Zmarł Krzysztof Filipowicz

Człowiek szczególnie zasłużony dla upamiętniania zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu. W sposób szczególny przysłużył się upamiętnieniu zbrodni w Porycku.

Poniżej zamieszczamy tekst red. Leszka Wójtowicza z „Dziennika Wschodniego”:

To moja ostatnia misja

– Skoro Bóg mnie ocalił, to widocznie po to, abym wypełnił konkretną misję – mówi Stanisław Filipowicz, który 61 lat temu cudem uniknął rzezi w kościele w Porycku na Wołyniu. Bulbowcy zamordowali około 200 Polaków.

Nie wygląda na swoje 76 lat. Choleryk. Szczupły, nosi się prosto, wszędzie go pełno, nie lubi sprzeciwu. Dwanaście lat temu pierwszy raz od tamtej tragedii odważył się pojechać w rodzinne strony. – Po pięknym kościele pw. Trójcy Świętej i Michała Archanioła nie było śladu – wspomina emerytowany nauczyciel z Zamościa.

Na katolickim cmentarzu było wysypisko śmieci, pasły się krowy, a na dodatek rozpoczęto budowę młyna. – Tak dalej być nie może – pomyślał. – Pomordowanym na tej ziemi Polakom należy się pamięć i szacunek.

Dzięki jego zaangażowaniu budowa młyna została wstrzymana, uporządkowano i ogrodzono cmentarz, a z Zamościa przywieziono trzy ogromne krzyże. Dwa lata temu Filipowicz uzyskał pozwolenie na ekshumację szczątków Polaków zamordowanych w Porycku i okolicach. Wszystkie spoczęły na cmentarzu przy drodze do Iwanicz. – Najważniejsze, że zastałem tam bardzo życzliwych ludzi – konstatuje.

Szczególnie ciepło wspomina Oleha Szymonowicza, który w latach 90. przewodniczył Radzie Rejonowej w Iwaniczach. – To naprawdę złoty człowiek – zapewnia Filipowicz.

W czasie jednej z wypraw natrafił na trzy kolumny z dawnej świątyni. Każda waży bez mała 10 ton.– Dwie znaleźliśmy w chlewiku, trzecia była u popa – wspomina. – To jedyna pamiątka z naszego kościoła.

Nie bez trudu przetransportowano je na cmentarz. Architekt z Lublina wykonał projekt i dokumentację techniczną kaplicy modlitewnej, ale zaczęły się schody. Filipowicz od roku zabiega o wydanie zezwolenia na realizację projektu.

Na Wołyń wyruszamy bladym świtem 21 czerwca 2004 r. Jedzie z nami kolega Filipowicza. – Przed wojną mieszkaliśmy w Kolonii Zofijówka – mówi po przekroczeniu granicy w Zosinie 73-letni Zygmunt Namroży z Wólki Panieńskiej k. Zamościa. – Ukraińcy zamordowali 26 osób. Nam udało się uciec. Najpierw trafiliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego, a stamtąd ruszyliśmy do podzamojskiego Stabrowa.

Po Kolonii Zofijówka nie ma dziś śladu. Zatrzymujemy się w Radowiczach. W lecie 1943 r. Ukraińcy zamordowali tam rodzinę Zakrzewickich. – Bardzo dobrze ich pamiętam, bo chodziłam tam bawić się z Manią – mówi 67-letnia Nadia Fić, którą oderwaliśmy od pracy w polu. – Tego dnia przyszli oddać konie, które rano pożyczyli od Zakrzewickich. Sadzą mieli pomazane twarze. Później ich zabili.

Idziemy dróżką kilkadziesiąt metrów. – Tutaj ich zakopali – pokazuje kobiecina.

Kule ukraińskich bandytów dosięgły Pauliny Zakrzewickiej oraz jej pięciu córek; najmłodsza miała pół roku. Ich szczątki spoczęły niedawno na cmentarzu w Porycku.

Tam jedziemy, chociaż Porycka już nie ma. Na mapie jest Pawliwka. Ale Filipowicz nie jedzie do żadnej Pawliwki.

Położony nad rzeką Ługą Poryck liczył przed wybuchem II wojny światowej około 2,5 tysiąca mieszkańców. Obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Przeminęło z wiatrem…

Na miejscu dawnego kościoła stoją domy mieszkalne i budynki gospodarcze. – Jakoś po wojnie go zburzyli – zastanawia się mieszkający niedaleko Józef Sekunda. – Pamiętam, że traktorami rozwalali ściany – dodaje 70-latek.

Świątynię wybudował w latach 1759-1774 jezuita Andrzej Ahorn. Na uwagę zasługiwał piękny, wielki ołtarz z cennym obrazem Matki Boskiej z XVII wieku. Kościół w stylu przejściowym z rokoka w klasyczny ufundowali Michał i Konstancja z Wielhorskich Czaccy.

Zburzono też piętrowy empirowy pałac wzniesiony w 1806 r. przez ich syna Tadeusza, historyka, ekonomistę i twórcę słynnego Liceum Krzemienieckiego. – Tutaj była szkoła powszechna, posterunek policji, urząd gminy i domy, w których mieszkali urzędnicy i nauczyciele – opowiada Filipowicz.

Ta część miasteczka nazywała się Holendernia. Dzisiaj szumią tam drzewa. Idziemy do przewodniczącej Rady Gminnej w Pawliwce. Między kawą a ciasteczkami Nina Pietrenko wyznaje z rozbrajającą szczerością, że sprawa wydania zezwolenia na ustawienie kolumn na cmentarzu nie leży w jej gestii. Odsyła nas grzecznie do władz rejonowych.

Wsiadamy do samochodu i prujemy do Iwanicz. Przewodniczący Rady Rejonowej kręci głową. – Pismo trzeba zawieźć do Łucka, do wojewódzkiego architekta – mówi Anatolij Stadnik.

Podaje szybko adres i żegna się z nami. Jest późno, na pewno nie da się już dziś niczego załatwić w stolicy Wołynia.

Wracamy do Porycka. Wstępujemy na cmentarz, po czym wyruszamy w drogę powrotną. – Ja nigdy szybko się nie poddaję – zaznacza Filipowicz. – Poprosiłem o pomoc prezydenta Kwaśniewskiego.

Mieli okazję poznać się osobiście rok temu, gdy na poryckim cmentarzu obchodzono 60. rocznicę mordów na Wołyniu. W uroczystościach wzięli udział prezydenci Polski Aleksander Kwaśniewski i Ukrainy Leonid Kuczma, którzy m.in. odsłonili pomnik Pojednania.

Zatrzymujemy się jeszcze we Włodzimierzu Wołyńskim. Tu mieszka rówieśniczka i sąsiadka Filipowicza z Porycka. Ukrainka. – Ja w tym piekle nie byłam, bo jak zaczęła się robić zawierucha, wzięliśmy swój dobytek na furmankę i przyjechaliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego – wspomina po polsku emerytowana lekarka Eugenia Chylak.

Oglądamy zdjęcia. – O tu jest mój tatuś, a tu Poryck. Jakaś defilada, może z okazji 3 Maja? – zastanawia się gospodyni. – Do tej pory mam „Trędowatą”, którą zabraliśmy z Porycka.

Dopijamy herbatę, żegnamy się i wracamy do Polski. – Miałem wtedy 15 lat – zaczął gdzieś koło Strzyżowa Filipowicz, a na szyby poleciały pierwsze krople deszczu. – W niedzielę 11 lipca 1943 r. poszedłem z rodziną do kościoła.

Mszę święta o godz. 11 prowadził ks. Bolesław Szawłowski. – Kościół był pełen ludzi zarówno z Porycka jak i okolicy – wspomina. – Nie służyłem do mszy, choć byłem ministrantem. Podczas nabożeństwa kościół został otoczony przez uzbrojone bandy ukraińskie. Rozpoczęła się strzelanina.

Zgromadzonych w świątyni Polaków ogarnęło przerażenie. Niektórzy w panice próbowali uciec ze świątyni. Kule dosięgły ich na zewnątrz. Po jakimś czasie bandyci weszli do kościoła. – Widziałem jak upadł ksiądz Szawłowski – relacjonuje Filipowicz. – Widziałem jak oprawcy stanęli przy ołtarzu i zaczęli strzelać do ludzi.

Ci, których nie dosięgły kule bandytów, zaczęli się chronić, gdzie tylko kto mógł: we wnękach, za filarami. – Ja z matką schroniłem się pod ścianą za filarem. W pewnym momencie bandyci zaczęli wnosić do kościoła słomę. Umieszczono w niej materiały wybuchowe. Byłem przekonany, że zginę tak jak inni. W gorącej modlitwie prosiłem Boga, bym zginął podczas ucieczki, trafiony w plecy.

Gdy zapalono słomę, zaczęły wybuchać pociski. Ci, którzy jeszcze żyli zaczęli się dusić od dymu. Zacząłem błagać matkę, żeby uciekać z tego miejsca, by żywcem nie spłonąć. Wydaje mi się, że matka już wtedy była ranna, lecz nic mi nie mówiła. Usłuchała mej prośby i zaczęliśmy przesuwać się pomiędzy trupami w kierunku wyjścia. Gdy znaleźliśmy się na korytarzu, który otaczał główną nawę kościoła, poczułem silny przeciąg i gwizd kul. W tym czasie matka upadła zastrzelona. Biegłem dalej do wyjścia. W pewnym momencie zobaczyłem starszą siostrę, 18-letnią Józefę. Była ranna, leżała we krwi, błagała o pomoc. Usiłowałem ją podnieść, lecz nie dałem rady. Powiedziałem, że sprowadzę pomoc. Wtedy na wprost głównego wyjścia zobaczyłem bandytów. Strzelano do mnie. Upadłem i zacząłem z powrotem czołgać się do kościoła.

Wbiegł na schody prowadzące na wieżę świątyni. Szybko przypomniał sobie, że parę lat wcześniej ksiądz Szawłowski kazał zamurować drzwi prowadzące na strych nad korytarzem otaczającym główną nawę świątyni. Z kilkoma mężczyznami wybili otwór, przez który z trudem przedostali się na strych. – Tam przeleżałem kilka godzin. Zaczął padać deszcz. Woda bębniła w dach tuż nad moją głową. Płakałem i dzwoniłem ze strachu zębami.

Kryjówkę opuścił, gdy bandyci oddalili się z miejsca rzezi. W kałużach krwi leżały trupy. Gdzieniegdzie dochodził cichy jęk umierających. Siostra Józefa jeszcze żyła. Stanisław pobiegł do domu o opowiedział ojcu, co się stało w kościele. Najpierw przywieziona została starsza siostra. Na swoim łóżku skończyła życie. – Później ojciec przywiózł matkę, młodszą siostrę, czyli trzynastoletnią Genowefę, i pięcioletnią siostrzenicę – wspomina patrząc przez szybę samochodu het daleko.

Wszystkie zginęły od kul ukraińskich bandytów. – Rano ojciec wraz ze znajomymi wykopali na cmentarzu mogiłę. Tam położono moją matkę, siostry i siostrzenicę. Umarłych zakryto deskami i zasypano ziemią. Odmówiliśmy modlitwę i wróciliśmy do domu.

Zaczynało zmierzchać, gdy wróciliśmy do Zamościa. Po deszczu powietrze było rześkie.

To nie była moja pierwsza podróż na Ukrainę.

Leszek Wójtowicz

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz