Gdy dziś mówimy o ekologii, kojarzymy ją z nowoczesną nauką, debatami klimatycznymi czy działaniami organizacji pozarządowych. Tymczasem już w średniowieczu polscy królowie podejmowali decyzje, które można uznać za jedne z pierwszych w Europie aktów ochrony przyrody.

Wiele z tych rozwiązań miało charakter niezwykle praktyczny i długofalowy, a ich skutki odczuwamy do dziś.

Bóbr pod ochroną od XI wieku

Wyłączną własnością korony były bobry – co najmniej od czasów Bolesława Chrobrego.  Znany z twardej ręki i energicznych rządów, władca ten już na przełomie X i XI wieku wprowadził zakaz polowania na ten gatunek. Chłopi zostali zobowiązani do opieki nad bobrowymi żeremiami, a nad przestrzeganiem królewskiego nakazu czuwali specjalni strażnicy – bobrownicy. To właśnie dzięki tej determinacji bobry, cenione wówczas za futro, mięso i lecznicze właściwości sadła, nie zniknęły całkowicie z polskich ziem, choć już wtedy były gatunkiem rzadkim.

Kilkuset lat później tradycję Chrobrego kontynuował Kazimierz Wielki. W swoich statutach wiślicko-piotrkowskich z 1347 roku nie tylko zakazał niekontrolowanego wyrębu lasów, ale także ponownie objął specjalną ochroną siedliska bobrów. Można powiedzieć, że był to jeden z pierwszych przykładów ochrony ekosystemu w Europie. Król, który przeszedł do historii jako budowniczy zamków i miast, zapisał się również jako władca dostrzegający wartość natury.

Jagiełło obronił cisy

Jeszcze dalej poszedł Władysław Jagiełło. Przełom XIV i XV wieku to czas największego rozkwitu broni miotającej, wśród której niepodzielnie królował łuk cisowy. Oznaczało to oczywiście masową wycinkę cisów. Właśnie dlatego w statucie wareckim z 1423 roku Jagiełło zakazał wycinania tego gatunku. „Jeśli by kto wszedłszy w las, drzewa które znajdują się być wielkiej ceny jako jest cis albo im podobne podrąbał, tedy może być pojman”, zadekretował władca. Jednocześnie wprowadził okresy ochronne dla zwierząt łownych i kary za podpalanie lasów.

Wyłączną domeną panujących były polowania na wielkie polskie „bestie”: żubry i tury. Wiązało się to zaś z obsesyjną wręcz ochroną tych wspaniałych zwierząt. Pod opieką Jagiełły znalazły się tury, żubry, tarpany, łosie i – ponownie – bobry. Lista gatunków, których próbowano bronić przed wyginięciem, imponuje nawet z dzisiejszej perspektywy.

Jagiellonowie karali śmiercią za kłusownictwo

Nie mniej interesujące są działania Zygmunta I Starego. W 1529 roku wydał „Statut litewski”, w którym już cały rozdział poświęcony wyłącznie korzystaniu z dóbr natury. Król powtórzył tam zakazy dotyczące bobrów, a także objął ochroną żubry, tury, sokoły i łabędzie. Wprowadził przy tym niezwykle surowe kary za kłusownictwo w Puszczy Białowieskiej – przewidziano za nie nawet karę śmierci.

Kilkadziesiąt lat później zakazano również dzielenia Puszczy Białowieskiej na działki i oddawania ich chłopom, co skutecznie powstrzymało jej dalsze rozdrobnienie. Miód był wówczas tak ceniony, że ustalono nawet, jak daleko można orać pole, jeśli rosło na nim drzewo bartne. Chroniony obszar wyznaczano promieniem równym długości „pałki do poganiania wołów”.

Zygmunt II August w 1558 roku raz jeszcze upomniał się o bobry, zakazując orać ziemię w pobliżu żeremia (bezpieczna odległość to „jak kijem dorzucić”).

Batory dbał o tarło

Motywacje królów oczywiście nie zawsze były czysto idealistyczne. Władcy pragnęli zachować rzadkie zwierzęta przede wszystkim dla własnych polowań, a puszcze traktowali jak naturalne spiżarnie, z których czerpali zapasy mięsa na potrzeby dworu i armii. Mimo to ich działania miały dalekosiężne skutki – dzięki nim wiele gatunków przetrwało do naszych czasów.

Nieprzypadkowo najwięcej w tej dziedzinie osiągnęli monarchowie dziedziczni – Piastowie i Jagiellonowie. Traktowali państwo jak własność rodową i czuli się zobowiązani do dbania o jego zasoby. Inaczej wyglądało to w epoce królów elekcyjnych, których władza była ograniczona przez szlachtę. Wtedy działania ochronne praktycznie zanikły, choć zdarzały się wyjątki. Stefan Batory w 1578 roku zakazał stosowania włoków (rodzaj dużej, ciągnionej sieci rybackiej) i drobnych sieci podczas połowów ryb, chroniąc ich populacje w okresie tarła.

Czytaj też: Na Białorusi zapuszkują bobry

Zygmunt III walczył o tura

Z kolei Zygmunt III Waza podejmował desperackie próby ocalenia ginącego tura. Spadek liczebności turów w Puszczy Jaktorowskiej, ich ostatniej ostoi, nie wynikał z polowań, ponieważ władcy (mający monopol na takie łowy) polowali na te zwierzęta bardzo rzadko, a kłusownictwo było problemem marginalnym dzięki dobrze zorganizowanej służbie leśnej. Główną przyczyną były eksploatacja lasów i rozwój osadnictwa, które ograniczały naturalne siedliska tych zwierząt.

W 1597 roku z kancelarii Zygmunta III wyszło pismo do starosty sochaczewskiego, które zawierało szczegółowe przepisy ochronne. Nakazywano w nim, aby poddani wsi, gdzie żyły tury, nie ganiali bydła i nie kosili trawy, która była potrzebna turów. Starosta miał dbać o to, by puszcza, gdzie przebywały tury, nie była niszczona przez ludzi.

Ponadto osadzono tam leśników z rodzinami, którym przyznano ziemię pod uprawę bez podatków, aby mogli zajmować się ochroną turów, dostarczaniem im siana zimą oraz kontrolą ich liczebności. W ostatnich dekadach XVI wieku tury stały się na tyle oswojone, że przychodziły na wyznaczone pastwiska i pasły się pod stałym dozorem łowczych. Ostoja jaktorowska przypominała więc hodowlę na wolnym powietrzu. Była ona jednak niedoskonała – stado składało się głównie ze starych samic, a odstrzały agresywnych samców zaburzały naturalne proporcje płci.

Choć gatunek wymarł ostatecznie w 1627 roku, działania Wazy były zjawiskiem wyjątkowym w historii ochrony przyrody, pokazującym wczesne próby ratowania gatunku zagrożonego wyginięciem.

„Zawdzięcza to puszcza swym królom”

Do tradycji królewskiej ochrony przyrody próbował nawiązać także Stanisław August Poniatowski. Zaniepokojony stanem Puszczy Niepołomickiej, w 1764 roku wydał specjalną konstytucję. Władca przypominał w niej, że królewskie dobra leśne są w istocie majątkiem całej Rzeczypospolitej. Nakazał, by drewno wolno było pozyskiwać wyłącznie tam, gdzie wskażą to królewscy strażnicy łowieccy. Za złamanie tego prawa groziła konfiskata wozów i zaprzęgów. Król argumentował, że młode drzewostany muszą mieć czas na odrośnięcie i dojrzewanie – co najmniej dwadzieścia lat – zanim ponownie będzie można z nich korzystać.

Niektóre królewskie dekrety wydają się dziś wręcz prorocze. Ochrona cisa była jedną z pierwszych w Europie prób prawnej ochrony rośliny, a troska o bobry i żubry przyczyniła się do ich przetrwania mimo presji ze strony człowieka. Jeszcze w XIX wieku rosyjski przyrodnik Jerzy Karcow pisał o Puszczy Białowieskiej: „Ocalała, ocalał też żubr, którego nigdzie w Europie nie zdołali ustrzec. Zawdzięcza to Puszcza swym królom”.

Historia wczesnej ochrony przyrody w Polsce pokazuje, że choć motywacje monarchów były różne – od interesu łowieckiego po autentyczne poczucie odpowiedzialności – to władza królewska potrafiła skutecznie bronić tego, co dziś nazwalibyśmy dobrem wspólnym. To właśnie dzięki ich decyzjom możemy podziwiać żubry w Puszczy Białowieskiej i spotkać bobry nad rzekami, choć bez tych wczesnych, czasem brutalnie egzekwowanych edyktów, wiele z tych gatunków zniknęłoby z naszej przyrody już wieki temu.

Kresy.pl / Libertas / Dzikie Życie

Czytaj też: Giną żubry na Białorusi

Tagi: , , , , , ,
forma płatności