Kresy Południowe [+FOTO]

Jaka jest różnica między kresowiakami a nami – kresowiakami południowymi? – zapytała retorycznie naszego dziennikarza Helena Legowicz, prezes Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, największej organizacji działającej w środowisku kilkudziesięciu tysięcy Polaków na Zaolziu. Aktywność i poziom zorganizowania rodaków z południowych Kresów na rzecz pielęgnowania i promowania w lokalnym środowisku polskiej tożsamości i języka imponuje. Ich postawa pomogła wywalczyć formalne prawa, jakich nie mają Polacy na Litwie czy na Białorusi.

Karol Kaźmierczak: Na początku XX wieku Polacy stanowili w regionie większość mieszkańców. Spis ludności z 1991 r. wykazał 59 tys. Polaków w Czechach. W 2011 r. było ich już tylko niecałe 39 tys. z tego w Kraju Morawsko-Śląskim. do którego należy historyczne Zaolzie, niecałe 29 tys. Dlaczego liczba Polaków w Czechach spada?

Helena Legowicz: Asymilacja trwa od prawie stu lat, w przyszłym roku będzie stulecie podziału Śląska Cieszyńskiego. Żyjemy w innym państwie więc ta asymilacja jest nieuchronna mimo, że staramy się w naszych organizacjach podkreślać naszą polskość. Jednak mniejszość urodzona i wychowana w innym państwie często ma już inny pogląd na patriotyzm, na polskość. Na pewno spisy ludności nie oddają w pełni tego w jaki sposób społeczeństwo odczuwa swoją polskość ponieważ w metodyce spisu ludności można było podać także narodowość śląską, morawską, w spisie z 2011 r. można było podać nawet dwie narodowości. Zatem w jaki sposób urząd statystyczny to wszystko liczy? Są to jednak realne liczby. Polacy mieszkają tutaj, na terenie Zaolzia, jak nazywana jest czeska strona Śląska Cieszyńskiego, ale mieszkają licznie także w innych regionach, czy raczej miastach Republiki Czeskiej. Wyjechali za pracą ale korzeniami czują się nadal związani z polskością. Wśród Polaków uwzględnionych przez spis ludności na pewno znajdują się również imigranci. Dzisiaj poruszamy się w Europie za pracą, za innymi warunkami życia, stąd  te skupiska Polaków tworzą się szczególnie w miastach, zwłaszcza dużych, jak Brno czy Praga. Jest tam Klub Polski, który sięga tradycjami XIX wieku. Jest klub „Polonus” w Brnie, ale tam w większości są to Polacy, którzy pozostali po studiach i tam się też osiedli. Nie jest to daleko. Mam tam chrześniaczkę, która często wraca na Zaolzie.

Dwujęzyczne tabliczki w Jabłonkowie – Zaolzie, fot Karol Kaźmierczak

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

K.K.: Czy istnieje także proces emigracji Polaków z Zaolzia w obecne granice Polski?

H.L.: Przed laty robiłam badania na temat studentów. Polacy z Zaolzia od 1969 r. mieli bowiem możliwość studiowania w Polsce. Około 30 osób co roku rozpoczynało takie studia. Ucięto to w roku 1981 r. z powodu stanu wojennego w Polsce. Zgodnie z moimi badaniami 70 procent studentów z Zaolzia wróciło. Te wyjazdy są teraz kontynuowane. Młodzież ma możliwość studiowania w Polsce, ale nie robiliśmy już badań czy wraca czy zostaje. Jednak emigracja do Polski to raczej jednostkowe sprawy, z reguły wiążące się ze związkami małżeńskimi.

K.K.: Jak ocenia pani poziom zabezpieczenia praw mniejszości narodowych w prawodawstwie Republiki Czeskiej? 

H.L.: Bardzo dobrze. To są standardy unijne. Oczywiście zawsze mogłoby być lepiej, jednak jest podpisana Karta Języków Mniejszościowych i Regionalnych. Różnie się do tego społeczeństwo odnosi, natomiast w prawodawstwie te możliwości są zabezpieczone. W ministerstwie kultury są programy dotacyjne wspierające mniejszości, których w Republice Czeskiej jest dosyć dużo, na czele ze Słowakami, którzy pozostali po podziale Czechosłowacji. Jednak Polacy są mniejszością autochtoniczną, co podkreślamy. My nie jesteśmy Polonią, my jesteśmy Polakami, którym przesunięto granicę, tak jak kresowiakom. Tymczasem w programach dotacyjnych za mniejszość narodową uznano ostatnio Wietnamczyków, którzy o to wystąpili. Są to dotacje na rozwój kultury, m.in. rozwój mediów. W tym regionie i tam gdzie jest odpowiedni procent mieszkańców przynależących do mniejszości są specjalne komisje przy samorządach gminnych. Oceniam bardzo dobrze współpracę samorządów gminnych z miejscowymi kołami PZKO. Często koła PZKO są jednymi z najbardziej aktywnych stowarzyszeń działających na terenie gminy.

Sklep w Czeskim Cieszynie, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

K.K.: Czy zatem na dole, na poziomie gmin praktyka realizacji praw mniejszości też jest satysfakcjonująca?

H.L.: Zależy od ludzi. Wiadomo, że ludzie są różni, z różnymi poglądami. Często są za odebraniem praw mniejszości, ale wszystko sprowadza się do rozmowy, dyskusji, szukania konsensusu by spełniać wymogi prawa. Jak pan jechał to pewnie było widać dwujęzyczne tablice. To dość długo trwało zanim zostały one wprowadzone. Prawo jest takie, że w gminach w których co najmniej 10 procent mieszkańców deklaruje przynależność do mniejszości powinny być podwójne napisy. Bardzo dobrze to zrobiono kiedy remontowano trasę kolejową Koszyce-Bogumin. Podwójne napisy umieszczono także na dworcach. To była inicjatywa kolei i to nie regionalnych ale krajowych. Chociaż wiem, że niektórym to się nie podobało. Dwujęzyczne nazwy miejscowości i ulic zatwierdzają samorządy gmin, jednak nie finansują tego gminy ze swoich własnych środków lecz jest specjalny program dotacyjny rządu, do którego gmina musi wystąpić. Po 2000 roku zmieniono zasady używania nazwisk kobiecych. W Czechach bowiem jest zasada żeby w przypadku takich nazwisk używać końcówki „–ova”. Jednak kiedy weszła w życie Karta Języków Mniejszościowych i Regionalnych kobiety, które chciały odciąć tę końcówkę w swoich dokumentach mogły to zrobić bezpłatnie w przypadku metryki. Natomiast za zmianę innych dokumentów trzeba było zapłacić. Wiele kobiet tak zrobiło. Ja się na nazywam Legowicz, nie Legowiczova. W tym czasie wiele osób zmieniło sobie także imię, z pisowni czeskiej na polską, ponieważ był taki okres kiedy nie zapisywano imion w polskiej wersji. Pisano nie Jadwiga tylko Hedviga, nie Barbara tylko Barbora. A teraz młode dziewczyny mogą to zmienić już przy otrzymaniu pierwszego dowodu osobistego. Potem u lekarza zdarzają się śmieszne sytuację – ktoś prosi – „Pan Drabek”, a chodzi o panią Drabek. Trzeba jednak zaznaczyć, ze pisownia nazwisk nigdy nie była zmieniana, nie wprowadzano czeskich liter.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Jabłonków – Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: Jak dostosowano system oświaty do potrzeb polskiej mniejszości?

H.L.: Na naszym terenie funkcjonują szkoły z polskim językiem nauczania. Wszystkie przedmioty są nauczane w języku polskim. Jest 25 takich szkół w regionie. Z tego jest 10 „pełnoklasówek” czyli od I do IX klasy. A 15 to tak zwane „małoklasówki” gdzie dzieci uczą się od I do V klasy. Szkolnictwo jest finansowane przez państwo i przez gminy. Polska pomaga nam przy tej „nadbudowie” jaką mają polskie szkoły. Bo wszystkie przedmioty są nauczane według czeskiego programu nauczania dlatego w kwestii historii i patriotyzmu wprowadzamy pewne rzeczy samodzielnie, a do tego potrzeba środków. Choćby wyjazdów do Polski, dlatego tu przydają się dotacje Senatu RP. Obecnie jest tylko jedna pełna szkoła średnia – Polskie Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Czeskim Cieszynie. Co roku otwiera trzy klasy, to jest 90 uczniów w każdym roczniku. Jest zdawana matura z języka polskiego. W Akademii Handlowej w Czeskim Cieszynie jest grupa, w której po polsku wykładana jest część przedmiotów, język polski, historia, a reszta po czesku. Zgłasza się do niej po około 15 uczniów.

Gmach urzędu miasta w Czeskim Cieszynie, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: Czy uczniowie są dobrze zaopatrzeni w podręczniki w polskim języku? To jest na przykład problem uczniów polskich szkół na Litwie.

H.L.: Podręczniki są wydawane przez czeskie władze i jest to dodatkowy koszt dla państwa. Dzieci w Republice Czeskiej otrzymują podręczniki bezpłatnie.

K.K.: PZKO jest najstarszą i największą organizacją polskiej mniejszości w Czechach. Jaka jest jej liczebność i formy działania?

H.L.: To trochę mylące. Przed II wojną światową, po podziale Śląska Cieszyńskiego były tutaj dziesiątki polskich organizacji działających w różnych sferach życia: kulturalne, sportowe, branżowe. Druga wojna światowa to wszystko zmieniła. Po wojnie nie pozwolono na reaktywację tych organizacji. W 1947 r. podpisano umowę między Polską i Czechosłowacją, która zezwoliła na powołanie do życia dwóch organizacji, które nie mają korzeni w okresie międzywojennym. Były to Polski Związek Kulturalno-Oświatowy i Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej. Stowarzyszenie zostało jednak wchłonięte przez oficjalną czechosłowacką organizację młodzieżową. Młodzież polska przeszła do PZKO. W latach 1947-1989 był jedyną polską organizacją i to finansowaną przez państwo, ale pod skrzydłami partii komunistycznej. Polskojęzyczny dziennik „Głos Ludu” był wydawany przez partię komunistyczną.

Dwujęzyczna tabliczka – Czeski Cieszyn, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Mniejszość polska zawsze była bardzo aktywna. Przy Zarządzie Głównym PZKO działała sekcja teatralna, śpiewacza, było Polskie Towarzystwo Medyczne, nauczyciele też się zrzeszali. Bardzo silnie działano w sporcie. Były różne sekcje. Po 1989 roku, kiedy wróciliśmy do normalności, reaktywowano niektóre organizacje, które działały w okresie międzywojennym. Reaktywowano Towarzystwo Turystyczne „Beskid Śląski”, które bardzo prężnie działa. Reaktywowano Macierz Szkolną. Powołano też nowe organizacje – na przykład fotografików, także Stowarzyszenie Przyjaciół Polskiej Książki, ukierunkowane na czytelnictwo, na biblioteki. Dlatego nie możemy się uważać za najstarszą organizację, bo „Beskid Śląski” będzie obchodził swoje stulecie, a Macierz Szkolna nawiązuje do organizacji założonej w 1885 roku. Ale muszę powiedzieć, że gdyby po 1947 r. nie było Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego to na pewno nasze warunki byłby dzisiaj inne. To że się spotykamy, działamy, to jest efekt tych Domów PZKO, tych kół. Uważam, że obecnie najważniejszą ścieżką naszej działalności PZKO jest działalność kulturalna.

Budynek Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego – Jabłonków, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: Wydajecie państwo własne pismo „Zwrot”.

H.L.: „Zwrot” jest wydawany od grudnia 1949 r. Ukazuje się jako miesięcznik w nakładzie 1400 egzemplarzy. Opiera się na dotacjach Republiki Czeskiej i Polski. 90 procent nakładu jest sprzedawane w prenumeracie. Jest jeszcze „Głos”, gazeta wydawana przez Kongres Polaków w Czechach. Ukazuje się dwa razy w tygodniu. Ma około 4 tys. nakładu i także rozchodzi się głównie w prenumeracie. Koszt jednego numeru „Zwrotu” to 30 koron czyli niedużo. Przed kilku laty był kryzys. Przyszły niższe dotacje i wtedy wydawca „Zwrotu” razem z redakcją zwrócili się do czytelników z prośbą o tak zwaną prenumeratę wspierającą. Nie nakazywano, wiedzieliśmy, że gdyby podniesiono drastycznie cenę to spadłaby prenumerata. Są emeryci czy rodziny wielodzietne. Ale są też osoby zamożniejsze, które mogą zapłacić więcej. I są takie osoby, które przychodząc tutaj opłacić prenumeratę dają nie 360 koron, ale 600 albo 1000 czy nawet więcej. To podkreśla nasze społecznikostwo i przywiązanie do tego co mamy, żeby tego nie utracić. Tak samo w przypadku starań o domy polskie. One zostały wybudowane w latach 60 i 70 XX wieku i wymagają remontów. Często koła PZKO stają na głowie żeby także nasi następcy mogli z nich korzystać, aby kolejne pokolenia miały zaplecze dla swojej działalności.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Dwujęzyczne tabliczki, Czeski Cieszyn – Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: A czy młode pokolenie angażuje się chętnie w działalność organizacji polskich?

H.L.: Nie ma trudności ze zmobilizowaniem. My starsi musimy dać młodzieży wolną rękę. Nie mówić: „My robiliśmy to od lat w ten sposób i wy róbcie to tak dalej”. Młodzi przychodzą z wieloma inicjatywami i na własnej skórze się przekonałam, że błędów nie popełnia tylko ten kto nic nie robi. Zmienił się świat, zmieniło się życie i czasami w kołach PZKO odzywa się konflikt pokoleniowy, kiedy młodzież mówi, że nie ma wolności. A starsi mówią – „Ależ my wam ją dajemy ale róbcie to tak jak my byśmy chcieli”. Młodzież ma swoje Kluby Młodych i one działają. Działają poprzez zespoły. Choć na pewno to nie jest tak szerokie jak było w okresie przedwojennym czy powojennym. Jednak zrzeszanie się i spotykanie w swoim gronie jest dla nas nadal cechą naczelną. Wystarczy wsiąść w piątek na dworcu w Pradze do pociągów w stronę Ostrawy. I w tym pociągu od razu słychać naszą gwarę. Młodzież wraca, czy to studenci czy to pracujący. Tam praca, tu życie towarzyskie. Przyjeżdżają do rodziców, na imprezy, tańczą w zespołach. Ciekawa jest inicjatywa w Pradze – jedna z zaolziaczek, pani Izabela Wałaska założyła stowarzyszenie, które się nazywa „Zaolzie potrafi”. Promuje ono ludzi którzy wyszli z Zaolzia, nie stracili z nim kontaktu mimo, że mieszkają na całym świecie. Raz w roku robi w Cieszynie talk-show zapraszając ludzi z korzeniami w Zaolziu ale pracujących w Unii Europejskiej, mieszkających w Ameryce. Promuje też ludzi, którzy pozostali tutaj, ale są w czymś specyficzni. Ostatnio był pan Milerski z Nydka, który specjalizuje się w hodowli owiec i mówi czystą gwarą.

Zobacz także: Polak z Zaolzia wiceszefem czeskiej chadecji

Jabłonków – Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: Jak zauważyłem, oglądając afisze, jest także Polska Scena Teatralna.

H.L.: Polska Scena Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie jest jedynym zawodowym zespołem grającym w języku polskim poza granicami Polski. Jest w pełni finansowana przez państwo. Kiedyś bezpośrednio, obecnie jej jednostką nadrzędną jest województwo morawsko-śląskie. Została założona w 1951 r. i nadal gra, nadal ma swój krąg widzów, chociaż on się pomniejsza. Pamiętam czas kiedy Scena Polska miała osiem premier rocznie, dzisiaj jest ich pięć. Na widowni przeważa starsza generacja. Być może we wszystkich teatrach tak jest…

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

K.K.: Czy w czasach powojennych kiedykolwiek pojawiały się w regionie napięcia na tle narodowościowym?

H.L.: Oczywiście, ale to są jednostkowe sprawy. Było zamalowywanie polskich napisów na tabliczkach, choć już się to uspokoiło. Są ludzie nie potrafiący zrozumieć prawa mniejszości do bycia na swoim. Często są to ludzie, którzy mają krótsze związki z tym terenem niż nasi ludzie. Te napięcia się zdarzają, ale ja twierdzę, że nie powinno ich się aż tak nagłaśniać. Jeżeli się zdarzają to trzeba je rozwiązywać. Często z polskiej strony przedstawiciele świata mediów przyjeżdżali wtedy gdy dochodziło do jakichś napięć. Po prostu to się lepiej sprzedaje.

Piekarnia w Czeskim Cieszynie, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

K.K.: Widać dość powszechnie i w Czeskim Cieszynie, i w Jabłonkowie, że właściciele sklepów sami z siebie umieszczają polskie napisy.

H.L.: Ekonomia także działa. Jednak te dwujęzyczne napisy zawsze były. Bo tutaj nikt nie potrafi przedsiębiorcy niczego nakazać. Choć były takie okresy związane z polityką, lata 80 XX wieku, okres „Solidarności” w Polsce kiedy były problemy. Ja miałam wtedy taki nieprzyjemny incydent kiedy mi powiedziano w sklepie, że mam mówić po czesku. Ale kiedy nakazał mi to urzędnik to poskarżyłam się do jego szefa bo prawo do używania języka ojczystego w urzędach mieliśmy i mamy. Oczywiście my jesteśmy w pełni dwujęzyczni, także moje pokolenie urodzone w latach 50. Ja rozpoczynałam naukę języka czeskiego od V klasy. Dzisiaj dzieci uczą się go od II klasy. Jak mówię do kogoś po polsku a ktoś odpowiada mi po czesku to przechodzę na czeski. Dla mnie to nie jest problem, bo ten człowiek żyje w tym samym państwie i ma swoje prawa.

K.K.: Czy jesteście zadowoleni z poziomu wsparcia ze strony państwa polskiego?

H.L.: 31 stycznia, razem z prezesem Kongresu Polaków spotkaliśmy się w Senacie z członkami Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą w tym z przewodniczącą Janiną Sagatowską. Przeprowadziliśmy 45-minutową prezentację na temat naszej obecnej kondycji, jaka jest i czego oczekujemy. To wsparcie finansowe jest i jesteśmy dostrzegani, choć był taki czas, że o Polakach na Zaolziu się nie mówiło. Wiele osób w Polsce o nas nie wie. Nawet w polskim Cieszynie ktoś mnie się pytał: „A kiedy ty się tam przeprowadziłaś?”. Ta nieznajomość naszej sytuacji jest duża. O Kresach Wschodnich mówi się w Polsce na okrągło. Kresy to jest ten ból drugiej wojny światowej. Jaka jest różnica między kresowiakami a nami – kresowiakami południowymi? Tylko taka, że nam już w 1920 r. przesunięto granice. I tę granicę nam przesuwano kilka razy.

Siedziba główna Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, Czeski Cieszyn, Zaolzie, fot. Karol Kaźmierczak

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Zobacz także: „O czym nie mówią Czechofile”, czyli dlaczego Polska powinna była wziąć udział w rozbiorze Czechosłowacji

To na co zwracamy uwagę, ale to nie tylko my lecz wszystkie mniejszości, to ścieżka w jaki sposób trafiają do nas pieniądze z Polski. Do mnie zgłaszają się różne organizacje z Polski i jeśli spojrzy pan na sprawozdanie Senatu za rok ubiegły to zobaczy pan, że o dotację na pomoc Polakom za granicą zwróciło się około 600 podmiotów. Dostała część z nich. Często te organizacje nie pytają o to co jest nam potrzebne, a jedynie mówią – „my wam zaproponujemy”, „my wiemy lepiej”. I z reguły jest to organizowane na terenie Polski dla małej garstki ludzi. A dla nas jest ważne mieć pieniądze tutaj dla szerokiej rzeszy ludzi. Nasza baza Domów Polskich wymaga wielkiego wsparcia, także media, wsparcie dla działalności szkół, o którym mówiłam i docieranie z kulturą polską do odbiorców. Na przykład poza naszymi możliwościami finansowymi jest zaproszenie tutaj dobrego teatru z Polski. Przyjęliśmy taką zasadę, że współpracujemy przede wszystkim ze Stowarzyszeniem Wspólnota Polska i Fundacją Pomoc Polakom na Wschodzie. Choć czasem ktoś inny przychodzi z bardzo dobrym projektem i jeżeli go z nami skonsultuje to współpracujemy. Dobrą współpracę utrzymują szkoły, by dzieci mogły wyjeżdżać do Polski. Bo dzieci powinny poznać Polskę. Duża część pomocy senackiej idzie na wyjazdy dzieci i młodzieży do Polski. Dzieci nie tylko poznają kraj ale mają też kontakt z rówieśnikami. Dużo się dzieje w ramach „Lata z Polską” organizowanego przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska, przez różne oddziały

Rozmawiał Karol Kaźmierczak

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz