Wilno pod flagą biało-czerwoną [+FOTO]

30 kwietnia Wilno znów mieniło się bielą i czerwienią. Marszem Solidarności przypomnieli o sobie Polacy Wileńszczyzny tłumnie wychodząc na ulice Wilna i manifestując przywiązanie do swojej tożsamości narodowej. Wraz z nimi maszerował redaktor naszego portalu

Pobyt na Wileńszczyźnie rozpocząłem w Solecznikach i tam właśnie usłyszałem o Marszu Solidarności od niemal każdego napotkanego rozmówcy. Zapraszał na marsz sam dyrektor rejonowej administracji Józef Rybak. Mówił o nim Michał Sienkiewicz – moralny autorytet miejscowych sportowców, były przewodniczący Komitetu Olimpijskiego Litwy i organizator lokalnego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” kontynuującego tradycję polskiej organizacji sportowej jeszcze z czasów zaboru, którego miałem szczęście napotkać w lokalnej restauracji. Także wielu nauczycieli i uczniów miejscowego polskiego Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego wspominało o tym co postrzegali najwyraźniej jako długo wyczekiwaną okazję do zamanifestowania swojego istnienia. Nieprzypadkowo to właśnie nauczyciele polskich szkół z entuzjazmem mówili o marszu. Najbardziej dotkliwymi atakami władz litewskich są te wyprowadzane w polskie szkoły. Zdominowana przez litewskie partie rada miejska Wilna i magistrat z uporem dąży do degradacji czterech polskich szkół w mieście do poziomu podstawówek.

Soleczniki czyli wśród swoich

Soleczniki to inny świat. Tutaj Polacy są w większości. Rejon solecznicki jest najbardziej polskim na Litwie – 79% jego mieszkańców to nasi rodacy. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zbiera tu rekordowe poparcie. Jej lokalny lider Zdzisław Palewicz został w zeszłym roku wybrany na kolejną kadencję na stanowisku mera rejonu z rekordowym, na skalę kraju, poparciem – 77,5%. To wynik wręcz fenomenalny bo niemal równy proporcji polskich mieszkańców rejonu. Uwidacznia tę cechę, która, znając życie społeczne w Polsce, jawi się jako jeszcze bardziej fenomenalna – poczucie jedności i solidarności jakie łączy tutejszych Polaków. Kontrastuje ono z panującą w Polsce i dobrze utrwaloną kulturą anarchii i awantury, jaka rządzi naszą polityką czy nawet relacjami sąsiedzkimi. Tutejsi Polacy jednoczą się na społecznym poziomie poprzez rozbudowaną siatkę kół Związku Polaków na Litwie, co na poziomie politycznym objawia się właśnie sukcesami Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, która zbiera we wszystkich możliwych wyborach znaczną większość polskich głosów.

W Solecznikach zatem rządzą swoi. Lokalni politycy potrafią wykorzystać te skromne kompetencje jakie ustrój Litwy przyznaje samorządowi by ocalić to co najważniejsze – szkoły. Ważna jest też pomoc z Polski. Także dzięki niej polskie Gimnazjum im. Śniadeckiego ma duży, wyremontowany budynek, zdolny pomieścić ponad 700 jego uczniów. To o około 200 więcej niż w sąsiednim Szkoły Tysiąclecia – litewskiej placówce założonej bezpośrednio przez litewskie Ministerstwo Oświaty i pozostającej na jego garnuszku. Mimo basenu i ogromnego metrażu powierzchni użytkowej, najwyraźniej przegrywa ona ze szkołą polską.

Oczywiście wszędzie znajdą się malkontenci. Tutaj jednak stanowią margines. Lokalna liderka litewskiego Ruchu Liberałów Julia Mackiewicz, większą część aktywności politycznej poświęcająca krytykowaniu AWPL i lokalnych władz, poniosła druzgocącą w wyborach na mera, zdobywając niemal osiem razy mniej głosów niż Palewicz kandydujący z ramienia polskiej partii. Stało się to zresztą przyczyną skierowania ostrza jej krytyki na całą społeczność rejonu, którą początkujaca polityk określila jako „getto”. W wywiadzie dla portalu Delfi, znanego z ataków na społeczność polską, Mackiewicz bulwersowała się, że „mieszkańcy Solecznik nie utożsamiają siebie z Litwą”. Sama Mackiewicz zadeklarowała, że nie czuje się Polką, publicznie określa się jako „tutejsza”. Jej działalność wywołuje u moich rozmówców raczej uśmiech politowania niż złość. Ale stanowi też dla nich ważne memento – Mackiewicz jest bowiem, co znamienne, absolwentką litewskiej Szkoły Tysiąclecia.

W popularnym Śniadeckim grupa jego uczniów, udzielająca się także w sportowym „Sokole”, odbiera od wolontariuszy Fundacji Studia Wschód (wrocławskiego, nie mylić z tym warszawskim, prowadzonym przez Marię Przełomiec), pokaźną liczbę biało-czerwonych flag. Zebrała je młodzież z Dolnego Śląska. Przydadzą się na jutrzejszym marszu. Wkraczający w dorosłość uczniowie udzielają wywiadu redaktor Grażynie Orłowskiej-Sondej. Żaden z nich nie ma wątpliwości, że zbliża się ważne wydarzenie. Niektórzy mówią o dyskryminacji jaka ich spotyka. Trzeba wyjść i się pokazać. Pokazać, że żyjemy i mamy swoje prawa – podsumowują.

Na Wilno

30 kwietnia ruch w okolicach Gimnazjum im. Śniadeckiego zaczyna się już około godziny 10. Pierwsi pojawiają się najmłodsi jego uczniowie w asyście rodziców. Autobus już czeka. To jeden z dwóch, które wyjadą na wileński marsz spod polskiej szkoły. Z całego rejonu wyjedzie ich dziesięć. Stopniowo przybywają kolejni uczniowie, także ci najstarsi, grupa to niemal pełen przekrój wiekowy. Nastolatki jak to nastolatki – szukają okazji do śmiechu i kawału. Wśród młodszych, szczególnie tych w mundurach harcerstwa prowadzonego przez jedną z nauczycielek, na twarzach rysuje się poczucie przejęcia swoją rolą. Jeden z uczniów pojawia się w szlacheckim kontuszu. Będzie trzymał herb szkoły. Nie brak strojów ludowych. To najpewniej członkowie miejscowego zespołu ludowego – Zespołu Pieśni i Tańca „Solczanka”. Niezwykle charakterystycznym na Wileńszczyźnie jest właśnie żywotność tradycyjnej sztuki. Zespoły ludowe są w regionie niezwykle liczne. Młodzi uczestniczą w nich dość chętnie i w aktywności tej nie ma nic wymuszonego. Wileński marsz będzie wprost mienił się barwami strojów ludowych.

Po kilkudziesięciominutowej podróży do Wilna, niewątpliwie umilanej przez krajobraz jego okolic, autobus zatrzymuje się blisko Placu Niepodległości na którym wznoszą się gmachy litewskiego parlamentu. Zadziwia doskonała organizacja. Plac o niemałej powierzchni zapełnia się błyskawicznie. Znaczna grupa Polaków z rejonu solecznickiego ustawia się na Prospekcie Giedymina. Na przecznicy – ulicy Obrońców zbierają się z kolei przybysze z otaczającego miasto rejonu wileńskiego, kolejnego z dwóch rejonów, gdzie Polacy stanowią większość mieszkańców. Formowanie szyku przebiega zadziwiająco gładko, w czym pomaga służba porządkowa, która jednakże radzi sobie bez żadnego nagłośnienia. Wszyscy po prostu komunikują się ze swoim merem, radnym, nauczycielem czy sąsiadem. Atmosfera – w sensie klimatu, i w sensie humorów – doskonała. Wszyscy widzą już, że marsz jest sukcesem, bo jest największą manifestacją w Wilnie od trzech lat… czyli od poprzedniego marszu Polaków z okazji Dnia Polonii i Polaków poza granicami. Ostatecznie impreza to także miejsce spotkań dawno niewidzianymi znajomymi, stąd plac szybko pobrzmiewa ożywionymi rozmowami przedzialnymi kolejnymi uściskami dłoni. I znów okazuje się jak bardzo zintegrowana jest ta społeczność, gdy mieszkańcy odległych od siebie zakątków Wileńszczyzny łatwo wpadają w rytm rozmowy jakby widzieli się wczoraj.

Wszyscy jak jeden

Pochód rusza. Powiewa nad nimi morze polskich flag. Zebrani dobrze wiedzą, że świętują także, niejako awansem, Dzień Flagi. Wśród biało-czerwonych są jednak także trójkolorowe flagi Litwy. Na czele pochodu marszowa orkiestra pomagająca wdrożyć się w rytm. Idą Polacy w każdym wieku, w kolumnach odpowiadających miejscom zamieszkania. Najliczniejsze są oczywiście te z rejonu wileńskiego, solecznickiego i samego Wilna. Ta pierwsza prowadzona jest przez niekwestionowanego lidera społeczności Waldemara Tomaszewskiego, Mieszkańcy rejonu solecznickiego podążają za merem Palewiczem i dyrektorem Rybakiem. Za nimi najbardziej zróżnicowana grupa Polaków z Wilna. Są przedstawiciele tych gmin etnicznie polskiej Wileńszczyzny, które litewscy biurokraci odcięli od niej, po to by je skleić w ramach rejonów administracyjnych z obszarami o większości litewskiej. Widać pokaźne grupy mieszkańców rejonów trockiego, święciańskiego, ale też malackiego, jezioroskiego i szyrwinckiego. Ale są również Polacy spoza Wileńszyczny. Z obszarów gdzie niegdyś rozbrzmiewała polska mowa, skutecznie wyrugowana przed wojną przez przedwojenne państwo litewskie, którego władze i wówczas miały do Polaków ciężką rękę. Są ostatni rodacy z Laudy, Wędziagoły, Kiejdan, Druskiennik, Poniewieża. Są nawet Polacy z portowej Kłajpedy czy reprezentantka odległego miasta Szawle. Uświadamia to jak rozległa jest polska kraina na Litwie. Namaszczenie z jakim miejscowi dzierżą tabliczki z nazwami swoich miast, przypomina mi, że każdy z nich ma na Wileńszczyźnie korzenie, których głębokość można liczyć wiekami i dziesiątkami pokoleń jej mieszkańców. Korzenie, których ja sam nie mam wrośniętych tak głęboko na rodzinnym Dolnym Śląsku.

Idą mieszkańcy swoich miejscowości. Ale i ci którzy określają się przez przynależność do polskiej organizacji społecznej, polskiego klubu sportowego, zespołu ludowego, polskiej szkoły. Uświadamia to jak pełne i bogate jest życie kulturalne tutejszych społeczeństw, nieporównywalne z życiem jakiejkolwiek innej wspólnoty polskiej poza obecnymi granicami Rzeczpospolitej. I jak bardzo jest ono uspołecznione. Ci ludzie zakorzenieni tak bardzo w lokalnej przestrzeni, w swojej małej ojczyźnie stanowią żywą społeczność, kontrastującą z powszechną atomizacją w wielkich polskich miastach, wypełnionych często tłumem wyalienowanych, samotnych jednostek.

Witalna Wileńszczyzna

Na wiecu nie ma żadnej polityki. Waldemar Tomaszewski, bez nieodłącznego zazwyczaj krawata, tego dnia ginie w tłumie. Nie ma też żadnych, nawet najbardziej usprawiedliwionych skarg. To manifestacja woli trwania, manifestacja witalności polskiej społeczności. Sama w sobie zresztą i tak jest sukcesem jej politycznych liderów. Marsz organizowany jest przed Związek Polaków na Litwie pod hasłem solidarności. Wieloletni prezes ZPL Michał Mackiewicz jest jednocześnie posłem AWPL w litewskim Seimasie. Impreza niewątpliwie potwierdza rolę obu wspomnianych działaczy jako autentycznych liderów polskiej wspólnoty.

Najpewniej nie wszystkim to w smak. Z chodnika pochód obserwuje z nietęgą miną Aleksander Radczenko. To wieloletni pracownik kancelarii litewskiego rządu. Obecnie dosłużył się stanowiska wicedyrektora departamentu prawnego. Ten dawny anarchista a obecnie zdeklarowany liberał na niwie publicystycznej wyżywa się głównie w krytyce polskiej partii i jej domniemanego nacjonalizmu. Wraz z nim stoi publicysta z Polski Piotr Maciążek, który w niegdysiejszej polemice udowadniał mi, że rodacy na Wileńszczyźnie nie przedstawiają dla Rzeczpospolitej takiej wartości jak dobre relacje z Republiką Litewską. I tym razem Maciążek dał upust swojej niechęci do miejscowych Polaków określając w swoim bieżącym komentarzu na Facebooku ich marsz jako „przaśny”, tymczasem według niego „Polska musi być tutaj sexi”.

To co dla zblazowanego i wykarmionego miazmatami warszawskich salonów, i na pierwszy rzut oka przedwcześnie podtatusiałego młodzieńca jest przaśne, dla mnie jest dowodem oryginalnej witalności tej społeczności. Te wszystkie kontusze, ludowe stroje i przyśpiewki, harcerskie pozdrowienia są tutaj autentyczne. Nie są atrapą, przedstawieniem, są żywe, realne, nie skamieniałe, lecz rozwijają się codziennie i oddają codzienną rustykalną rzeczywistość sporej części mieszkańców Wileńszczyzny. To piękne. Nie tylko dla mnie. Na marszu spotykam Irka – starego znajomego mieszkającego obecnie w Warszawie. Irek jest pod wrażeniem Kresów od kilku lat, od czasu gdy po raz pierwszy ruszył w pielgrzymkę na Wileńszczyznę. Zaznajomiony z młodzieżą z Zespołu Pieśni i Tańca „Wilia”, którego status można chyba tutaj nazwać kultowym, sam złapał bakcyla, wróciwszy do Warszawy sam wstąpił do zespołu ludowego.

Jednak barwna kultura ludowa nie wyczerpuje Wileńszczyzny. Rosłe chłopaki w skórzanych kurtkach o wyglądzie zaangażowanych fanów metalu, czy ci noszący się po sportowemu, którzy lubią walkę chyba nie tylko w ringu. Stateczni mieszczańscy krawaciarze. Olśniewające słowiańską urodą dziewczyny w strojach cheerleaderek. Wileńszczyzna, jak mała Polska, świat sam dla siebie, ma to wszystko.

Duch polskości w Ostrej Bramie

I to wszystko przetacza się przez najbardziej reprezentatywną ulicę Wilna, przez Plac Katedralny, u stóp Góry Zamkowej, ku Ostrej Bramie – temu duchowemu centrum Wileńszczyzny. Pochód przykuwa uwagę przechodniów. Na twarzach wielu zaskoczenie miesza się z pewnego rodzaju niesmakiem. Najwyraźniej nie wszystkim Litwinom podoba się ta manifestacja polskości rdzennych mieszkańców regionu. Nie brak jednak i przyjaznych reakcji. Także i ze strony licznych tego dnia turystów z Polski. Niestety i oni wydają się zaskoczeni. Piszę niestety, gdyż najwyraźniej wielu mieszkańców Polski nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, że tuż za, nie tak starą przecież, granicą egzystuje kilkaset tysięcy rodaków. Rodaków, którzy nie są emigratnami i nie muszą nigdzie wracać, ale u siebie tak bardzo jak tylko można być.

Napotkana przeze mnie wileńska radna AWPL Edyta Tamosiunaite przekazuje dane nadzorujących marsz funkcjonariuszy policji. Mówią oni o 8 tysiącach manifestantów. Ustawiam się przy Górze Zamkowej by prześledzić kolumnę od początku do końca. Jej przemarsz trwa ponad 20 minut. W mojej ocenie zgromadził więcej niż te oficjalne 8 tysięcy.

Czoło pochodu dociera do stóp Kaplicy Ostrobramskiej. Mszę celebruje proboszcz z podwileńskiej Mejszagoły ks. Józef Aszkiełowicz, laureat lokalnego plebiscytu, „Polak roku 2015”. „Chciałbym wypowiedzieć moją wdzięczność Bogu, że jesteśmy wszyscy razem” – rozpoczął kapłan – „wszyscy razem tworzymy niepodzielny granicami naród polski. Niezależnie od tego gdzie mieszkamy”. „Jesteśmy jednym narodem. Łączy nas język, wiara, tradycja i kultura” – zaznaczał ks. Aszkiełowicz. Mówił o odrodzeniu polskości „jak feniks z popiołów” ale też o obronie tradycyjnej cywilizacji Europy, aby „nie stała się kalifatem”. „Trzeba rzucić siebie na szaniec” i „dorosnąć do polskości” – dodawał już po Mszy przed kamerą wrocławskiego Studia Wschód.

Po Mszy Świętej Polacy zbierają się pod miejskim ratuszem. Na rozległym placu gromadzą się widzowie, którzy najpierw oglądają występ zespolów ludowych by potem dać się ponieść gościom z Polski czyli „Golec uOrkiestrze”. Górale nawiązują świetny kontakt z widownią, wśród której niektórzy znają ich piosenki, żywo reagując na ich wykonanie. Widownię przerzedza jednak znaczne ochłodzenie i deszcz. „Przeżyłam bardzo dobrze ten dzień. Naprawdę sprawiło to wielkie wrażenie. Zobaczyliśmy i przekonaliśmy się, że jest nas dużo, że wciąż umiemy się zorganizować, zebrać się” – mówi Jowita Szyszkowska z solecznickiego gimnazjum. „Czuje się ten duch polskości i czuje się, że Polacy są jedną rodziną” – dodaje jej szkolna koleżanka Ewelina Czetyrkowska. Siedząc w autobusie do Solecznik pytam się siebie w duchu czy my w Polsce to widzimy i czujemy.

Tego dnia Wilno znów było biało-czerwone. A ja jeszcze raz z pokorą i dumą zarazem maszerowałem wraz z rodakami z Wileńszczyzny. Razem z ludźmi dla których polskość to nie jest banał, czy tylko ordynarna proza życia. To codzienne wyzwanie, codzienne mniejsze lub większe wyrzeczenia, codzienne koszty zachowania wierności sobie samemu i tożsamości przodków.

Karol Kaźmierczak

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz