Wybuch na Cytadeli. Największy zamach w dziejach II RP?

13 października 1923 roku o godzinie dziewiątej rano Warszawą wstrząsnął potężny huk. Z okien w całym mieście powypadały szyby, a w wielu domach runęły balkony.

Źródłem eksplozji była prochownia na Cytadeli Warszawskiej, w której znajdowało się czterdzieści wagonów prochu artyleryjskiego sprowadzonego z Włoch. Siła wybuchu pozostawiła krater o głębokości dziesięciu metrów i zniszczyła znaczną część zabudowań twierdzy, w tym historyczny X Pawilon. Zginęło 28 osób, a około 90 zostało rannych, w większości kobiety i dzieci – członkowie rodzin żołnierzy. Był to największy zamach terrorystyczny w dziejach II Rzeczypospolitej, choć do dziś nie ma całkowitej pewności, czy rzeczywiście był to zamach.

Seria zamachów bombowych

Wybuch nastąpił w okresie narastającej działalności wywrotowej, inspirowanej przez Moskwę. Po klęsce w wojnie 1920 roku Związek Sowiecki nie zrezygnował z planów osłabienia Polski i przywrócenia wpływów na ziemiach utraconych po pokoju ryskim. Kreml traktował pokój z Polską jako „czasowy rozejm” w walce o ekspansję komunizmu w Europie.

W 1923 roku w całym kraju doszło do serii zamachów bombowych, wymierzonych w instytucje państwowe i prasę. Bomby eksplodowały m.in. przed redakcją „Rzeczpospolitej”, na Uniwersytecie Warszawskim, w Krakowie i Białymstoku. Działania te koordynował z Moskwy Feliks Dzierżyński, a w Warszawie nadzorował je Mieczysław Łoganowski – agent GPU pracujący w sowieckim poselstwie.

Śledztwo obciążyło KPP

Dzień po tragedii rząd Wincentego Witosa wydał oświadczenie, w którym jednoznacznie uznał eksplozję za akt terroru: „Zbrodnicza ręka dokonała w dniu wczorajszym zamachu w stolicy Państwa przez wysadzenie w powietrze prochowni w Cytadeli”.

Śledztwo wkrótce skierowało podejrzenia na dwóch oficerów Wojska Polskiego – porucznika Walerego Bagińskiego i podporucznika Antoniego Wieczorkiewicza, członków Komunistycznej Partii Polski (KPP) i tzw. Wydziału Wojskowego KPP. Obaj przebywali już w więzieniu, skazani za działalność wywrotową. Jedynym dowodem na ich udział w zamachu były jednak zeznania agenta policyjnego Józefa Cechnowskiego oraz świadków, którzy twierdzili, że tuż po wybuchu zaśpiewali w celi „Czerwony sztandar”.

Proces przed sądem wojskowym zakończył się 30 listopada 1923 roku. Obaj oficerowie zostali zdegradowani i skazani na śmierć, mimo że dowody ich winy miały charakter czysto poszlakowy. Prezydent Stanisław Wojciechowski, kierując się opinią sejmowej komisji Adama Pragiera, złagodził wyrok – Bagińskiemu darował życie, zamieniając karę na dożywotnie więzienie, a Wieczorkiewiczowi na 15 lat pozbawienia wolności.

Skazanych zastrzelił policjant

Ich losy potoczyły się jednak tragicznie. W marcu 1925 roku, podczas wymiany więźniów na granicy w Stołpcach, obaj zostali zastrzeleni przez eskortującego ich policjanta Józefa Muraszkę. Funkcjonariusz tłumaczył swój czyn pobudkami patriotycznymi (miał powiedzieć: „Sądzę, że popełniłem czyn patriotyczny, zabijając zbrodniarzy”), za co skazano go jedynie na dwa lata więzienia. Z kolei w Związku Sowieckim Bagiński i Wieczorkiewicz zostali pośmiertnie uznani za męczenników rewolucji, a ich nazwiska nadano później w PRL ulicom i szkołom wojskowym.

Do dziś nie ustalono ostatecznie, co doprowadziło do wybuchu na Cytadeli. Niektórzy historycy wskazują na możliwy sabotaż, inni – na przypadkową eksplozję spowodowaną przez robotnika, który nieostrożnie obchodził się z ogniem. Pewne jest jedno – tragedia z 13 października 1923 roku stała się jednym z najbardziej zagadkowych i dramatycznych epizodów w historii II Rzeczypospolitej, pozostając symbolem nieustającej walki Polski z sowiecką dywersją.

Kresy.pl / Polskie Radio 

Czytaj też: Traugutt nie bał się śmierci

Tagi:
forma płatności