My Polacy nie jesteśmy odpowiedzialni za losy świata, lecz jesteśmy odpowiedzialni za losy własnego państwa. Musimy sobie wyjaśnić, czy Ameryka zamierza serio nas wyswobodzić, chociażby w dalszej przyszłości, czy też potrzebni jesteśmy wyłącznie jako teren antyrosyjskich dywersji.
„Gomułka – opowiada p. Mikołajczyk w osiemnastym swoim artykule, ogłoszonym w prasie amerykańskiej – zerwał się z krzesła z ręką na rewolwerze w swojej kieszeni i skierował wylot lufy w stronę mojej piersi…
Siedziałem nieporuszony. On stał nade mną, trzęsąc się ze złości…
– Proszę o papierosa, please – powiedziałem.
– Damy sobie radę z tymi ludźmi – wykrzyknął – i z tobą także…”.
Wstrząsające! Pociesza nas wyłącznie ta okoliczność, iż p. Mikołajczyk widział „wylot lufy” tylko przez sukno kieszeni w spodniach p. Gomułki. Może więc nie był to jednak rewolwer, a tylko inny jakiś przedmiot okrągły. Ale bądź co bądź! Ten dziki Gomułka rzuca się wprost, a on, Mikołajczyk, z twarzą chłodnego lorda północy, ani drgnie. „Give me a cigarette, please, I asked”. – Cóż za wyrobienie towarzyskie, męskie i polityczne!
Scena powyżej przez p. Mikołajczyka odmalowana miała miejsce w początkach jego kariery jako drugiego wicepremiera w rządzie p. Osóbki. Potem p. Mikołajczyk był jeszcze tym wicepremierem przez całe półtora roku. Ileż scen podobnych musiał znieść, zwłaszcza, że tak niekoleżeński p. Gomułka był w tym rządzie wicepremierem pierwszym.
I jakież szczęście dla nas wszystkich, że p. Mikołajczyk drukuje w Ameryce swe thrillery o tym, że Paderewski nie gra w niebie na fortepianie, albo że Gomułka mierzył w jego pierś czym ukrytym w kieszeni. Gdyby je bowiem drukował w Paryżu lub innym jakimś mieście europejskim ludzie dusiliby się ze śmiechu.
I czyż nie mam racji, gdy piszę, że Polska jest jak Szekspirowska Tytania?
Ale wróćmy z tego kina dla Murzynów z Gomułką w roli głównego kowboja, a z Mikołajczykiem jako szlachetną glamour girl, do naszej rzeczywistości politycznej. Pan Mikołajczyk oświadczył w Londynie w listopadzie 1947 roku:
…zarówno dla Brytyjczyków, jak dla Polaków ważne jest, aby nie zaszło nic takiego, co by skomplikowało stosunki pomiędzy Londynem a Warszawą…
oraz:
Nie chciałbym, aby mój wyjazd z Polski tłumaczono sobie, że może zamierzam prowadzić akcję antysowiecką lub występować przeciwko porozumieniu z Sowietami.
Tenże p. Mikołajczyk wypisuje w styczniu 1948 roku krzykliwe antysowieckie thrillery w Ameryce. Wobec tego dziś już nikt nie może wątpić, że p. Mikołajczyk tutaj słuchał jednych, a tam idzie za radą drugich.
I dlatego interesuje nas bardzo, w jakim kierunku idą te amerykańskie rady.
Ogłosiłem już w poprzednim swoim artykule, że p. Mikołajczyk nader surowo potępia dziś pakt z Majskim z lipca 1941 roku, którego w latach 1941–1945 tak gorliwym był w Londynie obrońcą, i że stąd interesuje nas bardzo, co teraz p. Mikołajczyk powie o pakcie w Jałcie.
Otóż w swoim siedemnastym artykule p. Mikołajczyk powiada co następuje:
Rząd polski w Londynie pośpiesznie odrzucił decyzje jałtańskie na podstawie tego, że rząd polski, który był wtedy jeszcze uznawany przez wszystkie kraje za wyjątkiem Rosji, nie był konsultowany w sprawie losów Polski po wojnie.
Powyższe sformułowanie jest krzywym zwierciadłem rzeczywistości. Nie chodziło wtedy o brak udziału rządu polskiego w naradach jałtańskich. W Jałcie dokonano nowego rozbioru Polski z pogwałceniem uprzednio z nami zawartych umów i traktatów, przekreślono zasadę suwerenności i niepodległości państwa polskiego, postanawiając dla Polski stworzyć nowy rząd via układy w Moskwie rządu Sowietów z dwoma ambasadorami anglosaskimi.
Antykomunistyczny rozpęd p. Mikołajczyka zatrzymuje się więc jednak przed barierą jałtańską.
My Polacy nie jesteśmy odpowiedzialni za losy świata, lecz jesteśmy odpowiedzialni za losy własnego państwa. Musimy sobie wyjaśnić, czy Ameryka zamierza serio nas wyswobodzić, chociażby w dalszej przyszłości, czy też potrzebni jesteśmy wyłącznie jako teren antyrosyjskich dywersji.
Protegowanie p. Mikołajczyka przez Amerykę budzi w nas niepokój. Był on już raz użyty dla rozbicia polityki polskiej w obronie niepodległości. W chwili, kiedy rząd polski mówił Anglo-Amerykanom „nie”, p. Mikołajczyk pośpieszył ze swoim „tak”. Dziś, chcąc odzyskać zaufanie narodu przyznaje się do błędów, lecz jest już za późno na wyrównanie szkód, które wtedy wyrządził.
Musimy szukać jakiegoś wskaźnika, który by nas pouczał o szczerości i uczciwości polityki amerykańskiej wobec Polski. Amerykanie powinni zrozumieć, że popierając p. Mikołajczyka odejmują nam tę ostatnią siłę, która nam jeszcze została, siłę moralnej solidarności pod przewodnictwem rządu będącego prawną kontynuacją rządów niepodległej Polski. Stąd Amerykanie powinni zrozumieć, że popieranie p. Mikołajczyka jest nie tylko dywersją antysowiecką, ale także dywersją antypolską. Powiemy więcej. Wyczyny propagandowe p. Mikołajczyka w bardzo nieznacznym stopniu mogą wstrząsnąć potęgą sowiecką, natomiast jego działalność w Ameryce niszczy solidarność Polaków w sposób bardzo dla nas dotkliwy.
Zdajemy sobie sprawę z tej ogromnej dysproporcji siły i potęgi, która w danej chwili pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską zachodzi. Ale zdawanie sobie sprawy z tej oczywistości nie może być równoznaczne z akceptowaniem każdej polityki, którą Ameryka w sprawie polskiej zechce zastosować. Od Ameryki otrzymaliśmy w roku zeszłym zakwestionowanie linii Odry i Nysy oraz poparcie dla Mikołajczyka. Od Ameryki oczekujemy: uznania Lwowa i Wilna za miasta polskie i lojalności wobec rządu polskiego na wygnaniu. Nie jesteśmy tym Litwinem z czasów Witolda Wielkiego, mówiącym innemu Litwinowi, któremu wielki książę kazał się powiesić: „Wieszaj się prędzej, bo inaczej książę gniewać się będzie”.
Stanisław Cat Mackiewicz
Fragment książki Chciałbym przekroczyć kurtynę żelazną “Lwów i Wilno” 1946-1950, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2016. Tekst ukazał się pierwotnie: „Lwów i Wilno”, nr 58, 1 lutego 1948.










