Bartosz Cichocki ocenił, że na Ukrainie trwa antypolska kampania, a tamtejsza debata publiczna nie dopuszcza polskich argumentów w sprawie UPA. Były ambasador RP w Kijowie mówił też o systemowym dyskryminowaniu polskiej mniejszości na Ukrainie od 1991 roku. W jego ocenie obecny kryzys może doprowadzić nawet do zerwania stosunków dyplomatycznych.

W wywiadzie dla Radiowej Trójki z 24 kwietnia Cichocki mówił o trudnej sytuacji polskiej mniejszości na Ukrainie. Były ambasador RP w Kijowie oświadczył, że od 1991 roku Polacy na Ukrainie są dyskryminowani przez państwo ukraińskie.

„W Polsce jest tego świadomość na takim poziomie ludowym, że polska mniejszość na Ukrainie w sposób systemowy, od góry, przez państwo ukraińskie, jest od 1991 roku dyskryminowana. Może nie dochodzi do ulicznych pobić, ale może dochodzi do czegoś gorszego. Wierni nie mają prawa odzyskać kościołów. Szkolnictwo polskie jest ograniczane i tak dalej” — powiedział Bartosz Cichocki w Radiowej Trójce.

„My tego nie podnosimy zazwyczaj na szczeblu państwowym w imię jakiegoś większego dobra, ale wszyscy którzy podróżują, którzy mają kontakty i rodzinne związki, wszyscy to doskonale wiedzą. Im bliżej granicy z Polską, tym gorzej” — dodał.

Czytaj też:

Ukraińcy odebrali siedzibę Polakom ze Lwowa

Były lider Prawego Sektora: Polacy na Ukrainie byli okupantami, a Ukraińcy mieli prawo ich zabijać

„Często jesteśmy wyzywani”. Pogoń Lwów na skraju upadku i w centrum polsko-ukraińskich napięć

Na Ukrainie trwa antypolska kampania

W rozmowie z Interią dzień wcześniej Cichocki wskazał, że po stronie ukraińskiej nie ma gotowości do refleksji nad decyzjami prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

„Niestety, na Ukrainie jest to dzisiaj niemożliwe. Nie ma refleksji nad tym, czy prezydent Zełenski postąpił optymalnie. Jest antypolska kampania, w której nikt nie chce słuchać naszych argumentów. Ten stadny odruch świadczy o tym, że Ukraina nadal nie uporała się z dziedzictwem poradzieckiego autorytaryzmu. Po dwóch tygodniach sporu Ukraina jest dalej Europy, a nie bliżej. Nawet nie przez decyzje ws. UPA czy Andrija Melnyka, ale przez charakter debaty publicznej” — powiedział w wywiadzie dla Interi.

Cichocki ocenił, że takie nastawienie utrudni wyjście z kryzysu. Według niego na Ukrainie brakuje gotowości do szukania źródła problemu po własnej stronie.

„Tak, to bardzo utrudni wyjście z kryzysu. Tam nie ma chęci poszukiwania źródła problemu po swojej stronie. A jeśli Ukraińcy będą uznawać, że wszystko zrobili dobrze, a tylko druga strona wszystko robi źle, to nie rokuje to dobrze na przyszłość” — dodał były ambasador.

Spór o UPA i Melnyka

Cichocki przypomniał, że Wołodymyr Zełenski wcześniej unikał dopisywania się do dziedzictwa UPA. Wskazał, że ukraiński prezydent stawiał na postaci i symbole jednoczące, a przed pełnoskalową wojną społeczeństwo ukraińskie było mocno podzielone w ocenie UPA i Stepana Bandery.

„Prezydent Zełenski – mam nadzieję, że w tym kryzysie to nie zostanie zapomniane – wprawdzie nie wycofał odziedziczonych po poprzednikach decyzji, ale konsekwentnie unikał i nie dopisywał się do dziedzictwa UPA. On stawiał na postaci, na zjawiska, na organizacje jednoczące. Pamiętajmy, że przed pełnoskalową wojną Ukraińcy byli bardzo głęboko podzieleni co do stosunku do UPA, Bandery itd.” — mówił Cichocki.

Były ambasador RP w Kijowie wskazał także na wcześniejsze gesty Zełenskiego wobec Polski, w tym wspólne z prezydentem Andrzejem Dudą oddanie hołdu ofiarom zbrodni wołyńskiej w Łucku w 2023 roku oraz odblokowanie polskich poszukiwań i ekshumacji na Ukrainie.

„I nagle, z niezrozumiałych dla nikogo przyczyn, nawet na Ukrainie, bo w prywatnych rozmowach moi znajomi mi to przyznają, wynosi na cywilne ołtarze UPA i Andrija Melnyka. I to powoduje w Polsce szok i wyolbrzymienie reakcji. Ale proszę zwrócić uwagę, że ta reakcja nastapiła z tygodniowym opóźnieniem” — powiedział.

Krytyka reakcji polskich władz

„27 maja – dzień po podpisaniu dekretu o bohaterach UPA przez prezydenta Zełenskiego – na Cyprze spotykają się wicepremier Radosław Sikorski z ministrem Andrijem Sybihą. Panowie fotografują się uśmiechnięci z nową książką premiera Sikorskiego i prawdopodobnie temat gloryfikacji tego, co nie powinno być w Europie w XXI wieku gloryfikowane, znowu nie jest podnoszony. Jaki z tego wniosek może wyciągnąć strona ukraińska? Że Polaków to nie interesuje, że Polska nie będzie zajmowała stanowiska w tych sprawach” — dodał.

Według Cichockiego późniejsze publiczne postawienie przez prezydenta Nawrockiego wyboru przed Zełenskim doprowadziło do sytuacji bez łatwego wyjścia.

„Prezydent Zełenski, jak każdy polityk z krwi i kości, nie lubi się cofać przed publiczną presją. Piąty rok nie cofa się przed zbrojnym szantażem Putina. Wielokrotnie obronił się przed brutalną presją ze strony na przykład prezydenta Donalda Trumpa. Nie będzie się cofał pod presją publiczną prezydenta Polski. Tym bardziej, że ze strony polskiego rządu płynęły niejednoznaczne sygnały. Prezydent Zełenski mógł błędnie uznać, że obejdzie prezydenta Nawrockiego, rozegra te partię wewnątrz Polski” — ocenił.

Zwrot odznaczeń i paraliż dialogu

„Dalej co się dzieje? Kryzys po stronie ukraińskiej rozlewa się z poziomu politycznego na poziom urzędowy. Szef jego administracji zwraca order, minister Sybiha zwraca order, ambasador Bodnar zwraca order. Ja pamiętam czasy kryzysu ekshumacyjnego za czasów prezydentów Dudy i Poroszenko. Administracje obu państw, z ministrami Krzysztofem Szczerskim i Kostiantynem Jelisejewem na czele, cały czas zachowywały zdolność dialogu i komunikacji. One nie uczestniczyły bezpośrednio w publicznym konflikcie. A teraz wysocy urzędnicy państwa ukraińskiego wykluczają się z dialogu z Polską, bo okazują publicznie Polsce brak szacunku” — powiedział Cichocki.

W jego ocenie obecna sytuacja utrudnia podjęcie rozmów przez prezydentów obu państw i ich zespoły.

„Ja sobie nie wyobrażam, żeby w tej sytuacji prezydent Nawrocki i jego zespół mógł podjąć z prezydentem Zełenskim i jego zespołem dialog. Na Ukrainie powinni sobie zdać sprawę, że Karol Nawrocki w polskiej polityce zostanie na długo. A my musimy sobie zdać sprawę, że Wołodymyr Zełenski zostanie na długo na czele państwa ukraińskiego. I mamy paraliż, jakiś rodzaj skasowania relacji między państwami sąsiednimi w warunkach rosyjskiej pełnoskalowej inwazji” — dodał.

Ostrzeżenie przed zerwaniem stosunków dyplomatycznych

Cichocki przyznał, że sam zwrócił ukraińskie odznaczenie. Podkreślił, że decyzje urzędujących ministrów i ambasadorów mają inny ciężar, bo obciążają dialog międzypaństwowy.

„Polska strona rozumie, że z sąsiadem trzeba rozmawiać i nie można mostów zrywać. Po stronie ukraińskiej tej refleksji zabrakło, a za chwilę mamy duże wydarzenie gospodarcze w Gdańsku i kolejną rocznicę zbrodni wołyńskiej w połowie lipca. Potrzebna będzie kreatywności i odwaga polityczna, żeby nie doprowadzić do dalszego pogorszenia kryzysu” — powiedział były ambasador.

W rozmowie z Interią Cichocki nie wykluczył nawet zerwania stosunków dyplomatycznych.

„Podkreślam: może, ale nie musi. Niech obie strony bardzo teraz ważą słowa. Jestem zaskoczony, że tak zasłużony dyplomata jak Andrij Sybiha, oddając polskie odznaczenie, opublikował obraźliwe oświadczenie. Spiker Werchownej Rady Rusłan Stefańczuk, przyjaciel Polski, też obraża. Po co to robić? Można oddać order i kropka” — stwierdził.

Kresy.pl/Interia/Polskie Radio

Tagi: , , ,
forma płatności