Czy białoruskie specłużby próbują osaczyć polskiego działacza kresowego nawet w Polsce? Mirosław Kapcewicz jeden z pionierów prężnego środowiska młodych Polaków z Lidy studiuje trzeci rok na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ale nawet tam nękają go podejrzani osobnicy.

Mirek właśnie kończy studia historyczne pierwszego stopnia na KUL. Wydawałoby się, że w dniu, w którym po raz ostatni spotkał się z promotorem przed obroną swojej pracy licencjackiej powinien koncentrować się już tylko na ostatnim kroku do uzyskania pierwszego tytułu naukowego w Polsce. A jednak nastrój satysfakcji z dotychczasowych sukcesów i mobilizacji przed ostatnim egzaminem został zmącony przez cień, który Mirek uważał za pozostawiony w tyle. Bo przywiodła go do Polski nie tylko ambicja i chęć życia w narodowej ojczyźnie ale i kłopoty w rodzinnym mieście. Po tym gdy zaczął tam animować działalność polskiej grupy młodzieżowej stał się celem białoruskich służb.

Wyrazić polskość w Lidzie

Mirek pochodzi z Lidy. Miasta fenomenu. W drugim co do wielkości ośrodku obwodu grodzieńskiego Białorusi jeszcze dziś 40 procent ze 100 tysięcy mieszkańców to narodowi Polacy. Takiej proporcji nie ma nawet w samym Grodnie. Na pierwszy rzut oka trudno to stwierdzić. Typowa radziecka zabudowa bloków z cegieł i małych murowanych domków otacza średniowieczny zamek. Wszędzie słychać język rosyjski, rzadziej białoruski. Niezwykłą przestrzeń polskości stanowi jedynie stary cmentarz katolicki na obrzeżach miasta, gdzie niejako z podziemi wyrasta polska przeszłość. To właśnie w Lidzie powstała w 1987 r. pierwsza niezależna polska organizacja społeczna w Związku Radzieckim – Klub Miłośników Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza. W latach 90 XX wieku miasto przeżywało istny wybuch polskości animowany przez kontynuujące tradycję Klubu Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej. Jednak potem, w realiach łukaszenkowskiej „stabilizacji”, fala polskości zaczęła się cofać. Znikała z przestrzeni publicznej, zamykała się na powrót w kościołach i na starym cmentarzu. Historia czołowego przedstawiciela nowego pokolenia lidzkich Polaków tłumaczy dlaczego tak się stało.

Gdy w 2011 r. na niszowej stronie internetowej przeczytałem o marszu przez miasto pod biało-czerwoną flagą urządzonym przez młodych mieszkańców Lidy, informacja ta wydała mi się całkowicie niewiarygodną. Ale tak właśnie zaczynała się działalność grupy, która jak skomentował to były konsul generalny RP w Grodnie Andrzej Chodkiewicz „zorganizowała się nieoczekiwanie dla nas wszystkich”.

Źródeł wielu społecznych zachowań nie sposób ująć w żadne tanie racjonalizatorstwo. To było jak iskra. Po prostu nieoczekiwanie dla siebie swoją polskość odkryła grupa kibiców miejscowego klubu piłkarskiego FK Lida. Większość z nich była wówczas nastolatkami. Marsz z biało-czerwoną flagą czy zabranie jej na trybuny były pierwszą próbą wyrażenia własnej tożsamości. Młodzi zaczęli w rozmowach między sobą używać języka polskiego, którego białoruska szkoła nie dała im szansy szlifować. Postanowili działać, wyrazić to, co uznali za tak ważne, w czym pomógł przykład i pomoc starszych społeczników z Towarzystwa Kultury Polskiej z którym się związali. Od 2012 r. zaczęli regularnie doglądać mogił żołnierzy Wojska Polskiego i Armii Krajowej w Lidzie ale też w innych miejscowościach na Grodzieńszczyźnie – w Surkontach, Naczy i Niecieczy. Pomoc skierowali jednak także do żyjących w Lidzie i okolicach kombatantów Armii Krajowej – odwiedzali ich, słuchali relacji. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy przygotowywali dla lokalnych bohaterów paczki z podarunkami.

Kolejne akcje i rozwój grupy przez pięć lat można bez trudu prześledzić. Wszystkie swoje działania młodzi aktywiści opisują w na swoim blogu „Polacy Grodzieńszczyzny”. Niektórzy udzielają się tam także publicystycznie, oceniając otaczającą ich rzeczywistość z punktu widzenia interesów miejscowej polskiej społeczności. Nie brak tam krytyki działań władz, ale też, gdy trzeba, białoruskiej opozycji. Artykuły upubliczniane są wraz innymi ciekawymi z ich punktu widzenia informacjami, na dwóch profilach założonych zarówno na Facebooku jak i jego popularnym wśród rosyjskojęzycznych odpowiedniku Vkontakte. Lidzianie dwukrotnie organizowali już 1 marca Bieg Tropem Wilczym ku czci „Żołnierzy Wyklętych”. Przykład był na tyle inspirujący, że w tym roku „tropem wilczym” pobiegła także grupa młodych Polaków z Grodna. Z kolei 15 sierpnia zeszłego roku Mirek wraz z kolegami rozdał w mieście zrobione uprzednio własnym sumptem biało-czerwone wstążki. Chcieli w ten sposób przypomnieć mieszkańcom Lidy o bitwie warszawskiej, zwycięstwie Polaków nad bolszewikami w 1920 r. Polegli w tej wojnie żołnierze Wojska Polskiego spoczywają przecież na lidzkim cmentarzu. „Zawsze dziwiło mnie, że w mieście gdzie jest 40 tysięcy Polaków, polskość jego tak mało widoczna” – mówi Mirek. Niewątpliwie dzięki działaniom jego grupy polskość w Lidzie wyszła z podziemia. Nie wszystkim się to spodobało.

Towarzysze z bezpieczeństwa

„To się zaczęło pod koniec 2011 roku” – Mirek rozpoczyna opowieść o pierwszych niechcianych kontaktach z białoruskimi organami ścigania – „byłem wtedy studentem ostatniego roku na lidzkim kolegium. Wszystko zaczęło się od milicji. Zaczęli nas wzywać pod pretekstem tego, że nieznani sprawcy wymalowali na Domu Polski obraźliwe dla Polaków hasła”. Nie trzeba dodawać, że sprawców nigdy nie znaleziono, jak to zwykle bywa na Białorusi w przypadku niszczenia mienia polskich instytucji czy polskich miejsc pamięci narodowej. „Byłem po raz pierwszy od 10 lat w Polsce, na Święto Niepodległości. Już po moim powrocie po raz pierwszy zostałem wezwany na milicję” – relacjonuje Mirek. Jak mówi w ciągu następnych dwóch miesięcy był wzywany jeszcze czterokrotnie. Milicjanci próbowali wydobywać informacje o działalności społecznej polskiej młodzieży – „Poważnych zarzutów jeszcze nie było”.

Towarzysze z bezpieczeństwa zaczęli jednak coraz bardziej interesować się młodymi Polakami z Lidy. W styczniu 2012 milicjanci wpadli do domu Kapcewicza. Tym razem z agentem KGB na czele. Zabrali mu laptop, drukarkę, książki w języku polskim, biało-czerwoną flagę, oraz zaproszenie na Święto Niepodległości Polski – „chyba jako dowód na moją antypaństwową działalność” – mówi z kpiną w głosie Mirek. Polskich książek i flagi nigdy już nie zobaczył. Tego samego dnia podobne przeszukanie połączone z zajęciem komputera nastąpiło u jeszcze jednego polskiego działacza młodzieżowego z Lidy. „Potem wzywali już i na milicję, i na KGB. Na KGB przedstawili mi zarzut, że prowadzę nielegalną działalność, co jest zagrożone karą dwóch lat więzienia” – mówi Mirek. O tym, że grunt pali mu się pod nogami przekonał się już wkrótce.

W lutym 2013 roku Mirek podjął pracę w sklepie ze sprzętem elektronicznym. Wkrótce potem otrzymał bardzo dziwny telefon. Nieznany osobnik namawiał go łamaną polszczyzną na „spotkanie na terytorium Białorusi”. Wyczuwając niejasną prowokację Mirek odmówił. Już w czerwcu do sklepu przyszedł nieznany mu mężczyzna w wieku około 30 lat i zaproponowała mu spotkanie i współpracę „na rzecz polskości na Białorusi” równie kiepsko wysławiając się po polsku. Kapcewicz spławił go, ale koledzy z pracy ostrzegli, że cała rozmowa była nagrywana na niewielką kamerę z sąsiedniego sklepu. Wkrótce okazało się dlaczego. Mniej więcej po dwóch miesiącach do miejsca pracy Mirka przyjechali funkcjonariusze KGB i zabrali go na przesłuchanie. W ich kwaterze czekał już oficer z Grodna. „Ten pan odwrócił swój laptop gdzie było nagranie z kamery, na nim mój sklep gdzie ja rozmawiam właśnie z tą podejrzaną osobą. Oni mnie poinformowali, że ta osoba w jakiś sposób jest powiązana z polskimi służbami specjalnymi, że ta osoba jest śledzona przez służby białoruskie. Pytali o czym z nią rozmawiałem. Oskarżali, że chciałem nawiązać z nią współpracę” – relacjonuje Kapcewicz, który nie ma wątpliwości, że KGB zmontowało przeciw niemu prowokację mogącą się zakończyć bardzo poważnymi zarzutami karnymi.

Mirek postanowił zmienić środowisko i udał się na studia do Mińska. Jednak funkcjonariusze KGB nie dawali mu spokoju, zaczepiając go nawet na ulicy. W tej sytuacji widział jedno wyjście – wyjazd do Polski. Rzutem na taśmę Kapcewicz zakwalifikował się do Programu im. Konstantego Kalinowskiego przeznaczonego dla studentów, którzy z powodów politycznych nie mogą kontynuować nauki na Białorusi. Tym sposobem rozpoczął w 2013 r. studia historyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Mimo tego starał się utrzymywać kontakt z działającymi w Lidzie kolegami, którzy nadal byli wzywani na „rozmowy” przez milicjantów. „Przed Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych poprosili na rozmowę jednego naszego chłopaka aby wyjaśnił co organizujemy na 1 marca. Mówili, żebyśmy nie robili żadnych poważnych akcji, żadnych prowokacji – jak oni to ujęli”. Mirek tłumaczył, że jego koledzy chcieli zrobić baner z hasłem związanym z „Żołnierzami Wyklętymi” – „Na temat treści baneru pisali do siebie przez Vkontakte” – według niego potwierdza to, że portal ten jest „całkowicie infiltrowany” przez białoruskie służby specjalne.

Kolejny spektakl

Studiując w Polsce Kapcewicz bywa na Białorusi sporadycznie. Zawsze gdy wraca do domu włącza się w działania kolegów, których zainspirował. Już w Polsce założył Fundację „Młode Kresy” która ma zajmować się adaptacją i organizowaniem wspólnych działań kresowych Polaków przyjeżdżających by studiować na polskich uczelniach. Dołączyli do niego rodacy nie tylko z Białorusi ale też z Litwy i Ukrainy. Kapcewicz podkreśla, że przez niemal trzy lata pobytu w Polsce nigdy nie interesowały się nim polskie specsłużby. Tymczasem wczoraj doszło do incydentu w którym pojawia się nazwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

„20 czerwca miałem o godzinie 9 egzamin, o 10 miałem oddawać pracę licencjacką. Trochę się spóźniłem. Do mojego promotora wszedłem mniej więcej o godzinie 9.40. Siedziałem z nim przy sprawdzaniu pracy około dwudziestu minut. Potem wyszedłem na chwilę do kolegów, którzy czekali w kolejce na egzamin, który już się rozpoczął. Tam jeden z moich kolegów zawołał mnie do siebie, wskazał palcem na pewnego człowieka i powiedział, że on się o mnie pytał” – relacjonuje Mirek. Kolega uznał siedzącego nieopodal na korytarzu osobnika za „podejrzanego” – wypytywał on kiedy pojawi się Kapcewicz oraz czy mógłby otrzymać telefon kontaktowy, nie potrafił wszakże wytłumaczyć w jakiej sprawie chce się kontaktować, ani nawet prawidłowo wymówić nazwiska. Koleżanka Mirka była zdziwiona faktem, że wyglądający na trzydziestokilkuletniego mężczyzna w pierwszej chwili zawahał się gdy miał wymienić nazwisko Kapcewicza. Ponieważ nikt mu numeru telefonicznego nie podał, postanowił zaczekać. Słowa te potwierdza zresztą kolega Mirka – Artur, z którym rozmawiałem. Jak twierdzi, mężczyzna mimo, że posługiwał się językiem polskim sprawiał wrażenie jakby przyjechał zza wschodniej granicy. „Wyróżniał się ubiorem” – jak twierdzi.

„Ten facet wstał z ławeczki, podszedł do mnie i spytał się czy może ze mną porozmawiać. Spytałem się kim jest. Wtedy on się przedstawił jako funkcjonariusz polskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powiedziałem mu, żeby pokazał mi swoją legitymację” – relacjonuje dalej Mirek. Jak twierdzi, zadeklarowany agent ABW machnął mu przed nosem papierem, który „nie wyglądał wiarygodnie”, nie chciał go jednak podać do dokładnego obejrzenia. Kapcewicz wkrótce po incydencie sprawdził, jak wygląda dokument pracownika ABW i uznał to, co widział za marną podróbkę takiej legitymacji – „na dokumencie nie było żadnej pieczątki, żadnego zdjęcia, tylko logo ABW i podpis”. Zapamiętał wszakże imię i nazwisko jakim przedstawił się rzekomy funkcjonariusz – Dariusz Tkaczyk.

„Od razu powiedział, że znamy twoją sytuację na Białorusi, że miałeś problemy i że prowadzisz swoją działalność. To wyglądało bardzo podobnie, pod względem używanych sformułowań, do tego jak mówili na Białorusi. Tylko ten mówił po polsku” – porównuje Mirek. „Był ubrany tak jak ubierają się ludzie na Białorusi czy na Ukrainie, to rzucało się w oczy” – potwierdza słowa swojego kolegi. Dalej osobnik ten zaoferował, że „ABW chciałoby pomóc” w działalności młodych Polaków z Lidy. „Pytał czy możemy się spotkać przy kawie na co od razu rzuciłem mu, że z żadnymi służbami polskimi, białoruskimi czy jakimikolwiek innymi się nie spotykam, na żadne kawy i rozmowy” – relacjonuje próbę podejścia. „Zapytał jeszcze raz – Czy możemy się spotkać? – odpowiedziałem nie, żadnych spotkań nie będzie” – opowiada Kapcewicz. Po takim dictum mężczyzna się oddalił.

KGB w Lublinie?

„Uważam, że to były działania służb białoruskich” – ocenia Mirek, jak mówi, po raz drugi rozgrywają one „spektakl” z jego osobą w roli głównej by potem zarzucić mu, jako obywatelowi Białorusi, współpracę ze służbami specjalnymi innego państwa. Nie trzeba się rozwodzić, że takie oskarżenie może mieć bardzo poważne konsekwencje. „Takie przypadki są znane. Służby białoruskie nie raz przedstawiały się jako wywiad amerykański czy polski i próbowały nawiązać kontakt z ludźmi. Jeżeli osoba dała się złapać na ten haczyk w przyszłości miała problemy” – podsumowuje. Kapcewicz zawiadomił już o sprawie administrację Programu im. Konstantego Kalinowskiego. Według dobrze poinformowanego źródła do jakiego dotarliśmy żaden Dariusz Tkaczyk w lubelskiej delegaturze ABW nie pracuje.

Karol Kaźmierczak




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

4 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    adinocka :

    Jak pisałem wiele razy polskość na Białorusi wymiera. Białorutenizacja czy rusyfikacja posuwa się po wszystkich liniach od kościoła po spec służby. Na marginesie za wiki (znam to też z innego źródła):
    Wincenty Konstanty Kalinowski we wszystkich swoich osobistych dokumentach używał imienia „Wincenty”]. Jednak w białoruskiej historiografii nazywany jest czasem imieniem „Kastuś”. Po raz pierwszy takim określeniem posłużył się w swoim Karotkim narysie historyi Biełarusi Usiewaład Ihnatouski – białoruski historyk, członek Biura KC Komunistycznej Partii Białorusi, jeden z przywódców antypolskiej partyzantki w 1920 roku. Ihnatouski pisał swój Karotki narys… w czasie, gdy był zaangażowany w walkę z Polakami i zdaniem prof. Anatola Hryckiewicza miało to wpływ na jego postrzeganie postaci Kalinowskiego. Według Hryckiewicza Ihnatouski uważał, że imię „Wincenty” ma zbyt polski, a za mało białoruski charakter. Aby więc uniknąć wrażenia, że Kalinowski był Polakiem, historyk postanowił przemianować go tylko na Konstantego. Ponadto Ihnatouski usiłował przedstawić powstanie styczniowe 1863 roku na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego jako powstanie chłopskie. Przekształcił zatem imię „Konstantego” w „Kastusia”, co miało nadać mu chłopski charakter, odpowiedni do wizerunku przywódcy takiego powstania.

  2. jazmig
    jazmig :

    Na Białorusi działały 2 organizacje polonijne. Jedna związana z opozycją, z Andżeliką Polak (mam nadzieję, że nie przekręciłem nazwiska) i druga, o wiele większe, która nie była zantagonizowana z wladzami. Pierwsza grupa to byla ewidentna agentura polskich służb specjalnych i trudno się dziwić władzom, że byla ona sekowana na różne sposoby. Nie wiem, co się obecnie dzieje z tą drugą organizacją polonijną. Natomiast bohater tej notki jest zapewne związany z opozycją, dlatego go śledzą. Polska robi to samo, nawet ostatnio wsadzili do aresztu faceta z jakiejś marginalnej partyjki, bo podobno to ruski i chiński szpion.

  3. Avatar
    zan :

    Ciężko ocenić na ile jest to prześladowanie spontaniczne a na ile reakcja na politykę III RP. Na skutek ciągłego jadu medialnego Białoruś w Polsce stała się synonimem gówna a rząd III RP pozwala sobie popierać opozycję na Białorusi. W Polsce uliczni handlarze gonieni przez straż miejską krzyczą „tu nie Białoruś” itp. W sposób naturalny prowadzi to do wzrostu nieufności Mińska wobec mniejszości polskiej. Ta mniejszość może być podejrzewana o zanurzenie w systemie informacyjnym III RP i naturalne środowisko pracy polskiego wywiadu. Zachciało się Warszawce wojenki, to jest wojenka.

    • kojoto
      kojoto :

      …specyficzna logika: To że warszawskie władze popierają tzw. opozycję na Białorusi (nawiasem mówiąc radykalnie anty-Polską) usprawiedliwia gnojenie Polaków, którzy chcą tylko prawa do spokojnego trwania w Polskości… Czy w/g Ciebie polskie służby powinny zacząć robić to samo? Nie będziesz się oburzał?