Niemiecki „Der Spiegel” pisze o coraz głośniejszym łamaniu politycznego tabu wokół możliwego końca Unii Europejskiej. Według medium UE nie rozpadnie się w jednym momencie, lecz może stopniowo utracić znaczenie i polityczną treść.
W komentarzu opublikowanym w piątek w tygodniku „Der Spiegel” Sabine Rennefanz wskazuje, że wraz z – jak ocenia – nasilającą się presją ze strony Donalda Trumpa i Władimira Putina coraz częściej przedstawia się Unię Europejską jako ostatnią deskę ratunku dla kontynentu. Jednocześnie – jak zauważa – coraz wyraźniej pęka tabu mówiące, że wspólnota jest projektem trwałym i nieodwracalnym.
„W dzisiejszych czasach słyszy się, że Europa musi suwerennie stawić czoła Trumpowi i Putinowi. Brzmi to jak determinacja, jasność. Jakby istniała Europa, która przemawia jednym głosem” – pisze Rennefanz, dodając, że w rzeczywistości taki wspólny głos trudno dziś odnaleźć.
Autorka opisuje głębokie podziały wśród 27 państw członkowskich, zwłaszcza w kwestii reakcji na neoimperialne ambicje USA i Rosji. Wskazuje także na kraje, takie jak Węgry, których przywódcy „stawiani są za wzór” w podważaniu praworządności, niezależności sądów i wolności mediów.
Problem, jej zdaniem, nie ogranicza się do jednego państwa. „W Polsce, Włoszech, Słowacji i Czechach rządzili lub obecnie rządzą prawicowi populiści, którzy postrzegają UE nie jako wspólnotę polityczną, lecz jako siłę destrukcyjną. We Francji nacjonaliści mogliby zapewnić sobie w kolejnych wyborach prezydenta Jordana Bardellę” – czytamy w komentarzu. Rennefanz dodaje, że nawet w Niemczech realny staje się scenariusz objęcia urzędu kanclerza przez Alice Weidel z AfD, „której partia otwarcie flirtuje z wyjściem z UE”.
W tej sytuacji – jak ocenia – w Europie brakuje przywództwa zdolnego do myślenia w kategoriach długoterminowych. Politycy koncentrują się na kolejnych wyborach i bieżących sporach. „Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja” – pisze „Der Spiegel”.
Publicystka przypomina, że Unia Europejska zaczynała jako „sojuszem z rozsądku”, a z czasem stała się projektem pokojowym, który miał zapewniać dobrobyt, wolność i bezpieczeństwo. Dziś jednak – według Rennefanz – „UE przekształciła się w obszar gospodarczy oparty na regułach: ze sztywnymi regulacjami, deficytami demokratycznymi”, a wizja dalszej integracji praktycznie zanikła.
Zobacz: Komisja Europejska zajmie się filmami AI wzywającymi do polexitu
Autorka przywołuje także próby politycznego wzmocnienia Europy podejmowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona. „Jego działania były hamowane, opóźniane i odsuwane na boczny tor przez ówczesną kanclerz Angelę Merkel. Europa nadal działała w trybie ciągłego kryzysu, nieustannie reagując” – pisze.
Rennefanz zauważa, że dziś najmniejszym wspólnym mianownikiem polityki europejskiej są projekty zbrojeniowe, choć – jak podkreśla – sama polityka odstraszania nie zastąpi projektu politycznego.
„Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły” – czytamy.
Na końcu Rennefanz wprost przełamuje dotychczasowe tabu dotyczące przyszłości UE. „Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi” – pisze w „Spieglu”.
dw.com / Kresy.pl





























