Pochodził z rodziny niemieckich arystokratów o polskich korzeniach. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę to on tworzył od zera naszą Marynarkę Wojenną i także on kupił dla Polski pierwszy okręt wojenny – z własnych środków.
W 1939 roku dowodził obroną polskiego Wybrzeża i bronił go aż do kapitulacji, 2 października. Wziął na siebie odpowiedzialność za tę decyzję. Nie chciał tracić więcej żołnierzy.
Niemiecki znał najlepiej, miał zostać dziedzicem
Józef Michał Hubert Unrug urodził się 7 października 1884 roku w Brandenburgu nad Hawelą. Jego ojciec Tadeusz Gustaw, generał armii pruskiej, pielęgnował jednak pamięć o polskiej historii rodu. To właśnie on nauczył syna języka polskiego, choć w domu na co dzień mówiło się po niemiecku i francusku. Mały Józef miał więc trójjęzyczne dzieciństwo – polskiego uczył się świadomie, niemiecki znał najlepiej, a francuski służył w kontaktach rodzinnych.
Tradycje walki po stronie Polski były w tej rodzinie zakorzenione. Stryj Józefa, Kazimierz Unrug, zmarł w wyniku ran odniesionych w powstaniu styczniowym. Mimo to rodzice widzieli w Józefie zarządcę rodowego majątku. On jednak wybrał inną drogę. Pasję do morza rozbudziły w nim opisy żeglarskich przygód, które czytał w młodości. Ponieważ Polska nie miała floty, jedyną drogą kariery morskiej była służba w marynarkach państw zaborczych. Dlatego w 1904 roku wstąpił do akademii Cesarskiej Marynarki Wojennej w Kilonii.
Awansował szybko – walczył m.in. na U-Bootach, dowodził flotyllą okrętów podwodnych i był wykładowcą w szkole podwodnego pływania. W 1919 roku, po upadku cesarstwa, złożył dymisję i – wierny ojcowskiej nauce – postanowił wrócić do Polski, by tworzyć jej marynarkę wojenną.
Pierwszy polski okręt kupił z własnych środków
Zgłosił się do służby w maju 1919 roku, gdy państwo polskie nie miało jeszcze portu ani okrętów. Z własnych środków i na własne nazwisko kupił w Gdańsku parowiec „Deutschland”, który jako ORP „Pomorzanin” stał się pierwszą jednostką odradzającej się floty. Szkolono na nim przyszłe kadry polskiej marynarki.
Unrug od początku imponował przełożonym solidnością i dyscypliną. W 1925 roku objął stanowisko dowódcy floty, którą przez kolejne lata rozwijał niemal od zera. Był wymagający, twardy, punktualny do przesady, ale też obdarzony niezwykłym talentem organizacyjnym i zdolnością przewidywania.
„Na pewno dbał o dyscyplinę, ale nie lubił być zbyt surowy – wspominał jego syn, Horacy Unrug. – Kiedy spacerował po porcie wojennym z naszym mądrym wilczurem Kominem, pies szedł z przodu, chociaż dla zachowania respektu wobec pana powinien iść za nim. Zapytany, dlaczego puszcza psa przodem, ojciec mówił, że chce, aby ludzie wiedzieli, kto nadchodzi. Dzięki Kominowi nikt nie był zaskakiwany, co ograniczało konieczność przywoływania podwładnych do porządku”.
„Zapomniał języka niemieckiego”
W kampanii 1939 roku dowodził obroną Wybrzeża. Przez cały czas sumiennie przestrzegał międzynarodowych konwencji, nie zgadzał się na torpedowanie nieuzbrojonych i niekonwojowanych statków wroga. Wiedział przy tym, że wobec miażdżącej przewagi Niemców opór ma ograniczone szanse, ale walczył tak długo, jak było to możliwe – do 1 października.
„Wszakżeż zdecydowałem się na poddanie Helu tylko dlatego, iż wierzę, że ta wojna zmieni się w wojnę światową i że my ją wygramy, bo inaczej bronilibyśmy Helu do końca, do ostatniego żołnierza. Wszakżeż, kalkulowałem w ten sposób, że dwadzieścia pięć procent składu osobowego floty może zginąć w tej wojnie, reszta musi zostać, bo będzie potrzebna do odbudowy Polskiej Marynarki w niepodległej Polsce. Wszakżeż ja jestem już stary i nie wiadomo, czy powrócę do Ojczyzny, lecz wy młodzi powinniście, i nie wolno wam teraz lekkomyślnie narażać życia” – mówił w styczniu 1940 do oficerów planującym ucieczkę z oflagu w Spittal. „Wszakżeż” należało do słów, których nadużywał.
Po kapitulacji Helu 2 października dostał się do niewoli i rozmawiał z Niemcami wyłącznie po polsku, korzystając z tłumaczy. Zwracającym mu uwagę hitlerowcom, którzy przypominali, że przecież zna niemiecki, odpowiadał, że jego służbowym językiem jest wyłącznie polski, albo że 1 września 1939 roku „zapomniał języka niemieckiego”.
W obozach przeczytał ponad 400 książek po angielsku i francusku, a żadnej po niemiecku. Gdy Niemcy próbowali namówić go do służby w Kriegsmarine w stopniu admirała (w Marynarce Wojennej był wtedy kontradmirałem), pozostał nieugięty. Wolał siedzieć w więzieniach ze swoimi marynarzami.
„Tak, Józef Unrug nie rozmawiał ze złem” – powiedział jego wnuk, Krzysztof Unrug, mer Montrésor, podczas powtórnego pogrzebu Józefa Unruga w Gdyni.
Czytaj też: Generał Tadeusz Rozwadowski – strateg, który umiał zwyciężać
Pracował jako kierowca
Po wyzwoleniu z oflagu w 1945 roku kontradmirał wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie objął funkcję zastępcy szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej na emigracji. W 1948 roku został zdemobilizowany. Odmówił przyjęcia angielskiej emerytury i wraz z żoną wyjechał do Maroka. Tam, zamiast dowodzić flotą, nadzorował kutry rybackie służące do połowu sardynek. Później w Agadirze pracował… jako kierowca w przedsiębiorstwie górniczym. Od 1958 roku mieszkał we Francji, w domu dla emerytów w Lailly-en-Val.
Zmarł 28 lutego 1973 roku we Francji, pochowany został w Montrésor. Jego ostatnim życzeniem było spocząć wśród podkomendnych na gdyńskim Oksywiu – z zastrzeżeniem, że dopiero w wolnej Polsce, kiedy „uprzednio lub równocześnie, zostaną podobnie uczczeni i zrehabilitowani także mający prawo do pamięci Narodu koledzy, oficerowie Marynarki Wojennej RP, niewinnie straceni lub zmarli w więzieniu”.
Życzenie to spełniono w 2018 roku, kiedy prochy Józefa i Zofii Unrugów sprowadzono do Polski i pochowano wśród żołnierzy. 21 września 2018 Józef Unrug został mianowany pośmiertnie na stopień admirała floty.
Kresy.pl / Polska Zbrojna / PAP
Czytaj też: 4 sierpnia 1941 roku generał Władysław Anders wyszedł z więzienia NKWD. Wkrótce potem ocalił 116 tys. osób













