Choć ostatecznie UB dało spokój Józefowi Stachurze, to jednak całkiem od więzienia się nie wywinął. Został skazany na osiem miesięcy więzienia. Oficjalnie za udział w bójce.
– Byłem młody i rzecz jasna lubiłem się bawić – wspomina. – Nie opuściłem żadnej zabawy. Miałem wiele dziewczyn, choć nie byłem bynajmniej łajdakiem. Na zabawach ludzie często załatwiali porachunki. Ja miałem też z wieloma osobami na pieńku, ale nikomu w drogę nie wchodziłem. W kaszę sobie jednak dmuchać nie dałem. Pewnego razu odprowadzałem kuzynkę i jak wracałem do domu, zaczepił mnie taki ORMO-wiec, młody chłopak, który zazdrościł mi dziewczyn. Zlekceważyłem go, a on mnie z tyłu kopnął. Odwróciłem się i jak mu trzasnąłem w ryja, to tylko kopyta mu strzeliły. Gdybym wiedział, że jest to taka świnia, to bym go doprał. Kopnął bym go ze dwa razy w żebra i byłby załatwiony. Nie doprałem go jednak i poszedłem. Później miałem kłopoty. Na jednej z zabaw sprowokował bójkę obok mnie.
Fałszywe oskarżenie
„Nie brałem jednak w niej udziału. Któryś z jej uczestników zajechał mnie nawet nożem. Tamten ORMO-wiec co zarobił ode mnie wcześniej w michę, zeznał jednak, że to ja ją zainicjowałem. Aresztowali mnie i w pierwszej instancji dostałem do odsiadki osiem miesięcy. W drugiej instancji, do której wszyscy się odwołali, prokurator wnosił o moje uniewinnienie nie znajdując podstaw do skazania. Sąd jednak wyrok podtrzymał. Okazało się, że ten ORMO-wiec, który mnie oskarżył miał od dawna związki z UB i jego mocodawcy nacisnęli na sąd i ten wydał „odpowiedni” wyrok. Zostałem wysłany do więzienia w Łęczycy, skąd miałem z innymi więźniami zostać przetransportowany do ośrodka pracy przy PGRze. Byłem wściekły, że za darmo muszę kiblować. Jak znaleźliśmy się w samochodzie, to usiadłem na ławce na skraju obok strażnika. Ten czując moją wściekłość poklepał swoje empi, które miał na kolanach i powiedział, że jak chciałbym uciekać to zrobi z tego użytek. Popatrzyłem na niego i pomyślałem – Ty stary dziadu, pier… ął bym ci w ryja, to ani byś nie mrugnął! – Nie walnąłem go jednak bo jakbym go zabił, to po złapaniu dostałbym „czapę”. Cieszyłbym się wolnością najwyżej kilka tygodni. Jak wróciłem do domu imałem się różnych zajęć. Założyłem rodzinę i zacząłem pracować w zlewni mleka. Otrzymanie takiego zajęcia przez osobę karaną nie było łatwe.”
Dali mu strzelbę
„Zaprzyjaźniłem się wtedy z takim ORMO-wcem Jankiem Klimczykiem. Był to brat Władka Klimczyka, który był z „Jurem” w tym bunkrze w Woli Prusieckiej rozbitym przez UB. Do ORMO wstąpił nie dlatego, że był zwolennikiem nowej władzy, ale żeby mieć spokój bo te dranie żyć mu nie dawały. Wówczas we wsi mieszkańcy musieli pełnić tzw. „wachtę” czyli straż nocną mającą alarmować mieszkańców w przypadku zauważenia pożaru czy jakiś bandytów. Jak ten Janek Klimczyk miał „wachtę” to milicja i ORMO-wcy bez przerwy go kontrolowali. Chcieli go złapać na tym, że zaszył się gdzieś i spał zamiast pełnić służbę. Za takie coś mogli go już w ówczesnej sytuacji wsadzić do pierdla. Chcąc nie chcąc wstąpił do ORMO. Wtedy nie tylko zostawili go w spokoju, ale dali strzelbę i zrobili „oganiaczem” na terenie. Milicja przyjeżdżała teraz do niego na wódkę. Ja też go poiłem, by zdobyć jego zaufanie. On przy kielichu opowiadał mi o wszystkim. Powiedział mi wszystko o swoim bracie i jego działalność w oddziale „Jura”. Ja mu o niczym nie mówiłem. Nie przyznawałem się do związku z KWP, bo najzwyczajniej się bałem. Klimczyk, jak się spił to mógł się przecież wygadać przed komendantem milicji. W każdym bądź razie Klimczyk pomógł mi dostać pracę w zlewni. Komendant kazał mu mnie jednak obserwować, być może licząc, że złapie mnie na jakimś przekręcie. Któregoś dnia przychodzi do mnie ten Klimczyk i mówi, że dzisiaj komendant go wezwał i pytał, jak ty w tej zlewni pracujesz”.
Nie chciał dać spluwy
„Powiedziałem mu, że za tyle wódki co dostaje to ma zeznawać jak trzeba. Wtedy ORMO wiele mogło. Władze traktowały ją jako najpewniejszą terenową strukturę. Taki Kazimierz Mielczarek komendant ORMO w gminie to była figura. W czasie wojny był w AK, ale później uznał, że trzeba ratować skórę i wstąpił do ORMO. Wszystko było mu wolno. Ludzie bali się go jak ognia. Milicja do niego przyjeżdżała bardzo często, by dowiedzieć się co słychać w terenie. Komendant milicji też chciał mnie wciągnąć w swoją orbitę. W naszej wsi bez przerwy okradano sklep. Komendant postanowił przez kilka nocy się na złodziei zasadzić. Żeby jednak ich nie spłoszyć miał się ukryć z ludźmi w oddali a ja miałem dać im sygnał. Sklep znajdował się po drugiej stronie drogi. Z mojego gospodarstwa było go dobrze widać. Komendant zaproponował mi, że jak coś zauważę, to zapalę światło przed oborą. Pomyślałem sobie nie ma głupich, smyków złapią a potem ktoś mnie podpali. Mówię, że zwrócę uwagę na sklep, jak dostanę spluwę do obrony i jak mi zapłacą. Komendant tylko się skrzywił, ale propozycji nie przyjął. Ja zaś dalej uczciwie pracowałem, starając się jak najuczciwiej wykonywać swoje obowiązki. Założyłem rodzinę i po śmierci ojca dalej prowadziłem gospodarstwo.”
Następca robił przekręty
W zlewni Józef Stachura przepracował do 1985 r., aż do przejścia na rentę inwalidzką. Wysiadł mu bowiem kręgosłup.
– Mój następca zaczął robić przekręty, kradł ile wlezie – wspomina Józef Stachura. – Mało nie trafił do więzienia. Sam ze swojego gospodarstwa odstawiał do zlewni 50 litrów mleka, a pisał sobie po 100. Zawyżał, ilość tłuszczu w odbieranym od chłopów mleku. Dopisywał ludziom masło, które mogli odebrać w ramach zapłaty za mleko. Nawet mnie też dopisał. Początkowo nie reagowałem czekając co zrobi kontroler w spółdzielni, który od zlewniarzy odbierał miesięczne sprawozdania. Jak je przyjął i zatwierdził, ten dostarczony przez mojego następcę, wkurzyłem i poszedłem do niego. Wchodzę do niego od razu z mordą i mówię jak mógł przyjąć sprawozdanie od tego T., skoro są w nim przekręty i mnie dopisał 2 kg masła, które mi się nie należały. On coś tam zaczął kluczyć, że to niby za kwiecień. Wtedy zdenerwowałem się jeszcze bardziej i wolę mu: jak to k… a za kwiecień jak mamy czerwiec. Kontroler w końcu zaczął dokładnie przeglądać sprawozdania tego T., w końcu poszedł z nimi do prezesa. Rezultat był taki, że temu T. Potracono z pensji. Zawsze starałem się być uczciwy i nie oszukiwać.”
Pisali na mnie donosy
„Tak mnie wychował ojciec, który powtarzał, że nawet jeżeli ludzie nie zauważą, że kradnę to Bóg to widzi i w odpowiednim momencie oceni. W zlewni mleka wszystko musiało się zgadzać, ilość mleka i ilość zawartego w nim tłuszczu. Owszem tymi procentami można było manewrować. Zabrać jednemu i dopisać drugiemu. To już jednak było oszustwo. Wielu dostawców proponowało mi łapówki, bym im dopisywał procenty, ale jak tak można było robić. Jak nie chciałem kantować, to wielu chciało mnie się pozbyć. Pisali na mnie donosy, że niby kradnę, ściągali kontrole itp. Wiele razy miałem tego dość, chciałem odejść, ale prezes nie chciał mnie zwolnić. Jak byłem na rencie to po jakimś czasie zasugerował, żeby wrócił. Zarówno ten T. Jak i jego następczyni okazali się ludźmi myślącymi przede wszystkim o swojej kieszeni. Odpowiedziałem prezesowi w „Życiu Warszawy”. Miałem już stargane nerwy i nie chciałem się już na nowo użerać. Zamieszkałem przy jednej z trzech córek w Radomsku i mam święty spokój.”
Nadal aktywny
„Gdy po 1990 r. Polska odzyskała niepodległość zaangażowałem się w zachodzące w niej przemiany. Uczestniczyłem m.in. aktywnie w kampanii wyborczej Lecha Wałęsy. Pomagałem w agitacji wyborczej za solidarnościowymi kandydatami do władz lokalnych. Działam też w środowisku byłych żołnierzy KWP w Radomsku, ale niestety zostało już nas w tym mieście, w którym ono powstało tylko trzech. Na szczęście tutejsze społeczeństwo, jak i władze są życzliwie nastawieni do idei upamiętnienia działalności KWP. Ma tu swój pomnik „Warszyc”, jest kilka tablic pamiątkowych itp.
Marek A. Koprowski








