Katarzyna Jażgunowicz

Znajomi mówią do niej – Kasiu, choć jest już emerytką i zawodowe życie architekta ma już za sobą.

Znana jest z wielkiego serca, z tego, że pochyla się nad każdym potrzebującym, a w jej skromnym kiszyniowskim mieszkaniu zawsze może przytulić na noc głowę każdy gość z Polski. Ma w jednym palcu historię mołdawskiej Polonii, w życiu której stara się dalej aktywnie uczestniczyć. Jest podporą miejscowej parafii. Kieruje od kilka lat zorganizowaną przy wspólnocie „Rodziną Colping”, świadczącą dla potrzebujących różnoraką pomoc charytatywną. Urodziła się w 1951r. w Styrczy. Jak wielu polskich liderów w Mołdawii pochodzi ze słynnego klanu Kotylewiczów. Jej dziadkiem ze strony mamy był Jan Jabłoński, duchowy przywódca Styrczy, który w sowieckich czasach dbał, by tamtejsi Polacy nie zapominali o polskich i katolickich tradycjach. Wspomagała go jej matka Adela, która choć zmarła bardzo wcześnie, bo w wieku 38 lat, odegrała ogromną rolę w zachowaniu przez styrczańską młodzież wiary i tradycji. Narażała się przy tym nie tylko na represje ze strony władz, ale także naciski ze strony członków rodziny i sąsiadów. Bynajmniej nie wszyscy z nich byli bohaterami, gotowymi zginąć za określone wartości. Niektórzy ciągle prosili, by zaprzestała swojej działalności.

– Pamiętam jednego z wujków, który był agronomem – wspomina pani Katarzyna – Bez przerwy nachodził moją mamę i prosił, by zdjęła ze ścian religijne obrazy, albo przynajmniej by je ukryła. Tłumaczył, że jak tego nie zrobi, to go wyrzucą z pracy. Pamiętam też, że jak mój dziadek szedł ulicą, to niektórzy mieszkańcy Styrczy omijali go z daleka, żeby czasami nie być posądzonymi, że są jego znajomymi. Gdy dziadek umarł, wielu mieszkańców wsi bało się pójść na jego pogrzeb, bo był chowany po katolicku. Mama nigdy nie zważała na otoczenie i zawsze wychowywała mnie i rodzeństwo na Polaków i katolików. Zawsze w domu mówiliśmy po polsku i modliliśmy się. Mama dbała też, by zarówno ja, jak i siostra i brat zachowywali się zawsze kulturalnie, byśmy wyróżniali się z otoczenia. Pamiętam, że wspólnie z tatą starali się dać nam jak najlepszy przykład i nigdy się przy nas nie kłócili, nigdy nie podnosili głosu. Jeżeli już to czynili, to wyłącznie po mołdawsku. Po polsku nigdy… Jak coś przeskrobaliśmy, to niezależnie kto był winny, musieliśmy we trójkę uklęknąć przed obrazem przedstawiającym Zaśnięcie Matki Bożej i odmówić 150 razy „Zdrowaś Mario”. Czyniliśmy to na kolanach i mama, by bardziej nas ukarać, podsypywała nam pod kolana kukurydzę. Bardzo często było mi przykro, że chociaż nie byłam niczemu winna, to musze odrabiać te karniaki. Zawsze wtedy prosiłam Matkę Bożą, by nie spała, ale obudziła się i dała mojej mamie rozum, by więcej karniaków mi nie dawała. Dopiero, gdy sama zostałam matką i zaczęłam wychowywać własne dzieci, zrozumiałam jej postępowanie… Mama uczyła nas też miłości do Polski. Traktowała polskość jak największy skarb. Mówiła nam, małym dzieciom, że jest gdzieś taki kraj jak Polska, będący ojczyzna naszych przodków, który mamy kochać. Zapamiętałam to do końca życia…

Od swojej mamy pani Katarzyna nauczyła się też bezinteresownie i po cichu pomagać ludziom. Gdy była małą dziewczynką, mama zabierała ją nocą, by towarzyszyła jej w zaniesieniu biednej rodzinie prosiaczka.

– Gdy umarł Stalin, po jego śmierci z zesłania na Sybirze zaczęto zwalniać Polaków – wspomina – Nie mogli się oni jednak osiedlać w dużych miastach, tylko na wsiach. W Styrczy zamieszkała też jedna bardzo biedna rodzina, mająca sześcioro dzieci. Przewodniczący kołchozu bardzo dobry człowiek przydzielił jej na mieszkanie wioskowy klub. Mama, chcąc także pomóc tej rodzinie, postanowiła dać jej prosiaka, którego zanieśliśmy im nocą. Gdy wracałyśmy do domy powiedziała mi, żebym nikomu, nawet ojcu o tym nie mówiła. Nie tylko dlatego, że bała się przykrości. Uważała, że ludziom trzeba pomagać po cichu tak, żeby nikt o tym nie wiedział, bo to najbardziej podoba się Bogu! Tak robię pod dziś dzień. Jeżeli komuś pomagam, to nie ogłaszam tego całemu światu.

Ciężkie czasy nastąpiły dla pani Katarzyny po śmierci matki, gdy ojciec ożenił się po raz drugi z Ukrainą z sąsiedniej wioski. Wtedy na polskość i wiarę w Boga w jej domu zabrakło miejsca. Przez 10 lat przeżywała trudne chwile, żeby nie powiedzieć czyściec… Polskość i wiarę pielęgnować mogła tylko w sercu. Uczyć się mogła tylko wieczorem i nocami. Za dnia po szkole musiała iść do sadzenia, plewienia bądź zbioru buraków. W kołchozie była norma, którą wyrobić musiała cała rodzina i macocha bezwzględnie goniła wszystkich do roboty. W naszym domu, tak jak w wielu innych znajdowała się też część kołchozowej hodowli jedwabników i nie tylko trudno się w nim było poruszać, ale musieliśmy zrywać dla żarłocznych larw produkujących kokon ogromne ilości liści morwy.

W 1968 r. pani Katarzyna wyjechała ze Styrczy do Kiszyniowa, by zdawać na architekturę. Na studia zdała celująco, ale nie została przyjęta, bo otwarcie powiedziała, ze nie tylko jest Polką, ale katoliczką. Do Styrczy jednak już nie wróciła. Obawiała się, że jak to uczyni, to macocha za rok już ją na studia nie puści. Jej starsza siostra też za pierwszym razem się nie dostała i już za rok macocha jej nie puściła i żadnych szkół nie skończyła. Pozostała w Styrczy, gdzie po dziś dzień mieszka. Pani Katarzynie pomógł nauczyciel, który widząc, że dobrze zdała egzamin, pomógł dostać się jej do pomaturalnego technikum, przeznaczonego dla przyszłych architektów. Tu była całkowicie jednak zdana na siebie. Nie miała odpowiedniej odzieży i butów na zimę.

– Na szczęście internat i szkoła ze sobą sąsiadowały i można było z jednego budynku do drugiego przebiec praktycznie na bosaka- wspomina pani Katarzyna. – Jeden z moich nauczycieli zorientował się w mojej mizerii finansowej i załatwił mi pracę w szkolnej bibliotece. Dostawałam za nią 30 rubli. Otrzymałam ponadto 19 rubli stypendium, dzięki czemu mogłam się jakoś utrzymać.

Aniołem Stróżem pani Katarzyny w Kiszyniowie był też ks. Bronisław Chodanionek od dawna zaprzyjaźniony z jej rodziną. To on udzielił ślubu jej rodzicom i ochrzcił ją i rodzeństwo. Z jego rąk z siostrą i bratem przyjmowała I Komunię św. Gdy przyjechała do Kiszyniowa zaczęła stale uczęszczać na jego nabożeństwa.

– Pomagał mi jak mógł – wspomina – Gdy do niego przychodziłam, zawsze choć go o to nie prosiłam, wręczał mi po pięć, czasem więcej rubli. Wiedział, że jest mi niezwykle ciężko, że drogie są wszystkie przybory kreślarskie i papier, które musiałam kupować na zajęcia, a także by móc wykonać prace zadane do domu. Ksiądz Chodanionek dużo też ze mną rozmawiał, tłumaczył dziewczynie, która dotąd poza Styrczą nic nie widziała, całą złożoność świata. Zachęcał mnie, bym zaufała Bogu i pozwoliła mu się prowadzić. Był moim duchowym kierownikiem, który ustawił mnie na całe życie. W znacznej mierze dzięki niemu

technikum skończyłam z wyróżnieniem, dzięki czemu mogłam dostać się na wieczorowe studia architektoniczne. Pracowałam i robiłam dyplom inżyniera. Za mąż wyszłam stosunkowo późno, bo gdy skończyłam studia i miałam 25 lat w 1976 r.

Wybranek pani Katarzyny nie był dla niej idealnym kandydatem. Uważał się za Rosjanina i był zagorzałym komunistą. Takim wychowała go matka, najprawdziwsza Polka z domu Ostrowska, która do Styrczy przybyła z Białorusi z komsomolskiego zaciągu, by w tej oazie polskości i katolicyzmu rozpocząć budowę świetlanej przyszłości. To ona pierwsza w Styrczy wsiadła na traktor i rozpoczęła tworzenie kołchozu. W wioskowej propagandzie przeciwstawiano ją matce pani Katarzyny. Ukazywano jako wzór do naśladowania, wiodący do budowy lepszej przyszłości, a matka pani Katarzyny jako symbol zacofania, dążący do utrzymania w wiosce ciemnoty. Przyszły mąż pani Katarzyny święcie wierzył w dogmaty wpojone mu przez matkę. Ona zainteresował się nim dlatego, że po wypadku był kaleką i nie miał się nim kto zająć. Gdy zaczęła mu pomagać, społeczność wioskowa jednoznacznie orzekła, że teraz musi wyjść za niego za mąż, bo niepotrzebnie dała mu nadzieję. On sam także ją o to błagał i groził, że jak nie wyjdzie za niego za mąż, to popełni samobójstwo. Nie miała wielkiego wyboru. Po ślubie i osiedleniu się w Kiszyniowie jej życie nie było łatwe. Mąż aż do końca istnienia ZSRR wierzył w komunizm, a gdy ten się rozpadł, wśród winnych spowodowania tego procesu wymienił oprócz Michaiła Gorbaczowa, właśnie ją. Dopiero później się nawrócił i wziął z nią ślub kościelny. Wcześniej tylko tolerował fakt, że jego małżonka wychowuje po katolicku ich dzieci. Jak te przystępowały do sakramentu, dyplomatycznie wyjeżdżał do Kiszyniowa. Dzięki jego tolerancji wrosły na porządnych ludzi, z czego pani Katarzyna jest ogromnie dumna.

Lepiej niż w życiu prywatnym pani Katarzynie poszczęściło się w życiu zawodowym. Dostała się do pracowni projektowej, której kierownikiem był Węgier. Nie tylko znakomity fachowiec, ale człowiek wierzący, którego ze względu na umiejętności władze sowieckie tolerowały. Stworzył on znakomity międzynarodowy kolektyw , z którym pani Katarzyna jest związana do dziś. Wciąż, choć może nie w takim tempie jak kiedyś, bo na początku lat dziewięćdziesiątych przeszła skomplikowaną operację serca, wykonuje dla niego projekty różnych obiektów. Gdy otrzyma za nie honorarium, nie chowa go do skarpety. Przed poranną polska Mszą św. spotyka się ze staruszkami na nią przychodzącymi i każdej wręcza ukradkiem zwitek banknotów. Dzięki niej mają co jeść. Na nic nie narzeka i cieszy się każdym kolejnym dniem. Każdego dnia wieczorem prosi tylko Pana Boga, by dał jej jeszcze trochę zdrowia i pozwolił pożyć. Prosi go o to przed obrazem przedstawiającym Zaśnięcie Matki Bożej. Tym samym, przed którym odrabiała zadane przez mamę „karniaki”. Przywiozła go z rodzinnego domu w Styrczy i traktuje go jak największa relikwię.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz