Od początku tego miesiąca środki masowego przekazu podają informacje o dojrzewających w gabinetach Prawa i Sprawiedliwości planach zmiany ordynacji wyborczej. Trudno widzieć w tym coś innego niż plan instytucjonalnego zabezpieczenia swojej dominacji w parlamencie.

Nie są to zresztą informacje pierwszej świeżości. Już w styczniu szef klubu parlamentarnego PiS i wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki ujawnił, że w partii rządzącej powstał „zespół” parlamentarzystów i ekspertów, który ma przygotować wyborczą reformę. Także już wtedy Terlecki mówił o charakterze tych zmian podkreślając, że są on obliczone na wprowadzenie mieszanego systemu wyborczego. Podkreślił przy tym, że oznacza to „zbliżenie się” do stanowiska ruchu Pawła Kukiza, dla którego wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych jest hasłem sztandarowym i założycielskim.

W zgiełku bitwy o Trybunał Konstytucyjny i reszty odgłosów plemiennej wojny partyjnej, kwestia przestała być tematem słyszalnych dyskusji. Całkowicie niesłusznie bowiem może mieć ona duże znacznie dla politycznej przyszłości Polski. Jedynie prof. Jadwiga Staniszkis zachowując ostrość widzenia procesu politycznego stwierdziła 25 maja, że kampania dyscyplinowania Trybunału może mieć związek właśnie z planem szybkiej reformy wyborczej. Wkrótce potem nastąpił kolejny wysyp medialnych informacji, opieranych na anonimowych źródłach w partii rządzącej, potwierdzających, że planuje ona zamiany reguł wybierania parlamentarnej reprezentacji oraz że miana ta zakłada wprowadzenie ordynacji mieszanej.

Węgierski trop

Według wstępnych i nieoficjalnych informacji Polacy będą wybierać Sejm w systemie mieszanym: 230 posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych, 230 kolejnych w 16 okręgach wyborczych w których głosowaliby na listy partyjne, nie na nazwiska. Przy czym nie wiadomo czy przeliczenie głosów na mandaty miałoby się odbywać na poziomie okręgów wyborczych czy na poziomie całego kraju. Na to drugie wskazuje fakt, że anonimowy informator (informatorzy?) mediów powoływał się na przykład systemu wyborczego Niemiec.

Wiele wskazuje jednak, że to nie nasz zachodni sąsiad był główną inspiracją dla Jarosława Kaczyńskiego, który, jak w przypadku każdego poważniejszego posunięcia PiS, musi sankcjonować cały plan, a najpewniej także na bieżąco go kontrolować. Szara eminencja polskiej polityki kopiuje działania Viktora Orbana. Zmiana ordynacji wyborczej była częścią pakietu „rewolucji przy uranach”, jak określił to węgierski premier, czyli szeregu fundamentalnych reform instytucjonalnie zmieniających węgierskie państwo, wdrożonych już w czasie przez pierwszych dwóch lat od uchwycenia władzy przez koalicję Fidesz-KDNP w 2011 roku. Jeszcze przed jego końcem całkowicie kontrolowany przez rządzącą koalicję węgierski parlament uchwalił nową ustawę o wyborach posłów do Zgromadzenia Narodowego. Reforma była daleko posunięta gdyż redukowała liczbę członków jednoizbowego parlamentu z 386 do 199 deputowanych. Wcześniej Węgrzy wybierali tylko 176 na 386 deputowanych w wyborach większościowych, przy czym aż 152 z nich w dużych okręgach wielomandatowych, a 210 w wyborach proporcjonalnych. Nowa ordynacja stanowi, że większość członków Zgromadzenia Narodowego – 106 wybieranych jest w jednomandatowych okręgach wyborczych, z listy krajowej obsadzane są 93 mandaty.

Efekt był znaczący. W kwietniu 2010 r. koalicja Fidesz-KDNP odniosła przytłaczające, bezprecedensowe zwycięstwo otrzymując 68,13% poparcia wyborców. Obsadziła 263 miejsc w izbie czyli 77,67%. W 2014 r. rządząca koalicja znów zwyciężyła z bardzo dobrym wynikiem, niemniej poparcie wyborców było już wyraźnie mniejsze – 44,13%. Mimo to Fidesz-KDNP wzięły 133 mandaty czyli 66,83%. Ubytek mandatów był więc wyraźnie mniejszy wobec ubytku poparcia wyborców i gwarantował nadal większość konstytucyjną. Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński liczy na ten sam efekt.

Efekt węgierski potwierdza, że wbrew przekonaniu antypartyjnych entuzjastów JOW mogą sprzyjać partyjnym wodzom. Tyle, że wodzom partii najsilniejszych. Potwierdzają to zresztą przykłady dwóch form większościowych systemów wyborczych jakie funkcjonują w Wielkiej Brytanii i Francji. Na to liczy także Jarosław Kaczyński, który pamięta, że samodzielna większość PiS w Sejmie jest tyleż sukcesem tej partii co wynikiem minimalnego przejścia pod progiem wyborczym partii Janusza Korwina-Mikke oraz klęski lewicy spowodowanej zresztą przede wszystkim nietrafionymi manewrami organizacyjnymi obliczonymi na start w formie komitetu koalicyjnego. A Jarosław Kaczyński z pewnością nie chce by jego polityczny los, jego władza zależały od jakichkolwiek czynników zewnętrznych.

Niepewna konsolidacja opozycji

Promotorzy JOW zachowują wszakże wiarę i nadzieję w swoją ideę przewodnią. 9 czerwca wicemarszałek Sejmu z ramienia Kukiz ’15 Stanisław Tyszka, skomentował na Twitterze koncepcję PiS: „Połowa posłów z okręgów jednomandatowych nic nie zmieni: za duże okręgi, nadal będą rządzić media i pieniądze”. „Chcemy wprowadzenia ordynacji większościowej. Będziemy przeciwni połowicznym rozwiązaniom PiS. Wszyscy posłowie powinni być wybierani w okręgach jednomandatowych” – mówił z kolei klubowy kolega Tyszki Tomasz Rzymkowski. Nie wiadomo czy przemawia przez nich ideowy żar czy dostrzegli też drugie dno akcji partii rządzącej. Chcąc z zabezpieczyć korzystną transformację głosu wyborców w parlamentarną większość Kaczyński chce pozbawić tlenu ruch Pawła Kukiza. Można się spodziewać, że przeprowadziwszy reformę wyborczą w zapowiadanej formie, PiS nadal będzie puszczał oko do entuzjastów JOW, że to na próbę i kto wie co będzie dalej.

Część komentatorów, na przykład Norbert Maliszewski politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, twierdzi, że PiS może strzelić sobie w kolano. Zgodnie z tym co napisano wyżej systemy większościowe premiują bowiem wielkie partie. Na logikę tak właśnie jest i na logikę stając do boju o połowę składu Sejmu opozycja powinna zwierać szyki. Jak to sobie jednak wyobrazić w przypadku Kukiz ’15, któremu do oligarchiczno-liberalnej daleko? Jak wyobrazić to sobie w ramach samej koalicji przegranych, gdzie już toczy się wojna szarpana między Platformą Obywatelską i Nowoczesną, które podgryzać stara się nowa frakcja orientująca się na pompowanego przez lewicowe i liberalne media lidera KOD Mateusza Kijowskiego. Logika polskiej polityki bywa bowiem inna niż logika politologicznych teorii.

Ćwierćwiecze funkcjonowania demokracji liberalnej w Polsce potwierdza, że nasza polityka bardzo odległa jest od modelu demokracji konsocjalnej, gdzie partie ucierają rozwiązania polityczne uwzględniając interesy wszystkich grup, które za nimi stoją, w duchu czasem nawet zgniłych kompromisów. W Polsce partie, czy właściwie ich liderzy walczą o wszystko, w sensie władzy nie programu, nawet jeśli to grozi utratą wszystkiego. Historia polskiej centroprawicy to niekończący się pochód jedynie słusznych partii pod wodzą jedynie słusznych zbawców ojczyzny, partii rozpadających się w kolejnych rozłamach. Jeśli teraz centroprawica rządzi to w wyniku tego, że Jarosław Kaczyński po prostu wykończył tych, którzy jego przywództwo kwestionowali. Jednak przecież taki sam proces Donald Tusk uruchomił w ramach PO. Uczniem tej szkoły mocno przecież w niej pokiereszowanym jest Grzegorz Schetyna. Można się więc raczej przewidywać, że proces konsolidacji opozycji, jeśli w ogóle, to dokona się właśnie na zasadzie takiej walki o byt, a nie przedwyborczej koalicji stworzonej przy stoliku debaty bez uprzedzeń. Potrwa długo. Jarosław Kaczyński może spać spokojnie.

Potrzeba nowych impulsów

Pozostaje zresztą pytanie czy taka konsolidacja jest polskiej polityce potrzebna. Czy polski system polityczny powinien ewoluować w kierunku dwóch wielkich bloków politycznych? Ten system okazuje się dysfunkcyjny nawet w tych państwach Europy Zachodniej gdzie funkcjonował przez dekady powojennej historii. Jeśli zaś ktokolwiek oczekuje dalej posuniętego programu reform polityki gospodarczej i społecznej przy jednoczesnym zerwaniu z fatalną polityką zagraniczną kontynuowaną przez obecny obóz władzy, ostatnie czego sobie powinien Polsce życzyć to konsolidacja systemu partyjnego. Potrzeba nam nowych impulsów, nowych polityków, nowych sił.

Karol Kaźmierczak

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz