16 grudnia 1922 roku, tuż po godzinie dwunastej, w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie doszło do wydarzenia, które naznaczyło pierwsze lata niepodległej Polski.
Eligiusz Niewiadomski, malarz i były urzędnik Ministerstwa Sztuki i Kultury, oddał trzy strzały z browninga w plecy prezydenta Gabriela Narutowicza, który oglądał wówczas obraz „Szron” Teodora Ziomka. Prezydent zmarł na miejscu. Był to szósty dzień jego urzędowania.
Efekt prasowych nagonek
Zamach nie był aktem nagłym ani przypadkowym. Jego tło stanowiła atmosfera skrajnych napięć politycznych, jakie wybuchły po wyborze pierwszej głowy państwa. Gabriel Narutowicz został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe głosami centrum, lewicy i mniejszości narodowych, po niespodziewanej porażce kandydata prawicy, hrabiego Maurycego Zamoyskiego. Dla obozu narodowego był to szok i dowód rzekomego „oderwania władzy od narodu”. W prasie rozpętano gwałtowną kampanię przeciw prezydentowi, oskarżając go o wybór „głosami niepolskimi” i brak mandatu moralnego elekta.
Jednym z najgłośniejszych tekstów był artykuł Stanisława Strońskiego w „Gazecie Warszawskiej”, w którym Narutowicza nazwano „zawadą”, którą należy usunąć. Ulica szybko podchwyciła ten język. Dochodziło do demonstracji, bójek i aktów przemocy; w samego prezydenta rzucano przed zaprzysiężeniem śnieżkami i kijami. – W prasie pełno było tytułów, że Narutowicz został wybrany głosami niepolskimi, głosami klubów niemieckiego, ukraińskiego i żydowskiego – opisywał prof. Rafał Habielski w Polskim Radiu.
Sam Stanisław Stroński po latach miał przyznać (w 1939 roku, w rozmowie z Adamem Pragierem), że jego działania i teksty z grudnia 1922 roku – w tym artykuł „Zawada” – były „najcięższym błędem” w jego życiu. W atmosferze początku lat 20. znalazł się bowiem człowiek gotowy przełożyć polityczną nienawiść na czyn.
Czytaj też: Stanisław Wojciechowski mógł zginąć jak Narutowicz. Władzy pozbawił go Piłsudski
Celował w „symbol sytuacji politycznej”
Eligiusz Niewiadomski był postacią skrajną. Ideowo związany z obozem narodowym, uważał go jednak za zbyt mało radykalny. „Że znalazł się on w obozie narodowym, to przypadek. Chwilowe, taktyczne hasła tego obozu przyjmował jako istotne wyznanie wiary. Niewiadomski w każdej partii byłby krańcowym radykałem. Nie próbował zgłębiać programów, pociągała go raczej ich jaskrawość. Stąd wypływało jego oderwanie od rzeczywistości, a także pozerstwo i deklamatorstwo” – opisywał go znajomy z pracy, malarz Jan Skotnicki.
Zabójca łączył obsesyjny antysemityzm, wiarę w rządy silnej ręki i głęboką niechęć do parlamentarnej demokracji. Podczas procesu twierdził, że jego pierwotnym celem był Józef Piłsudski, a Narutowicz stał się jedynie „symbolem sytuacji politycznej”. Jak mówił przed sądem, nie zabijał człowieka, lecz znak „hańby”, którą – w jego przekonaniu – należało zetrzeć z życia publicznego.
Proces Niewiadomskiego był szybki, a wyrok – kara śmierci – wykonano w styczniu 1923 roku. Motywy zamachu już wówczas budziły spory: od interpretacji czynu jako aktu politycznego fanatyzmu, po próby tłumaczenia go zaburzeniami psychicznymi i autodestrukcyjną osobowością zamachowca. Niezależnie od ocen jedno pozostaje bezsporne: zabójstwo Gabriela Narutowicza było nie tylko efektem indywidualnej decyzji, lecz także tragicznym skutkiem spirali nienawiści, jaką rozkręcił konflikt polityczny w pierwszych miesiącach istnienia II Rzeczypospolitej.
Kresy.pl / Przystanek Historia / Polskie Radio












