„Była caedes [rzeź] jako między taką gęstwą ludzi wielka, płacz, wrzask niewiast, dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego.” wspominał pacyfikację Moskwy hetman Stanisław Żółkiewski. Doszło do niej w ostatnich dniach marca 1611 roku. Pochłonąć miała aż 60 – 100 tys., w większości żywcem spalonych, ofiar.

Moskwa w rękach Polaków

4 lipca 1610 roku, pod Kłuszynem, wojsko koronne pobiło połączoną armię szwedzko – rosyjską[1]. W wyniku tego zwycięstwa i późniejszych pertraktacji między hetmanem polnym koronnym Stanisławem Żółkiewskim a bojarami, polski królewicz Władysław Waza został obrany nowym carem (27 sierpnia 1610 roku), a nieco później, bo 29 września, pierwsi żołnierze Rzeczpospolitej Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego wkroczyli do Moskwy. Październik 1610 roku upłynął niemal bezkonfliktowo. Cieszący się autorytetem hetman, który wówczas dowodził armią, utrzymywał surową dyscyplinę, co mimo obustronnej nieufności zapewniło spokój w mieście. Opuścił on jednak Moskwę pod koniec tego miesiąca. Naczelne dowództwo nad garnizonem, z tytułem starosty moskiewskiego, przejął referendarz litewski i starosta wieliski w jednej osobie, Aleksander Korwin Gosiewski.

Oprócz licznej luźnej czeladzi, miał on wówczas pod swoją komendą 4400 żołnierzy[2]. Mimo prób utrzymania dyscypliny, zwiększyła się wówczas liczba bulwersujących mieszczan incydentów. Co gorsza, król Zygmunt III Waza nie zaakceptował porozumienia między bojarami a Żółkiewskim, chcąc samodzielnie objąć władzę nad państwem moskiewskim. Taki obrót sprawy zniechęcił masy Rosjan do Polaków, choć część bojarów pozostała im wierna.

Szczególną rolę w antypolskim oporze pełnił patriarcha moskiewski Hermogenes, rozsyłając odezwy oczerniające króla Zygmunta, cara Władysława oraz polsko – litewską załogę Moskwy. Na przykład w styczniu 1611 pisał:

„W Moskwie bez powodu topione są i w inny sposób mordowane dzieci bojarskie [chodzi o jedną z kategorii szlachty], których do tej pory zgładzono 2000.”[3]

Hermogenes wzywał do buntu, co po fiasku rokowań z królem Zygmuntem, padło na podatny grunt. W marcu 1611 roku na prowincji zebrało się pospolite ruszenie, które w kilku ugrupowaniach ruszyło na Moskwę. Jego liczebność polska załoga stolicy szacowała na 100 – 145 tys.[4]. Jakby tego było jeszcze mało, ludność Moskwy również szykowała się do powstania. Nie pomogło osadzenie Hermogenesa w areszcie domowym. W niedzielę 27 marca sprzyjający Polakom bojar Sałtykow, ostrzegł Polaków i Litwinów przed planowaną rebelią w mieście, która miała zacząć się„we wtorek przyszły”[5]. W ostatnich dniach marca 1611 roku Moskwa była wielką beczką prochu, czekającą tylko na iskrę, by wybuchnąć…

Mapa Moskwy w 1611 roku. Sztych Tomasza Makowskiego, wykonany w Nieświeżu w roku 1611 po otrzymaniu wiadomości o spaleniu Moskwy.

28 marca miały miejsce pierwsze rozruchy. Ich przyczyną było zmuszanie mieszczan do pomocy przy wciąganiu armat na jedną z bram[6].

Kto zaczął?

29 marca rozpoczęły się walki, które poskutkowały spaleniem Moskwy i rzezią jej mieszkańców. Kto je zaczął? Zdaniem głównodowodzącego Aleksandra Korwina Gosiewskiego, inicjatywa leżała po stronie mieszczan. W liście do króla pisanym 6 kwietnia 1611 roku, twierdził:

„Moskwa z dawna nam nieżyczliwa, ufając wielkości swej dnia 29. marca we wtorek wielki, o trzeciej godzinie na dzień [w trzecią godzinę po wschodzie słońca] uczyniła zwadę w Kitajgorodzie [jedna z dzielnic Moskwy], gdzie p. Zborowski z pułkiem swym stoi.”[7]

Czy odpowiadało to prawdzie, czy też było tylko próbą usprawiedliwienia się w oczach króla? Zobaczmy, co sądzili polscy żołnierze.

Z relacji obecnych wówczas w Moskwie kawalerzystów polskich wynika, że byli oni zaskoczeni rozwojem wydarzeń. Więc jeśli zaczęły się one z inicjatywy Gosiewskiego, to nie powiadomił on kawalerii o swoich planach. Jest i inna możliwość – do walk doszło spontanicznie w wyniku eskalacji jakiegoś drobnego incydentu. Rotmistrz husarski, Mikołaj Ścibor Marchocki, nie wierzył, by była to zaplanowana akcja mieszczan:

„stało się tak nad spodziewanie, i nasze, i Moskwy, bo Moskwa jeżeli co zamyśliwała, czekała głów, po naszemu wodzów, których między sobą nie mieli; bo przedniejsi bojarowie z nami trzymali, i w ten dzień bezpiecznie targowali i przedawali w Kitajgorodzie, bo tam był skład wszystkich towarów i wszystkich kupi [kupców] przedniejszych.”[8]

Z kolei porucznik roty husarskiej księcia Janusza Poryckiego, która wchodziła w skład pułku Kazanowskiego, Samuel Maskiewicz, notował:

„Tego twierdzić nie mogę dobrym sumieniem, kto zaczął. Jeśli z naszych albo z Moskwy przyczyna. Ale bliżej tego, że nasi dali przyczynę do tego rozruchu, upatrując pierwej w domu, niż drudzy nastąpią. Żal uwiódł któregoś podobno, a potem już i hamować trudno było.”[9]

Co istotne, Maskiewicz twierdził, że sam Gosiewski początkowo próbował powstrzymać walki, co wskazywałoby na ich spontaniczny wybuch:

„Dadzą wiedzieć panu Gąsiewskiemu, że się już nasi ścierają z Moskwą. [Ten] wypadł na koniu, aby hamował. [A] że już trudno było, [bo] trupa niemało padło ze strony ich, musiał im dać pokój, żeby już kończyli zaczętą robotę.”[10]

Przekonany o winie mieszczan był z kolei rotmistrz Józef Budziło. Choć w owym czasie przebywał w państwie moskiewskim, nie był świadkiem pożaru stolicy. Dlatego do jego opinii należy podchodzić ze szczególnym dystansem. Z drugiej strony, od stycznia 1612 roku był jednym z wodzów polskiej załogi moskiewskiego Kremla. Miał kontakt z dowódcami, którzy brali udział w opisywanych tu walkach. To podnosi jego wiarygodność. Twierdził zaś:

„Tegoż tedy miesiąca 29, gdy już wojska moskiewskie następowały pod stolicę, aby naszych z miasta wybili, zaczęła Moskwa z naszymi zwadę.”[11]

Bez względu na to, kto rozpoczął starcia, po krwawych walkach spacyfikowano miasto i to zanim podeszło pod nie pospolite ruszenie. A jaki był w tym udział husarii?

Husaria staje do walki

We wtorek 29 marca 1611 roku obecna w mieście husaria pułków Marcina Kazanowskiego i Ludwika Wejhera, brała udział w walkach ulicznych. Opisał je uczestnik tych walk, Samuel Maskiewicz:

„Marca 29 we Wtorek Wielki naprzód się wszczęła burda w Kitajgorodzie, gdzie prędko lud kupiecki targowy wysiekli, bo tam kramów samych było 40.000. W Białym Murze [Białygród / Biełgorod – dzielnica Moskwy] potężni nam byli bardzo, bo posada większa, a lud bitny. Działek polnych wnet z baszt dobyli i w ulicach zasadziwszy, parzyli naszych. My co się do nich z kopiami pomkniemy, to się oni wnet zarzucą tamą [osłonią barykadą], [w] pogotowiu stoły, ławki, kłosty [kloce, kłody] drew mając. My znowu, chcąc ich od tych fortelów wywabić, to poczniem wrzkomo [pozornie] ustępować nazad. Oni w ręku to wszystko niosąc za nami postępując, i aby najmniej postrzegą, że nasi ku nim się obracają, to wnet ulice wszystkie zarzucą. Od tych tarasów z rusznic bili, żeśmy im nic uczynić nie mogli. [Mając] pogotowie z górnic wszędzie, z okien to z samopałów, to kamieńmi, to drągami przez dylowanie nas razili. I już nas (to jest jazdę) ku Krymgorodowi przyparli byli, ażeśmy dla piechoty rzucili się do pana Gąsiewskiego [Gosiewskiego], których nam na posiłek przypadło 100. Acz względem wojska nieprzyjacielskiego [był to] bardzo słaby posiłek, ale jednak nam i ten był potrzebny, bo przy nich i nas część z koni spieszywszy się, rozrzuciliśmy ich sztakiety, iż musieli pierzchać.”[12]

Jak widać, husaria nie nadawała się zbytnio do walk w mieście. Nic w tym dziwnego. Wąskie uliczki można było łatwo zabarykadować, a spoza nich razić atakujących. Okna, parkany i dachy były znakomitymi miejscami oporu, skąd strzelano, kłuto drągami, ciskano kamieniami. Cóż ze swoimi kopiami mogła w tej sytuacji zrobić husaria? Niewiele. W tych warunkach najważniejsza była broń palna. Tę posiadała piechota i to ona odegrała główną, choć nie decydującą rolę w zmaganiach tego dnia. Nie decydującą, gdyż było jej za mało. Po opisanych tu walkach nastąpiła ich kontynuacja. Maskiewicz dodał:

„Ale jednak tymeśmy nie wygrali, bo oni znowu przyszedłszy do sprawy [uszykowawszy się], armatą nam bardzo szkodzili wszędzie, bośmy na czworo, albo na pięcioro z nimi się byli rozerwali gwoli ciasnym ulicom. I tak każdemu już niemal było znojno od nich, radyśmy sobie dać i nie mogli, i nie umieli […]”[13]

Decydującą rolę w zmaganiach odegrała nie husaria, nie piechota, lecz ogień:

„[…] aż ktoś krzyknie ‘ognia! palcie domy!’ Zapalili pacholikowie dom jeden, który się jąć żadną miarą nie chciał. Wierzę, że ogień był zaczarowany, bo i drugi, i trzeci, i 10 raz było, [że] czym podpalają, to więc zgore, a dom cały. Aże smoły dopadli, przędziwa, łuczywa smolnego. Też ledwo ogień pokładli, gdzie kto mógł. Jako też ogień wziął moc swoją, a wiatr od nas popędzał ku nim; tak ci ich z fortelów [miejsc obronnych / gniazd oporu] ich zraził. A myśmy za ogniem postępowali. Zatem noc nas rozwadziła. Wszyscy żeśmy ustąpili do Krymgorodu [dzielnica Moskwy] i Kitajgorodu.”[14]

Pierwszy dzień walk i pożaru Moskwy dobiegł końca. W ich wyniku, w samym Kitajgorodzie miało zginąć 6 lub 7 tysięcy mieszczan[15]. Nie wiadomo ilu zginęło w Biełgorodzie.

Choć doszło do rzezi, dowódcy polscy nie byli pewni, czy taka właśnie była intencja Gosiewskiego. Nic więc dziwnego, że gdy jedni żołnierze rżnęli mieszkańców Moskwy, inni starali się ich chronić. Marchocki notował:

„Drudzy [inni Moskale] uchodzili z bram, sprawując [tłumacząc] się, ‘żeśmy nic nie winni’. Jam ich swoją bramą wypuścił do półtora tysiąca i bićem ich nie dał.”[16]

30 marca otworzyły się bramy piekieł

Nocą z 29 na 30 marca doszło do narady, która zadecydowała o losach miasta. Świetnie poinformowany Maskiewicz notował:

„Uradzili też, aby we środę [30 marca] wyszedłszy [z Kitajgorodu i Krymgorodu] miasto wszystkie, palić, póki się tylko może zasiąc. I tak godzin 2 na dzień [2 godziny po wschodzie słońca] wyszliśmy we środę, pożegnawszy się z tymi, co na zamkach zostali, małą nadzieję mając widzieć się już z[e] sobą. Wyszło Niemców [żołnierzy z zachodniej Europy służących królowi polskiemu] z nami 2000. Husary nasi też pieszą [wyszli], oprócz dwie chorągwie na koniach: moją pod którąmem służył, gdziem i porucznikiem był, albo raczej rotmistrza mego księcia Poryckiego i pana Skumina [Tyszkiewicza] starosty bracławskiego [brasławskiego], na której był porucznikiem Ludwik Poniatowski, co potem Stadnicką łańcucką pojął. I takeśmy konni po ledzie rzeką postępowali, bo indziej przestrzeństwa nie było.”[17]

W czasie owego wypadu udało się do miasta przebić posiłkom koronnym w postaci pułku Mikołaja Strusia. Maskiewicz kontynuował:

„Radziśmy mu byli jak Bóg dobrej duszy. Otrzeźwieliśmy trochę, serca nam przybyło. I tak więcej nad to, co za parkanem było, nie przyszło nikomu tego się dnia z nieprzyjacielem ścierać, bo ogień gwałtowny opanował domy, a wiatr srogi popędzał płomień na nie. I tak przed ogniem samym ustępować musieli, a my po cichu za nimi [podążaliśmy]. I takeśmy aż do samego wieczora w ten dzień podniecali ogień, aż nas wieczór przygnał do zamku. Tej nocy [z 30 na 31 marca], kiedy już okrutny srogi ogień opanował miasto, widno tak w zamkach było, jako w najświetlejszy dzień. Dymy tak okrutnie szpetne zinąd pokazywały się śmierdzące, nie inaczej, jeno jak o piekle powiadają. Tedyśmy już bezpieczni byli, bo ogień wokoło nas strzegł.”[18]

Maskiewicz oszczędził czytelnikowi swoich wspomnień nadmiernie drastycznych obrazów. Mniej powściągliwy był hetman Stanisław Żółkiewski. Co prawda nie było go wówczas w mieście, ale będąc znakomicie poinformowany pisał:

„Uradzili tedy nasi między sobą, drewniane i w Białym Murze miasto podpalić, na Krymgrodzie a na Kitajgrodzie się zawrzeć [zamknąć], one strzelce, i kto się natrafi, bić. Jakoż we śrzodę przed Wielkanocą [30 marca] uczynili tak, sporządziwszy, rozprawiwszy się pułkami, zapalili zaraz i drewniane miasto i to drugie, które było w Białym Murze. Pan starosta wieliski sam wyszedł bramą w prawą stronę, na lód, na rzekę, pan Aleksander Zborowski z pułkiem swym pośrzodkiem, pan Marcin Kazanowski pułkownik w lewą ku Białemu Murowi, pan Samuel Dunikowski jegoż pobliż. Kniaź Andrzej Galiczyn, który dotąd był pod strażą, najpierwej zabit, kto się nawinął nemini parcebatur [nikomu nie darowano].

Moskwa, acz prędką naszych rezolucją i ogniem potrwożeni, jedak siła ich rzuciło się ad arma [do broni], okupowali byli bramę i część wielką Białego Muru, ale pan Marcin Kazanowski zraził i wybił ich stamtąd. W kilku miejscach, w ulicach ścierali się z naszymi, ale wszędy od naszych przemożeni. Była caedes [rzeź] jako między taką gęstwą ludzi wielka, płacz, wrzask niewiast, dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego. Siła in ultro [ponadto] z żonami, z dziećmi miotali [rzucali] się w ogień, siła pogorzałych, siła też jednak, którzy fuga sibi consulebant [zatroszczyli się o siebie uciekając] do onych wojsk, o których wiedzieli, że są in propinquo [w pobliżu].”[19]

Marchocki, choć oszczędniejszy w słowach, potwierdza wielkie straty mieszczan:

„W tym ogniu wielkim pogorzało ludzi gwałt, i pobito [ich] niemało. Wielką, nieoszacowaną wtenczas Moskwa szkodę wzięła.”[20]

Skala zniszczeń

Największe pożary ogarnęły Moskwę 30 marca, trawiąc mniej więcej 2/3 jej powierzchni. Dzieło zniszczenia kontynuowano w czwartek 31 marca i w piątek 1 kwietnia[21]. Traumatyczne przeżycia skłoniły wówczas część moskwiczan do uległości:

„Nazajutrz, to jest we czwartek, ci obywatele moskiewscy, zdesperowawszy [zwątpiwszy] o pomocach swych postronnych, poczęli miłosierdzia prosić i poddawać się. Przyjęliśmy od nich tę pokorę. Zakazano zabijać Moskwy i otrębowano zakaz. A tym, co się poddawali i chrest [krzyż] znowu królewiczowi Władysławowi całowali, kazali mieć znaki [czyli] ręcznikami się przepasować. I tak mieliśmy pokój przez Wielki Czwartek.”[22]

Moskwa niemal doszczętnie spłonęła. Co nie spłonęło, splądrowano. Prym w tym dziele wiodła luźna czeladź, zawsze chętna do grabieży. Żółkiewski pisał:

„Tym sposobem moskiewska stolica spłonęła z wielkim krwie rozlaniem i nieoszacowaną szkodą, gdyż dostatnie i bogate to miasto było i ambitus [obszar] jego wielki. Jakoż ci, co bywali w cudzych ziemiach, powiadają, że ani Rzym, ani Paryż, ani Lizbona, nie porówna wielkością, jako to miasto było in sua circumferentia [w obwodzie]. Krymgród, ten we wszystkim cały został, ale Kitajgród od hultajstwa [luźnej czeladzi], od woźnic podczas tego tumultu złupiony, splądrowany, i kościołom nie przepuszczono. Cerkiew Św. Trójcy, która jest in summa veneratione [w wielkiej czci] u Moskwy, bardzo cudnie z kwadratu zrobiona w Kitajgorodzie stoi, prawie tuż pod bramą Krymgoroda, i tej hultajstwo nie przepuściło, wydarli ją, wyłupili.”[23]

Gosiewski wyjaśniał, że do grabieży Kitajgrodu doszło wbrew jego woli i że ledwie udało mu się powstrzymać hołotę przed splądrowaniem Krymgorodu:

„Kitajgród od niebacznych ludzi wyłupiony, którzy mało nas wszystkich do zguby nie przywiedli. Krymgród tylko wcale ledwiem zatrzymać mógł, którego także, jako i Kitajgród, wygrabić chciano.”[24]

Straty materialne były nieoszacowane. Ważniejsze jednak iż przy tej okazji zginęło mnóstwo ludzi. Jakub Głoskowski, towarzysz z roty husarskiej Mikołaja Strusia, będąc uczestnikiem tych wydarzeń szacował, że w samych działaniach zbrojnych zginęło łącznie do 16 tys. ludzi „oprócz chorych, ułomnych, dzieci, białych głów, co pogorzało”[25]. Łączna liczba zabitych i spalonych ludzi, jest niemożliwa do ustalenia, choć padały przy tej okazji różne wielkości. Stanisław Kobierzycki w swoim dziele wydanym w 1655 roku stwierdził:

„Czytałem w diariuszach tego okresu, że wówczas zginęło około stu tysięcy Moskwian, licząc mężczyzn, kobiety i dzieci. Niektórzy umniejszają tę liczbę, lecz ja ich poglądu nie uważam za słuszny. Sądzę, że tylko nielicznym mieszkańcom tego ludnego miasta, zaatakowanym i przez wybuchający wszędzie pożar, i przez żołnierzy, udałoby się ujść z życiem. Drogi ucieczki wszędzie były zablokowane, a rozszalały ogień i rozsierdzone wojsko przez dwa dni niosły śmierć wśród mieszkańców. Oczywiste jest zatem, że zginąć musiało tam bardzo wielu.”[26]

Na marginesie tej notatki, Kobierzycki podał straty „do 60 tysięcy”. Problem tak z tymi, jak i innymi oszacowaniami jest taki, iż nie jest nawet pewne, czy Moskwa w owym czasie była aż tak ludnym miastem. Dlatego należy do nich podchodzić ze zdrowym dystansem. Pewnym jest tylko to, że Moskwa była rozległym miastem, a straty jakie poniosła szokujące. Co gorsza, po śmierci od miecza i ognia, przyszła śmierć głodowa. Wspomniany już Głoskowski po pewnym czasie od tych wydarzeń twierdził:

„Teraz jeszcze pod murami chatu w polu tego siedzi przy chałupach albo pogorzelisku barzo sieła [bardzo wiele ludzi] i zdycha ich wiele od głodu.”[27]

Nic dziwnego, że pamięć o pobycie Polaków w Moskwie trwa do dzisiaj.

Dr Radosław Sikora

Czytaj również:

„Polacy i pożar Moskwy 1812”

Inne artykuły o walkach z Rosjanami:

Pole bitwy nad rzeką Basią

Husaryje uderzyły kopijami jako w ścianę…

„Rekordowa szarża? Kutyszcze 26 IX 1660”

„Jak Pan Kmicic pod Połonką z Moskwą wojował”

„Niezwykła szarża. Domany 22 lutego 1655 roku”

„Bitwa pod Szkłowem 1654”

„Husaria pod Smoleńskiem 1633”

„Bitwa pod Moskwą 31 III 1611”

„Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy?”

„Czego Napoleon mógłby się nauczyć od Żółkiewskiego”

„Trzeźwy jak Moskal”

„Kłuszyn 4 VII 1610”

„21 września – początek polskiej inwazji na państwo moskiewskie”

„1 przeciw 60? – czyli jak Polacy pod Suzdalem z Rosjanami wojowali”

„200 husarzy przeciw Moskwie”

„Husaria Stanisława Pachołowieckiego (Połock 1579)”

„Newel 1562: Wielkie zwycięstwo husarii, czy polska propaganda?”

„Armia rosyjska w bitwie pod Newlem 1562 roku”

„Armia polsko-litewska w bitwie pod Newlem 1562”

„Bita pod Newlem 1562”

„Zapomniany obraz bitwy pod Orszą”

Przypisy:


[1] Radosław Sikora, Kłuszyn 4 VII 1610. Artykuł dostępny pod linkiem: http://kresy.pl/kresopedia,historia,rzeczpospolita?zobacz/kluszyn-4-vii-1610

[2] Tak zwany Pamiętnik Jakuba Sobieskiego. Dymitriada i wyprawa królewicza Władysława do Moskwy w latach 1617 – 1618. W: Jakub Sobieski, Diariusz ekspedycyjej moskiewskiej dwuletniej królewicza Władysława 1617 – 1618. Opr. Janusz Byliński, Włodzimierz Kaczorowski. Opole 2010. s. 137.

[3] Cytat za: Tomasz Bohun, Moskwa 1612. Warszawa 2005. s. 109.

[4] Samuel Maskiewicz, Dyjariusz Samuela Maskiewicza. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612.Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 186; Mikołaj Ścibor Marchocki, Historia moskiewskiej wojny prawdziwa.W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 89 – 90.

[5] Marchocki, Historia, s. 87.

[6] Wojciech Polak, O Kreml i Smoleńszczyznę. Polityka Rzeczypospolitej wobec Moskwy w latach 1607 – 1612. Gdańsk 2008. s. 312. Marchocki datuje te wydarzenia na dzień 29 marca (Marchocki, Historia, s. 87). Zdaniem Polaka, błędnie.

[7] Aleksander Gosiewski do Zygmunta III Wazy, Moskwa 6 IV 1611, Biblioteka Czartoryskich rkps 106, bez paginacji. Przedruk w: Opis powstania w Moskwie 1611 roku przeciw wojskom polskim, przez naocznego świadka, niejakiego Głoskowskiego. „Przyjaciel Ludu” R 9, tom II, nr 33. Leszno 1843. s. 259.

[8] Marchocki, Historia, s. 87.

[9] Maskiewicz, Dyjariusz, s. 187.

[10] Tamże.

[11] Józef Budziło, Historia Dmitra fałszywego.W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 457.

[12] Maskiewicz, Dyjariusz, s. 187.

[13] Tamże, s. 187 – 188.

[14] Tamże, s. 188.

[15] Marchocki, Historia, s. 87.

[16] Tamże.

[17] Maskiewicz, Dyjariusz, s. 188.

[18] Tamże, s. 189.

[19] Stanisław Żółkiewski, Początek i progres wojny moskiewskiej. Opr. Andrzej Borowski. Kraków 1998. s. 114.

[20] Marchocki, Historia, s. 89.

[21] Maskiewicz, Dyjariusz, s. 189. Pana Głoskowskiego, towarzysza pana Strussa relatia taka, Biblioteka Raczyńskich, rps 139, k. 345r – 348r (przedruk w: Diariusz drogi Króla JMci Zygmunta III od szczęśliwego wyjazdu z Wilna pod Smoleńsk w roku 1609 a die 18 Augusta i fortunnego powodzenia przez lat dwie do wzięcia zamku Smoleńska w roku 1611.Opr. Janusz Byliński. Wrocław 1999. s. 261).

[22] Marchocki, Historia, s. 89.

[23] Żółkiewski, Początek, s. 115.

[24] Aleksander Gosiewski do Zygmunta III Wazy, Moskwa 6 IV 1611.

[25] Pana Głoskowskiego, s. 262.

[26] Stanisław Kobierzycki, Historia Władysława, królewicza polskiego i szwedzkiego. Opr. Janusz Byliński, Włodzimierz Kaczorowski. Wrocław 2005. s. 172. Kasztelan gdański Stanisław Kobierzycki, w 1611 roku miał ledwie 11 lat. Pisząc swe dzieło korzystał między innymi z prac Pawła Piaseckiego, Stanisława Łubieńskiego, Jana Piotra Sapiehy (u niego to, pod datą 25 kwietnia pojawia się notka, że „Przyszły listy króla jego miłości i jego mości pana kanclerza, i innych […] w których piszą, że […] Moskwy do stu tysięcy wysiekli”) i Jakuba Sobieskiego.

[27] Pana Głoskowskiego, s. 262 – 263.

 

forma płatności