Jan Beyzym mógł pozostać wychowawcą w galicyjskich kolegiach jezuickich, gdzie pracował z młodzieżą i cieszył się opinią człowieka surowego, ale oddanego. Wybrał jednak miejsce, przed którym cofała się większość ludzi jego epoki: leprozorium na Madagaskarze.
Tam polski szlachcic i jezuita z Wołynia zbudował szpital dla chorych, których ówczesny świat najczęściej usuwał na margines życia.
Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach Wielkich na Wołyniu, w rodzinie ziemiańskiej. Dzieciństwo i młodość przyszłego misjonarza przypadły na czas, w którym polskie domy szlacheckie dotykały represje po powstaniu styczniowym. Jego ojciec został zaocznie skazany na śmierć, a rodzina musiała opuścić dotychczasowe miejsce życia. Matka przeniosła się z dziećmi do Kijowa, gdzie Jan ukończył gimnazjum.
W 1872 roku przedostał się do Galicji i wstąpił do jezuitów w Starej Wsi. Później studiował w Krakowie, a święcenia kapłańskie przyjął w 1881 roku. Zanim stał się misjonarzem trędowatych, przez lata był wychowawcą młodzieży w Tarnopolu i Chyrowie. Uczniowie zapamiętali go jako człowieka wymagającego, silnego, sprawnego fizycznie i bezpośredniego. Szczególną uwagę poświęcał trudnym wychowankom. Potrafił imponować chłopcom siłą, ale także opowieściami o rycerzach, stepowych bohaterach i kresowych legendach.
Pod koniec XIX wieku poprosił przełożonych o zgodę na wyjazd do trędowatych. Nie była to prośba o zwykłą misję, lecz o posługę wśród ludzi, których choroba oznaczała wtedy niemal całkowite wyłączenie ze społeczeństwa. W 1898 roku Beyzym dotarł na Madagaskar. Zastał nędzę, prowizoryczne osady, brak lekarzy, brak opatrunków; spotkał ludzi pozostawionych samym sobie.
Trąd w tamtym czasie budził lęk i odrazę. Chorych izolowano, często bez realnej opieki. Beyzym zetknął się z tym bezpośrednio. W listach pisał o ranach, zgniliźnie, głodzie, chorobach towarzyszących i warunkach, w których trudno było mówić o leczeniu. Zajął się tym, co można było zrobić: opatrywał chorych, organizował żywność, pracował przy poprawie warunków sanitarnych i próbował przełamać barierę językową. Przygotował nawet słownik polsko-malgaski, aby łatwiej porozumiewać się z miejscową ludnością.
Jego najważniejszym celem stała się budowa prawdziwego szpitala w Maranie. Misja nie miała na to pieniędzy, więc Beyzym pisał listy do rodaków i prosił o wsparcie. Sam nazywał to „żebraniem, gdzie się da”. Datki napływały głównie od Polaków z ziem pod zaborami i z emigracji. W ten sposób ludzie pozbawieni własnego państwa pomogli zbudować na odległej wyspie placówkę dla chorych, o których mało kto chciał pamiętać.
Szpital pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej otwarto w 1911 roku. Miał oddzielne oddziały, aptekę, bieżącą wodę i miejsca dla około 150 pacjentów. Przy placówce znalazła się także kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w ramie wyrzeźbionej przez samego Beyzyma. Był to wyraźny polski ślad na Madagaskarze, ale przede wszystkim konkretna odpowiedź na ludzkie cierpienie.
Beyzym nie szukał sławy. Gdy jego nazwisko stawało się coraz bardziej znane, prosił, by nie podpisywano jego fotografii określeniami w rodzaju „apostoł trędowatych”. Do końca pozostał człowiekiem pracy: przy chorych, przy budowie, przy codziennych obowiązkach.
Pod koniec życia myślał jeszcze o wyjeździe na Sachalin, gdzie chciał pomagać zesłańcom i więźniom. Nie pozwoliły mu na to choroby i wyczerpanie. Jan Beyzym zmarł 2 października 1912 roku na Madagaskarze. Spoczął w Maranie, a po ekshumacji jego doczesne szczątki złożono w marmurowym sarkofagu w kaplicy tamtejszego szpitala. 18 sierpnia 2002 roku w Krakowie beatyfikował go Jan Paweł II.
Kresy.pl / Jezuici.pl / Beyzym.pl / PAP










