwaśniewskiego z ówczesnym prezydentem Kuczmą. Wówczas deputowani zadeklarowali, że cmentarz może być otwarty, ale na ich warunkach – z innym napisem na tablicy Pięciu Nieznanych z Persenkówki.  W 2005 udało się doprowadzić uroczystości do końca. Wcześniej Rada Miasta Lwowa ponownie próbowała nie dopuścić do wcielenia w życie ustaleń prezydentów Polski i Ukrainy, 22 czerwca 2005 roku przegłosowując stosowne decyzje dotyczące nekropolii. W atmosferze skandalu, w przeddzień planowanych uroczystości, uchwały jednak cofnięto. W takich właśnie okolicznościach udało się doprowadzić do wizyty prezydentów Polski i Ukrainy we Lwowie 24 czerwca 2005 roku i sfinalizować poświęcenie Cmentarza Orląt i cmentarza żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. Jeśli doprowadzenie spraw do końca przy jednoczesnych tego typu zabiegach Ukraińców jest pozytywnym punktem odniesienia, to jak według Pieczyńskiego ma wyglądać fiasko porozumienia polsko-ukraińskiego?

Dalej Pieczyński próbuje kontrować Annę Piotrowską, która jakoby w nieuprawniony sposób krytykuje proces wyrzekania się Kresów. Pieczyński pisze bowiem:

„Warto odpowiedzieć na pytanie: a czy Ukraińcy wyrzekli się ukraińskości Chełma i Przemyśla? Trzeba pamiętać, że te miasta zajmują ważne miejsce w ukraińskiej tożsamości. W Chełmie swoją stolicę miał jedyny w historii Ukrainy król. W Kijowie działa stowarzyszenie Ukraińców deportowanych z Chełmszczyzny. W Przemyślu silna jest ukraińska mniejszość. Andrij Tarasenko z Prawego Sektora nie raz wyrażał głośno swoje nadzieje na „odzyskanie” tego miasta. Roman Korszuk, historyk związany z ruchem nacjonalistycznym, uważa, że Chełmszczyznę utracili Ukraińcy w rezultacie „walk z szowinistycznymi bandami polskimi” – czytamy.

A to pech. Dostać tyle polskiej ziemi od Stalina i nie załapać się na Przemyśl i Chełm… Niech nie zwiedzie nas jednak współczucie. W tekście Pieczyńskiego czytamy:

„Żaden protest nie sprawi, że Bandera zniknie z ukraińskiego panteonu. Atakując pryncypialnie Kijów za coś, czego nie rozumiemy, możemy w odpowiedzi usłyszeć oskarżenia o imperializm. A Ukraińcy już z jednym imperium, jak na razie, skutecznie sobie radzą…”.

Faktycznie, Ukraińcy „radzą sobie” z imperializmem rosyjskim. Szczególnie ci, których spotykamy na co dzień w komunikacji, w sklepie czy na uczelniach wyższych, bo przecież Ukraina „broniąca” Polski i Europy przed rosyjskim imperializmem nie jest jednocześnie w stanie zagwarantować swoim obywatelom godziwego życia. Tymczasem, dla Pieczyńskiego problemem jest, że „Anna Piotrowska rozpatruje problem ukraińskiej pamięci z polonocentrycznej perspektywy”. A, jak wiemy, polonocentryczna perspektywa grozi oskarżeniami o imperializm. A co, jeśli Ukraińcy przypomną sobie o tym, że w Chełmie swoją stolicę miał „król Ukrainy”..? Niech tym bardziej nie uspokaja nas jednak istnienie Korpusu Narodowego, który wspaniałomyślnie odżegnuje się od pretensji terytorialnych wobec Polski. Pieczyński przestrzega bowiem:

„Może lepiej brońmy tego, co mamy, zamiast marzyć o Lwowie czy pouczać sąsiadów” – pisze autor. Nie wyjaśnia on tylko, dlaczego akurat mamy bronić Przemyśla czy Chełma, skoro w bliższej bądź dalszej przyszłości ich pozostawanie przy Polsce może nas narazić na zarzuty o imperializm. Pieczyński nie tłumaczy, dlaczego w kontekście Chełma i Przemyśla mamy obstawać przy „polonocentrycznej perspektywie” i nie uznać racji strony ukraińskiej w kwestii tych miast. Tym bardziej szkoda, że autor tego nie robi, gdyż „polskość” Chełma i Przemyśla może być przecież równie dyskusyjna, jak „polskość” Wilna i Lwowa. Wystarczy tylko wyrzec się tych miast, tak jak wcześniej Kresów. Redaktor Pieczyński ma już w tym wprawę, więc czemu nie będzie konsekwentny? Skoro kult morderców Polaków nie jest antypolski, to czemu antypolskim ma być sam antypolonizm?

Marcin Skalski 

[layerslider id=”34″]

Reklama




[layerslider id="44"]
4 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Monroe :

    Odpowiedziałbym Pieczyńskiemu w kategoriach, które sam postuluje, czyli w duchu politycznego pragmatyzmu. Po pierwsze, Polacy na obszarze ULB to formacja wczesnego ostrzegania, której traktowanie pokazuje stosunek kraju-gospodarza do samej Polski. Po drugie, istnienie polskiej mniejszości na Ukrainie pozwala na prowadzenie polityki symetrii wobec mniejszości ukraińskiej w Polsce. Np. zapisy ukraińskiej ustawy oświatowej można dosłownie zastosować wobec ich mniejszości u nas.