Sześć stepowych tchórzy

Puchalski fotografował i filmował nie tylko polską przyrodę, choć to o niej pisał: „Przyroda nasza ma w sobie tyle piękna, że kto raz ją poznał do końca życia pozostanie pod jej urokiem.”

„Wały” w Gliniskach widziały już zapewne wiele. Może nawet wędrujących Gotów, którzy w na początku I tysiąclecia zakładali osady w nieodległej Kotlinie Hrubieszowskiej. Możliwe, że tędy właśnie spieszyły zbrojne zastępy rycerzy do grabowieckiego grodu, lub strojne orszaki, do siedziby biskupiej w Uchaniach. Podobno to tutaj przesiadywał Henryk Sienkiewicz i zapatrzony w rozciągającą się dal układał w głowie sceny oblężenia Zbaraża, Spisywał je później przy stoliku, który dziś stoi w Izbie Regionalnej w Grabowcu. W ostatnim czasie teren ten upodobali sobie miłośnicy koni (bo też tylko tutaj pędząc koniem człowiek doświadcza uczucia wolności i łudząco prawdziwego przeświadczenia, że z za wzniesienia wyłoni się czambuł skośnookich ordyńców) i paralotniarze.

Ja chciałbym jednak napisać o wydarzeniu, jakie tu miało miejsce bez mała 40 lat temu. Wówczas bowiem, pogodnego czerwcowego dnia, pojawił się tutaj człowiek objuczony sprzętem filmowym, zaopatrzony zapewne w saperkę lub inną łopatę. Zaczął kopać. Kopał, kopał i wykopał, nie byle co – dokonał odkrycia. Tak owe odkrycie opisywali w 1975 roku w naukowym czasopiśmie „Przegląd Zoologiczny”, Tadeusz Buchalczyk i Andrzej Ruprecht: „W czasie filmowania i obserwacji susłów perełkowanych Citellus suslicus na Lubelszczyźnie w dniu 11 czerwca 1970 r. na północny zachód od miejscowości Majdan, Drogajówka, Gliniska w powiecie Hrubieszów (50o52’N, 23o39’E) mgr inż. W. Puchalski znalazł norę tchórzy stepowych. Nora była położona na pastwisku o powierzchni ok. 60 ha, obejmującym m.in. pofałdowany stok o skłonie północno-zachodnim. Po rozkopaniu nory na powierzchni ok. 6 m2, znaleziono gniazdo z 9 młodymi i matką na głębokości 3 m. Sześć spośród młodych (3 samce i 3 samice) zostały wzięte do hodowli, natomiast 3 wraz z matką pozostawiono w gnieździe. Gniazdo tchórzy znajdowało się na terenie gdzie było ok. 320 nor susłów perełkowanych.” Stykają się w tej historii dwa unikaty: odkrywca i odkryty.

Tchórz stepowy to ssak drapieżny z wyglądu niewiele różniący się od swego trzymającego się zagród i powszechnie znienawidzonego przez ludzi kuzyna. W odróżnieniu jednak od niego wybrał wolność i brak ludzkiego towarzystwa. Nie dusi kur i kacząt, nie wypija jaj, w ogóle omija ludzkie osady. Jest jak kozak – osiadł w wolnym stepie i żyje z tego co step mu da. A upodobał sobie susły perełkowane, gryzonie, z którymi jak mówią mądrzy naukowcy, jest związany troficznie – czyli po prostu je zjada. Żyje w koloniach susła, co więcej jest tak zapobiegliwy, że zwłaszcza w czasie wychowu młodych, przechowuje „suślinę” w specjalnych norach. Tak też było i na Gliniskach. Puchalski znalazł niedaleko nory tchórza taką właśnie spiżarnię, gdzie tchórz „schomikował” 26 susłów, niektóre w stanie rozkładu. Unikat odkrycia polegał na tym, że w granicach pojałtańskiej Polski nikt jeszcze tchórza stepowego wówczas nie znalazł. Znane wcześniej stanowiska, (podobnie jak wielu Polaków), zostały za linią Curzona. Puchalski był pierwszym, który tego ssaka w powojennej Polsce odkrył. Zaś miejsce, w którym go odkrył w 1982 r. zostało objęte ochroną w formie rezerwatu.

Od maleńkości

A kim był sam odkrywca? W wydanym już po śmierci Puchalskiego albumie pt.: „Włodzimierz Puchalski – film i fotografia” Maciej Łukowski pisał o nim tak: „Włodzimierz Puchalski – niedościgniony mistrz przyrodniczej fotografii, urokliwy gawędziarz, wielki miłośnik przyrody, wspaniały człowiek, autor wielu fotograficznych albumów, ale przede wszystkim twórca własnej szkoły stylistycznej polskiego filmu przyrodniczego. Kochał przyrodę nie tylko sercem, lecz niemal każdym kadrem filmu, każdą fotografią. Przyroda w jego twórczości jest bohaterem wspaniałym, niedościgłym w doskonałości i nie poznanym w swych tajemnicach. Przygląda się jej z podziwem i uwielbieniem, nie mąci jej naturalnego spokoju nie obdziera piękna z topornej czasem naturalności.”

Urodził się w 1909 r. w Mostach Wielkich koło Lwowa. Ojciec był oficerem armii austriackiej, ale zajmował się też fotografowaniem krajobrazów i przyrody. Te zainteresowania zapewne „z genami” przekazał synowi. Puchalski wspominał bowiem, że: „Jednym z moich pierwszych wrażeń jakie potrafię sobie odtworzyć z taśmy mojej pamięci, z okresu kiedy jeszcze niezbyt pewnie poruszałem się na nogach, są sceny z życia gołębi i wróbli, które imponowały mi swoją ruchliwością i zgrabnością tak kontrastowo doskonałą, zwłaszcza na tle moich słabych umiejętności chodzenia.” W wieku 14 lat otrzymał od dziadka Hieronima Sykory aparat fotograficzny (tzw. miechowy) i można śmiało powiedzieć, że od tego czasu praktycznie się nie rozstawał z aparatem i kamerą (wyjąwszy czas wojny i okupacji, kiedy ukrywał się w Puszczy Sandomierskiej pracując jako leśniczy). Po ukończeniu szkoły średniej trafił do Korpusu Kadetów we Lwowie. Wydawało się, że wojskowy dryl zdusi, czy choć ostudzi pasje młodego człowieka. Ale nie. Puchalski wychodził z budynku koszarowego i tęsknie patrzył na odlatujące ptaki. Kiedy został przyłapany przez oficera dyżurnego, nie tylko, że nie było z tego awantury, ale dowództwo pozwoliło mu wychodzić rankiem z aparatem „w plener”.

Kolejnym etapem w życiu Puchalskiego były studia na Politechnice Lwowskiej, na Wydziale Rolniczo-Leśnym, na którym zakończył edukację z tytułem inżyniera agronomii. Nie jest chyba zaskoczeniem, że najbardziej lubił wyjazdy i praktyki terenowe. W roku 1930 czatował na ptaki w zamaskowanych schronieniach na stawach w okolicach Żółkwi, w następnych latach jeździł do znajomego leśniczego Feliksa Nalepy w okolice Sokala. Był asystentem prof. W. Romera w Katedrze Fotochemii, a następnie asystentem w Katedrze Anatomii w SGGW. Pracę tę łączył z ciągłym filmowaniem i fotografowaniem przyrody, zwłaszcza ptaków. Wspomina po latach: „Największą miłością mojego życia były zawsze ptaki (…) Była w tym jakaś siła, która kazała mi już o świcie wyskakiwać z łóżka i biec o wschodzie słońca, by obserwować przyrodę. Ta siła już w dzieciństwie wypędzała mnie zawsze z miasta i odciągała od szkolnych książek. Ile mnie te ptaki kosztowały zmartwień! Kiedy przychodziła wiosna nie mogłem się uczyć, wzrok odrywał się od druku i biegł za lotem ciągnących ptaków. Porzucając niekiedy lekcje nasłuchiwałem klangoru powracających żurawi. W nocy śniły mi się gniazda i pisklęta. Z miasta – jak z więzienia – uciekałem by patrzeć na klucze ptaków …”. W 1931 r. w wieku 22-lat Włodzimierz Puchalski otworzył pierwszą swą wystawę we Lwowie, w Kasynie Literackim wygłosił wykład. W 1934 r. zrealizował pierwszy w Polsce film przyrodniczy „Bezkrwawe łowy” przy pomocy 16-milimetrowej kamery „Siemens-Halski”. Okoliczności powstania tego filmu były dość dramatyczne. Zawzięty pasjonat przesiedział na drzewie dwa dni i dwie noce bez snu (startował w „Pogoni”, a to wiele tłumaczy) filmując gniazdo sokoła wędrownego (ptak dziś w Polsce na granicy wyginięcia). Niestety na koniec filmowania kamera wymknęła się z ręki zmęczonego filmowca – cały trud na nic. Ktoś inny może by się załamał i dał za wygraną, ale nie Puchalski. Powtórzył zdjęcia, nakręcił gniazdo i polowanie sokoła. I niemałych doznałem wzruszeń kiedy na jednym z popularnych serwerów, na których udostępnione są różne materiały znalazłem 20-minutową „składankę” przedwojennych filmów Puchalskiego, w tym ten z sokołem wędrownym oraz z ujęciami postaci samego Mistrza.

W 1936 r. zdobywa Złoty Medal na Wielkiej Olimpiadzie Łowieckiej w Berlinie za zdjęcie przedstawiające dzika w lesie. Współpracuje z czasopismami „Łowiec Polski”, „Wszechświat” i z prestiżowym „National Geografic Magazin”. Wojna przerywa jego działalność. Po wojnie wykopuje zakonserwowany i schowany w skrzyniach sprzęt fotograficzny i pracuje dalej. Pisze: „Poczułem radość, że można wszystko rozpocząć od nowa, także pragnienie, żeby jak najszybciej, choćby jutro ruszyć w nieznane okolice i włączyć się w zwycięski rytm budzącej się natury. Czujne, ostrzegawcze gęganie ciągnącego klucza wyzwało mnie ku polom, lasom, wodom – dokąd tylekroć uciekała myśl w czasie okupacji.” Wkrótce wychodzi pierwszy powojenny album pod tytułem „Bezkrwawe łowy”. Puchalski pomaga w organizowaniu Instytutu Filmowego w Krakowie, podejmuje współpracę z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi. Kręci kolejne filmy, z których zwykle też powstają albumy fotograficzne: „Ptasia wyspa”, „Zima w Puszczy Białowieskiej”, „Skrzydlaci rycerze”, itd. itd. (w sumie powstało ok. 60-ciu filmów i 19 albumów). Za swą twórczość otrzymał 17 nagród w tym wiele prestiżowych zagranicznych: w Edynburgu, Londynie, Fontainebleau, Wiedniu, Lipsku, Rzymie. I tego wszystkiego dokonał twórca, który był … daltonistą. Tak, tak, większość albumów i filmów Puchalskiego jest czarno-biała, w niczym to jednak nie umniejsza kunsztu mistrzowskiego.

Nie da się opisać twórczości Puchalskiego w zadowalający sposób. Trzeba po prostu oglądać jego filmy, oglądać albumy jego zdjęć. Warto wówczas zamknąć choć na chwilę oczy by przenieść się do innego świata. Tego, którego skrawek utrwalił Mistrz. Świata gdzie brzmią rozwrzeszczane ptasim chórem Stawy Milickie, gdzie słychać „bałakanie” kormoranów na mazurskiej wyspie, wsłuchać się w ciszę (tak, bo w ciszę też trzeba się czasem wsłuchać) niezmierzonych, skutych lodem przestrzeni Antarktydy. A przy tym usłyszeć jeszcze melodyjny głos samego Twórcy „zaciągającego” po lwowsku.

A Działowe stepowe tchórze spod Glinisk?. Kiedy je wybrał z nory były to ślepe oseski wielkości myszy. Oczy otworzyły dopiero po 15 dniach. Ale nie to było najciekawsze. Otóż zwierzęta nie chciały przyjmować pokarmu. Istniała groźba, że padną z głodu. Wówczas Puchalski wpadł na pomysł by karmić je jak to robi samica. Brał kawałki mięsa do ust i podawał młodym. Zadziałało. Młode tchórze przyjmowały pokarm ot tej przerośniętej i nieco łysiejącej „samicy”. Zrobiły również karierę filmową jako bohaterowi filmów: „Nasze zwierzęta stepowe” i „Moich sześć stepowych tchórzy”, ich zdjęcia ukazały się w albumach.

Puchalski fotografował i filmował nie tylko polską przyrodę, choć to o niej pisał: „Przyroda nasza ma w sobie tyle piękna, że kto raz ją poznał do końca życia pozostanie pod jej urokiem.” Jeździł na Spitsbergen, a także aż na … Antarktydę.

Miłość aż po grób

To właśnie zdjęcia na wielkim białym lądzie były marzeniem Puchalskiego. Z wielu przyczyn jechać tam nie mógł. Kiedy wreszcie nadarzyła się okazja … lekarze powiedzieli „veto”. Wiek już nie najmłodszy (dobiegał 70-tki), serce nie to, itd. itd. Jednak nic nie powstrzyma pasjonata. Wystarał się o pozwolenie na podróż, jak byśmy dziś powiedzieli „na własną odpowiedzialność” i popłynął. Na Antarktydzie filmował przyrodę, góry lodowe i prowadził dziennik. Z zapałem pisał: „Skręciłem już 2 kilometry taśmy, moc przepięknych scen w ciągu niespełna 8 dni i zrobiłem około 500 zdjęć kolorowych i 1200 czarno-białych.” Zaś pod koniec roku notował: „Jeszcze cztery dni tego roku i już 1979 rok, i za kilka miesięcy rozpocznę 71 rok – o Boże, gdzie te lata uciekły, jakże to szybko zbliża się kres człowieka. No bo skoro 70 lat tak przeminęło, to cóż dopiero te ostatnie 10 czy 20. Ale nie daj Boże doczekać tego zramolenia w tak podeszłych latach. Już i tak zdaje mi się czas i pora na łopatę, choć będzie mi bardzo żal opuszczać przede wszystkim swoich najbliższych a potem ten cudny świat przyrody, moje kochane kwiaty, motyle, aromatyczne łąki i pola, rozświetlone polany leśne i „rozpachnięte” żywicą bory sosnowe, wody, trzciny i ptaki i to cudne ciepłe słońce i cały nasz plener – no ale trudno, wszystko co ma początek musi mieć i koniec – głupie jest to życie, a raczej jego musowy koniec”. Pan Bóg oszczędził mu jednak czasu „tego zramolenia”, bo zaiste byłoby to chyba dla niego bardziej okrutne niż śmierć. Umarł jak żył i w czasie robienia tego czym żył. 19 stycznia 1979 roku zasłabł przy statywie kamery podczas robienia porannych zdjęć. Serce nie dało się już pobudzić. Został pochowany w lodach Antarktydy. Podczas kolejnej ekspedycji żona Alana ustawiła na grobie symboliczny pomnik.

Jednak prawdziwym i trwałym pomnikiem Mistrza jest spuścizna jego twórczości, o której to twórczości ktoś kiedyś pięknie napisał, że: „była niczym innym jak nieustannym świętowaniem w krainie niedostępnej profanom, chociaż będącej w zasięgu ręki lub wzroku niemal każdego człowieka.” Znaczną cześć tej spuścizny (150 tys. przedmiotów, negatywy zdjęć, aparaty fotograficzne, albumy, taśmy z nagraniami, w tym zdjęcia z Kresów: Lwowa, Czarnohory, Zaleszczyk, Podola, Wołynia) żona Alana i córka Anna przekazały w 1996 roku do Muzeum w Niepołomicach, gdzie można je oglądać (http://www.muzeum.niepolomice.pl/). Dla uczczenia pamięci Mistrza jego imieniem nazwano szkoły i ulice, zaś od 1980 r. odbywa się w Łodzi Festiwal Filmów Przyrodniczych. Wiecznie żywy jest też Puchalski w sercach całych pokoleń miłośników przyrody, fotografików, filmowców, profesjonalistów i amatorów, którzy starają się być „jak Puchalski”.

Krzysztof Wojciechowski

Zdjęcia Włodzimierza Puchalskiego wykorzystane w artykule zostały przekazane przez żonę Alanę i córkę Hannę Puchalskie dla Muzeum Niepołomickiego i obecnie znajdują się w jego zbiorach. Wyrażam wdzięczność za ich udostępnienie do niniejszej pracy.

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

    • tutejszy
      tutejszy :

      Zamojscy harcerze jadą do Lwowa jak informuje Katolickie Radio Zamość:

      Hufiec ZHP Zamość im. Dzieci Zamojszczyzny został zaproszony przez Prezydenta Organizacji Ukraińskich Skautów OUS ze Lwowa na Skautowy Zlot – pn. „Książę Lew”. Zlot odbędzie się w dniach 21 – 23 października 2011 r., we Lwowie i okolicach.
      W zlocie weźmie udział ponad 300 skautów – Organizacji Skautów Ukraińskich – OUS ze Lwowa, Kołomyi, Odessy, Cherkas, Kamieńca Podolskiego, Szarogrodu (miasta, którego założycielem był Jan Zamoyski ) oraz skauci z Włoch, San Marino, Monaco, Danii. Polskę reprezentować będą harcerki i harcerze z Krakowa i Zamościa.
      Hufiec ZHP Zamość wystawia 22 osobową reprezentację z drużyn:
      – 10 Zamojskiej Drużyny Harcerskiej „Nietykalni” – Klub Harcerski „Wiking”
      – 13 Zamojskiej Drużyny Starszoharcerskiej „Ignis” – Klub Harcerski „Wiking”
      – 58 Drużyny Harcerskiej im. S. Milera ze SP nr 6 w Zamościu
      – 4 Grunwaldzkiej Drużyny Harcerskiej i Starszoharcerskiej „Morusy” z Bodaczowa.
      W ramach Zlotu zamojskie harcerki i harcerze zaprezentują M. Zamość i region zamojski, wezmą udział min. w nocnej grze terenowej, warsztatach twórczych, szeregu zajęciach integracyjnych, grach i zabawach skautowych i harcerskich, mszy ekumenicznej

      wrzuciłem tutaj bo nie bardzo wiedziałem gdzie : )