Sobotnie referendum na Łotwie w sprawie podniesienia minimalnych emerytur okazało się nieważne ze względu na niską frekwencję. Była to dobra wiadomość dla rządzącej czteropartyjnej koalicji centroprawicowej, która sprzeciwiała się plebiscytowi.
Jak podały władze w niedzielę w Rydze, głosy oddało ok. 335 tys. wyborców. Aby referendum było wiążące, do lokali wyborczych musiałoby pójść co najmniej 453 730 osób, to jest połowa uczestniczących w ostatnich wyborach parlamentarnych.
Z głosujących aż 96 proc. poparło wzrost emerytury.
Inicjatorką plebiscytu była nowa partia polityczna SCB, która chciała powiązać minimalne emerytury z oficjalnie ustalanym minimum kosztów utrzymania.
Obecnie minimalna emerytura wynosi 50 łatów (71 euro). Wygrana w referendum oznaczałaby jej zwiększenie ponad dwa razy.
Rząd premiera Ivarsa Godmanisa określił referendum jako “populistyczne”. Ostrzegał, że wzrost emerytur będzie kosztował ponad 300 mln łatów i doprowadzi do bankructwa system zabezpieczenia socjalnego.
Emerytury na Łotwie kształtują się dużo poniżej poziomu w zachodniej Europie, chociaż ceny wielu artykułów, jak mleko i chleb, głównie z powodu nawrotu inflacji wzrosły bądź przekroczyły poziom unijny.
Było to już drugie w tym miesiącu referendum. Na początku sierpnia Łotysze wypowiadali się na temat poprawek do konstytucji, które dałyby obywatelom prawo do rozwiązania parlamentu w drodze referendalnej. Ze względu na zbyt niską frekwencję wynik głosowania nie był wiążący.
Łotwa liczy 2,3 mln mieszkańców.
PAP / mb





























