Ojca Natanaela Zająca z franciszkańskiego klasztoru w Żytomierzu zna w tym mieście większość dzieci potrzebujących pomocy. Choć obecnie sprawuje funkcję wiceprowincjała i obowiązków nie brakuje nie zapomina o swoich podopiecznych.

Praca z dziećmi to jego ulubione zajęcie i mimo młodego wieku oraz stosunkowo krótkiego stażu zakonnego i kapłańskiego w prowincji św. Michała Archanioła Braci Mniejszych na Ukrainie, jest on odpowiedzialnym za duszpasterstwo dzieci, a także za organizację dla nich pomocy w zależności od potrzeb. Pochodzi z Tęgoborzy, a urodził się w 1973 r. w Nowym Sączu, mówi, więc o sobie, że jest sądeckim Lachem. Do zakonu wstąpił w 1992 r. Na kapłana wyświęcono go siedem lat później i od razu pojechał na Ukrainę, spełniając własne pragnienie, by ofiarować jej swoje powołanie. Zaczął o tym myśleć jeszcze kilka miesięcy przed nowicjatem. W trakcie VI Światowego Dnia Młodzieży na Jasnej Górze należąc do pallotyńskiej służby „Młodzi przewodnicy młodych”, działającej przy Sanktuarium Miłosierdzia po raz pierwszy zetknął się bezpośrednio z młodzieżą ze Wschodu. Dziećmi zaczął zajmować się jeszcze jako kleryk w seminarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Pracował m.in. z dziećmi niepełnosprawnymi. Tu zbierał swoje pierwsze doświadczenia.

,,Kalwaria ma tę specyfikę, że można się w niej wiele nauczyć – podkreśla o. Natanael. – Już tylko sześć lat pracy na dróżkach daje, co najmniej homiletyczne doświadczenie. Wiele pomagają też kontakty z grupami specjalistycznymi, inwalidami, niepełnosprawnymi itp. Jako kleryk często się z nimi spotykałem. Pracowałem także z młodzieżą w Kalwaryjskim Ośrodku Powołań. W Żytomierzu pracuje praktycznie cały czas z dwuletnią przerwą na posługę w Mołdawii w Kiszyniowie, gdzie także uczestniczył w realizacji programu pomocy dzieciom, który miał być następnie przeniesiony na Ukrainę. Szukając możliwości działania w Żytomierzu o. Natanael zainteresował się dziećmi ulicy, spotykanymi tu na każdym kroku. Początkowo myślał, że są one spuścizną po postsowieckiej Ukrainie. Problem okazał się o wiele bardziej skomplikowany. Liczba dzieci ulicy w Żytomierzu jest wynikiem nie tylko alkoholizmu rodziców i całkowitego moralnego rozkładu rodziny, ale przede wszystkim biedy i upadku ukraińskiej gospodarki generującej bezrobocie, powodujące exodus milionów Ukraińców za granicę. Mało jest rodzin, w których obydwoje rodzice opiekują się dziećmi. Często matka i ojciec pracują za granicą, bywa, że w różnych krajach.

,,Dzieci, nawet, jeżeli formalnie zostają przy dziadkach, najczęściej pozbawione są wszelkiej opieki i wzorce czerpią z ulicy – mówi o. Natanael. – Rodzice przysyłają im pieniądze na utrzymanie i uważają problem za załatwiony. Sumienie mają uspokojone – dzieci ubierają się w drogie ciuchy, szpanują, chodzą do klubów, pizzerii i restauracji, rekompensując sobie w ten sposób brak matczynej i ojcowskiej miłości. Jednocześnie zaczynają pić piwo, później mocniejsze trunki i używać narkotyków. Szybko trafiają na ulicę. Proces ten przyspiesza często znalezienie sobie przez któregoś z rodziców nowego partnera i zapomnienie o pociechach z pierwszego związku. Bywa, że czynią tak zarówno ojciec jak i matka. Poziom świadomości rodzicielskiej na Ukrainie nie jest niestety najwyższy. Dziecko jest traktowane niekiedy, nie jako jeden z głównych celów związku małżeńskiego, ale jako jego niepotrzebny „uboczny produkt”. System opieki społecznej, który w takich sytuacjach brałby odpowiedzialność za los dzieci jest niewydolny i anachroniczny. Na Ukrainie niestety społeczeństwo nie dorosło jeszcze do tego, by tworzyć rodziny zastępcze lub rodzinne domy dziecka. Tu dziecko pozbawione rodzicielskiej opieki trafia do klasycznego domu dziecka, który jest wstępem do społecznego wykluczenia. Dziecko pozostaje w nim całkowicie anonimowe. Pierwszy z nich, do którego wszedłem, był molochem przewidzianym na czterystu podopiecznych. O prowadzeniu w nim jakiejkolwiek skutecznej działalności wychowawczej nie mogło być nawet mowy. Najczęściej wychowanek takiego domu trafiał później do więzienia lub wcześniej do poprawczaka, a na końcu życia, zahaczając po drodze o szpital psychiatryczny czy placówkę odwykową, do domu starców. Na Ukrainie są miasta, w których te instytucje za rogatkami sąsiadują ze sobą, co ma wręcz wymiar symboliczny. Tworzą swoiste getto dla odrzuconych, które władze najchętniej ukryłyby przed okiem ciekawskich, udając, że nie ma problemu. Teoretycznie na Ukrainie jest oczywiście system, który ma pomagać wychowankom domów dziecka w adaptacji po opuszczeniu jego murów. Otrzymuje on miejsce do spania, szkoły mają obowiązek ich przyjęcia itp. De facto jednak system ten istnieje tylko na papierze i w praktyce nie działa. Dziewczęta już w domu dziecka ocierają się o prostytucję, a chłopcy kradną. Po wyjściu z domu dziecka tylko nieliczni potrafią założyć normalne rodziny. Dziewczyny trudnią się prostytucją, a chłopcy trafiają do grup przestępczych. W późniejszym wieku wielu z nich stacza się na zupełny margines, popadając w alkoholizm i narkomanię. Staja się bezdomnymi, wyglądającymi w wieku czterdziestu lat jak siedemdziesięcioletni starcy. Wcześnie też umierają, przyczyniając się do zastraszającego spadku długości życia na Ukrainie. Bywa, że niektórzy zawierają nieformalne związki, owocem, których też są dzieci. One także bardzo szybko trafiają najpierw do domów małego dziecka, a z nich do domów dziecka dla starszych dzieci. Oczywiście pod warunkiem, że się w ogóle urodzą. Aborcja nie jest na Ukrainie żadnym problemem. Wykonuje się ją na żądanie, jak zabieg kosmetyczny. Bardzo często zastępują ją środki, wczesnoporonne, których użycie nie jest odnotowane w żadnych statystykach. Używają je także nierzadko za wiedzą i zgodą personelu, który nie chce mieć żadnych problemów z dziewczętami z domów dziecka.”

Zaczynając swoją działalność na rzecz dzieci w Żytomierzu o. Natanael zaczął od szukania możliwości współpracy w tej dziedzinie z państwem, co nie było łatwe. Ukraińskie przepisy nie zezwalały na jakąkolwiek działalność duszpasterską w państwowych domach dziecka. Kapłan mógł wejść do nich tylko jako osoba prywatna. Nawet krzyża nie wolno było mu nosić na widocznym miejscu. Od samego początku jego poczynania w jednym z domów dziecka miały charakter duszpasterstwa obecności.

Później, gdy szczegółowo zapoznał się z problemem o. Natanael wspólnie z biskupem Stanisławem Szyrokoradiukiem, kierującym ukraińską „Caritas” zaczął próbować tworzyć katolickie rodzinne domy dla dzieci. Ostatecznie udało mu się zorganizować w Żytomierzu dwie placówki. Jedna z nich funkcjonuje na Malowance, a druga w centrum miasta przy ul. Łesi Ukrainki. Ojciec Natanael nie zrezygnował też ze wspomagania wychowawczego oddziaływania państwowych rodzinnych domów dziecka. W jednym z nich, w powstaniu, którego miał swój udział, udało mu się zorganizować kaplicę i uruchomić normalną działalność duszpasterską, nakierowaną na otwieranie młodych ludzi na chrześcijańskie wartości, z którymi dotychczas nie mieli żadnego kontaktu. Stało się to możliwe, ponieważ po „pomarańczowej rewolucji” władze Ukrainy, a zwłaszcza prezydent Wiktor Juszczenko, zaczęły dostrzegać wagę problemu i zdawać sobie sprawę, że może on doprowadzić do społecznej katastrofy. Stały się bardziej otwarte na wszelką współpracę z organizacjami społecznymi, kościołami itp. Wprowadzono w życie sprzyjające rozwiązania prawne, zaczęto też zwracać uwagę na negatywny wpływ wyjazdów rodziców za granicę, na rozkład ukraińskiej rodziny i społeczeństwa. Pojawiły się np. plakaty, przedstawiające człowieka patrzącego na mapę Europy przez różowe okulary, w których odbija się cień płaczącego dziecka. Podpis pod plakatem głosi: ,,Nie patrz przez różowe okulary na wyjazd za granicę”.

,,Zmiana podejścia władz ukraińskich do problemu pomocy dzieciom pozbawionym opieki rodziny to krok w bardzo dobrym kierunku – odkreśla o. Natanael. – Ułatwi, bowiem kapłanom czy siostrom zakonnym angażowanie się we wspieranie raczkujących dopiero na Ukrainie takich form, jak rodziny zastępcze czy rodzinne domy dziecka. Z własnego duszpasterskiego doświadczenia wiem, że muszą one mieć kapelana znającego problem i dzieci, które są powierzone im na wychowanie. Ludzie chcący założyć rodziny zastępcze często działają na zasadzie porywu serca, a potem nie wiedzą, jak sobie z dziećmi poradzić. Tymczasem każde z nich ma swoją historię i zranienia. Pomoc specjalnego duszpasterza jest niezbędna i trzeba ich przygotowywać, gdyż pracy nie braknie na pewno przez wiele lat.”

Na efektywną pomoc dzieciom i tworzenie nowych placówek, potrzebne są oczywiście środki. O. Natanael stara się je pozyskiwać w różnych zachodnich fundacjach. Tworzenie Centrum Rodzinnych Domów Dziecka realizowane przez franciszkanów przy współpracy z państwem musiało się zatrzymać w połowie z braku środków. Na razie nie wiadomo czy projekt zostanie dokończony. Władze są przychylne, ponieważ dostrzegły już pozytywy pracy franciszkanów.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz