„I nie mogę nie zadać pytania, które wielu Ukraińcom może wydać się niepoprawne: jeżeli rzeczywiście polskie szacunki ofiar są tak przesadzone, to czemu niemal wszystkie prośby o zgodę na dokonanie ekshumacji osób zamordowanych przez UPA spotykają się z negatywną reakcją ukraińskich władz? Przecież nie ma prostszego sposobu na rozstrzygnięcie sporu, niż analiza szczątków dotąd spoczywających w bezimiennych mogiłach.”

W numerze 2/2012 (XXII) dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia” została opublikowana recenzja polskiego historyka Grzegorza Motyki. Ocenie została poddana książka Wołodymyra Wiatrowycza „Druha polśko-ukrajinśka wijna 1943-1947”.

Można – moim zdaniem – powiedzieć teraz śmiało o zaistniałej polemice pomiędzy tymi dwoma panami. Dotychczas odnosiłem wrażenie, że wyczyny (tendencyjne wypowiedzi i fałszerstwa) Wołodymyra Wiatrowycza są ignorowane przez poważnych polskich historyków z bardzo prostego powodu – Wiatrowycz nie jest partnerem dla renomowanych naukowców, ponieważ nie jest w istocie historykiem, ale propagandzistą.

To taki „historyk” na etacie (był, już nie jest, po porażce Juszczenki) Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.

Grzegorz Motyka zwrócił, owszem, uwagę na ten specyficzny charakter kariery naukowej Wiatrowycza, jednak ta polityczna trampolina, która uczyniła z niego „jedną z pierwszoplanowych postaci kreujących ukraińską pamięć historyczną”,nie budzi od początku u polskiego recenzenta żadnych negatywnych skojarzeń z „zadaniowymi” „historykami” epoki totalitarnej. Dopiero na końcu swojej analizy dochodzi do zbliżonych wniosków.

Według Motyki w opracowaniach „dało się jednak … zauważyć niepokojącą tendencję do pomijania niewygodnych tematów w historii tych organizacji (OUN-UPA) oraz apologetyczne traktowanie ich uczestników”. To bardzo łagodna ocena, gdy jest już wiadomo, że Wiatrowycz został przyłapany na wprowadzaniu do obiegu naukowego ewidentnych fałszywek, sfabrykowanych dokumentów wybielających OUN-UPA. Albo pan Grzegorz Motyka nie śledzi na bieżąco pojawiających się na zachodzie opracowań z zakresu swoich zainteresowań badawczych, albo fakty te świadomie pomija. Chyba jednak nie jest na bieżąco, ponieważ robi wrażenie, że Wiatrowycz naprawdę go zirytował.

Cytaty z recenzji:

Z … rozczarowaniem przyjąłem jego ostatnią książkę. W rzeczywistości nie jest ona nawet pracą naukową, a luźnym historycznym szkicem”. (…) „Choć może należałoby raczej powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju mowy obrończej wygłoszonej przez zdolnego, ale zaangażowanego emocjonalnie w sprawę adwokata.” (…)
„Wiatrowycz pisze pod z góry założoną tezę, odrzucając lub pomijając wszelkie argumenty i fakty, które do niej nie pasują.”

Grzegorz Motyka z powodu znacznych rozmiarów „słabości”(znowu za delikatnie – gdy ktoś pisze całą książkę kłamstw, aby je sprostować, należałoby napisać nawet większych rozmiarów książkę) postanowił ograniczyć się do kilku najważniejszych kwestii.

1) Próba udowodnienia, że nie było rozkazu OUN-B nakazującego wymordowanie polskiej ludności.

Zdaniem Motyki Wiatrowycz kręci, manipuluje, pomija, stronniczo interpretuje, a na końcu użyte w książce „retoryczne chwyty sprawiają, że znakomita większość czytelników zamknie ją z przekonaniem, że OUN nie wydawała żadnych rozkazów w sprawie polskiej.”Motyka stawia kropkę nad „i” pisząc, że to Kłaczkiwśkij („Kłym Sawur”) wydał rozkaz eksterminacji, zaaprobowany przez Centralny Prowyd OUN-B i zaakceptowany później przez Szuchewycza.

2) Hipoteza „buntu ludowego”, „odgrzana” przez Wiatrowycza.

Ta wersja wydarzeń była głoszona przez banderowców już w czasie trwania II Wojny Światowej. Niestety, nie ma na nią żadnych dowodów. Nie udało się znaleźć ani jednego przypadku wymordowania polskiej wsi przez ukraińskich chłopów bez udziału bojówek OUN-UPA. Motyka kpi z „metodologii”autora, nie potrafiącego podać ani jednego faktu„spontanicznego”mordu, bo „nie przeszkadza mu to utrzymywać, że takie zjawisko było szeroko rozpowszechnione na Wołyniu”. (…) „Przymusowo mobilizując chłopów do antypolskich czystek, OUN najpewniej planowała rozprawę z częścią Polaków przedstawić jako „ludowe” samosądy”.”

3) Kłamstwo Wiatrowycza o mordzie w Paroślach – „Przekłamana wioska”.

To pierwszy chyba zauważony przypadek, gdy Grzegorz Motyka nazwał dość zdecydowanie kłamstwo – kłamstwem. Ale nic dziwnego, bo został dotknięty osobiście. „Wiatrowycz polemizuje bowiem z moją hipotezą, że wieś Parośle została wymordowana 9 lutego 1943 roku przez pierwszą sotnię UPA” (…) „Broniąc członków pierwszej sotni przed zarzutem napadu na wioskę, Wiatrowycz w swym retorycznym zapędzie przekracza granicę dobrego smaku.”

Na Ukrainie ujawnił się, żyje, opowiada a nawet pisze książki jeden z członków tej sotni mordującej w Paroślach. Dlaczego organizacje kresowe nie wnioskują o przynajmniej przesłuchanie przez właściwą prokuraturę IPN tego człowieka, w charakterze jeśli nie podejrzanego, to przynajmniej świadka? Prokuratorzy mówią, że nie mają nazwisk. Oto jest człowiek, podaje swoje nazwisko, prawdziwe i przybrane, nie ukrywa się, a co robi prokurator IPN? Wydaje się, że nic. Może potrzebuje społecznego wsparcia?

4) Wiatrowycz utrzymuje, że we wschodniej Galicji konflikt również zapoczątkowali Polacy, chcąc się zemścić za Wołyń.

Grzegorz Motyka przytacza fakty, które obnażają fałszywość tej tezy.

Kolejny raz recenzent jest zmuszony wskazywać na liczne manipulacje Wiatrowycza, co jest niewątpliwie żmudnym i czasochłonnym zajęciem. Aby nie naprowadzić czytelnika na trop Szuchewycza jako tego, który wydał rozkaz o rozpoczęciu „akcji antypolskiej” w Galicji, miłośnik UPA po prostu nie dał odnośnika do tego dokumentu, w całej książce nie ma odwołania do tej wypowiedzi naczelnego dowódcy UPA. Motyka przypomniał, że jeden z działaczy OUN napisał: „opór polskich samoobron zmalał do tego stopnia, że ukraińskie środki robią wrażenie niemieckich akcji przeciwko Żydom. (…) uważam, iż osiągnęliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Czy z Galicji wyjedzie jeszcze tysiąc Polaków mniej czy więcej, nie gra już roli.”

„Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że jedna tylko sotnia „Siromanci” zabiła więcej Polaków niż wszystkie galicyjskie oddziały AK Ukraińców”– uważa polski historyk.

5) „Wojna” polsko-ukraińską rozpętali Polacy na Chełmszczyźnie w 1942 roku zabijając wielu niewinnych i bezbronnych Ukraińców.

„To twierdzenie oderwane od faktów”– odpowiada Grzegorz Motyka. „Pierwsze masowe mordy Ukraińców dokonane polskimi rękami w tym rejonie zostały odnotowane dopiero w maju 1943 roku”.Z braku argumentów Wiatrowycz próbuje podciągnąć pod kategorię „polskie ataki na wioski ukraińskie”pacyfikacje niemieckie, uzasadniając to rzekomymi „polskimi donosami”. Z tym polski historyk rozprawia się krótko:

„Na temat skali donosicielstwa i jednocześnie wiarygodności ukraińskich informatorów w jednym z raportów, z 6 listopada 1940 roku, niemiecki starosta w Hrubieszowie napisał:

„Oczywiście pochodzące od Ukraińców donosy należy traktować z dużą ostrożnością, ponieważ ich informacje potwierdziły się tylko w kilku przypadkach. (…) Zalew informacji od Ukraińców przysparza niemieckim władzom znaczną ilość dodatkowej pracy”.

Jeśli iść tropem rozumowania Wiatrowycza, to może od egzekucji polskiej inteligencji wykonanych przez Niemców wskutek donosów ukraińskich nacjonalistów należy datować początek polsko – ukraińskiej „wojny”?

Wiatrowycz usiłuje położyć na szali życie 600 Ukraińców zabitych na Chełmszczyźnie do końca 1943 roku, aby zrównoważyć śmierć 60 000 Polaków, którzy w analogicznym okresie, ale generalnie w swej masie nieco wcześniej, skonali pod banderowskimi siekierami na Wołyniu. Jak widać nici, którymi szyje ukraiński historyk, są bardzo grube!

6) Podwójne standardy Wiatrowycza.

„… w przypadku zabójstw Polaków mnoży wątpliwości, potępia wszelkie próby generalizacji i niemal żąda bezpośredniego przyznania się sprawców, o tyle gdy mowa o cierpieniach Ukraińców nie potrzebuje już tak rozbudowanego materiału dowodowego…”

„Po opisaniu kliku – niestety jak najbardziej prawdziwych – przypadków masakr na Ukraińcach – chętnie sugeruje, że było ich tyle samo co napadów na Polaków. Nie potrzebuje też już dokumentów polskiego podziemia, by oskarżyć je o próbę wypędzenia Ukraińców z Galicji wschodniej. Jeśli zbrodnie na Polakach stara się zminimalizować, to w przypadku mordów na Ukraińcach dąży do ich wyolbrzymienia. Problem w tym, że jeżeli chodzi o lata 1943-1945 , nie jest to prawdą.I nie mogę nie zadać pytania, które wielu Ukraińcom może wydać się niepoprawne: jeżeli rzeczywiście polskie szacunki ofiar są tak przesadzone, to czemu niemal wszystkie prośby o zgodę na dokonanie ekshumacji osób zamordowanych przez UPA spotykają się z negatywną reakcją ukraińskich władz? Przecież nie ma prostszego sposobu na rozstrzygnięcie sporu, niż analiza szczątków dotąd spoczywających w bezimiennych mogiłach.”

[Tutaj dodam od siebie – dlaczego – na odwrót – dlaczego nie ma zgody obrońców dobrego imienia OUN-UPA na ekshumację szczątków zamordowanych Ukraińców, jak to miało miejsce – na przykład – w Pawłokomie?]

7) Negowanie faktu ludobójstwa.

Motyka zarzuca ukraińskiemu historykowi „… próby zanegowania zbrodniczości antypolskiej akcji UPA (…) już we wstępnych rozdziałach odrzuca on termin „ludobójstwo”, przeciwstawiając mu właśnie „wojnę”.
Twierdzi także stanowczo, że „musimy używać zarówno terminu „ludobójstwo”, jak i „konflikt zbrojny”. W latach 1943-1945 doszło do „wojny w wojnie”, do polsko – zachodnio-ukraińskiej wojny w ramach drugiej wojny światowej, ale jej początek wyznaczają rzezie prowadzone przez OUN-B i UPA na Wołyniu.”

W podsumowaniu Grzegorz Motyka pisze, że:

„Drugą polsko-ukraińską wojnę” należy uznać za książkę zdecydowanie nieudaną: napisaną poniżej zdolności jej autora. Co gorsza, jest ona szkodliwa dla dialogu polsko-ukraińskiego, pogłębi bowiem tylko wzajemne rozbieżności. Na czytelniku ukraińskim, słabo zorientowanym w polskiej literaturze przedmiotu, książka zapewne wywrze duże wrażenie. Może on ją odebrać jako rzetelną polemikę z pracami wydawanymi w Polsce; niektórzy recenzenci już piszą o „przełomie” w ukraińskiej historiografii i sugerują, by wnioski w niej zawarte zostały uznane za obowiązującą państwową wizję dziejów. Tymczasem dla polskich naukowców będzie ona jedynie kolejną próbą pomniejszenia i usprawiedliwienia zbrodni popełnionej na polskiej ludności cywilnej.

Zagadką pozostanie dla mnie, co skłoniło Wiatrowycza do napisania takiej pracy. Wydawało się, że jak mało kto jest on kompetentny, żeby przygotować pełną i rzetelną monografię UPA. Zamiast jednak uprawiać solidną historiografię, postanowił napisać książkę z tezą: „UPA była bohaterska, a zarzuty pod jej adresem są przesadzone, sfabrykowane lub wymyślone, w każdym razie nieprawdziwe.” Czyżby zafascynowało go zjawisko tak zwanej polityki historycznej uprawianej w państwach sąsiadujących z Ukrainą? Nawet w Rosji, gdzie pokusy wykorzystywania historii do celów politycznych są ciągle żywe, każdy potrafi odróżnić rozprawy rzetelnych historyków od tych będących elementem „polityki historycznej”.

Tekst recenzji Grzegorza Motyki ukaże się także na portalu [link=http://www.historians.in.ua/] w języku ukraińskim, za sprawą aktywności ukraińskiego historyka Andrija Portnowa.

Oprac. Wiesław Tokarczuk

Reklama



10 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

    • lipinski :

      „I nie mogę nie zadać pytania, które wielu Ukraińcom może wydać się niepoprawne: jeżeli rzeczywiście polskie szacunki ofiar są tak przesadzone, to czemu niemal wszystkie prośby o zgodę na dokonanie ekshumacji osób zamordowanych przez UPA spotykają się z negatywną reakcją ukraińskich władz? Przecież nie ma prostszego sposobu na rozstrzygnięcie sporu, niż analiza szczątków dotąd spoczywających w bezimiennych mogiłach.”