Od Przebraża do dywizji

Staraliśmy się wtapiać w otoczenie, odpowiednio się ubierając. Jeżeli udawaliśmy się na tereny ukraińskie, by zdobyć wiadomości np. na temat ukraińskiego podziemia, udawaliśmy Ukraińców. Zakładaliśmy czapki z gwiazdami czy czerwonymi wstążeczkami. Zabieraliśmy ze sobą jako broń pepesze i nagany.

Po zajęciu Wołynia Niemcy od razu wprowadzili swoje porządki. W terenie przekazali władzę Ukraińcom, tworząc z nich m.in. policję mającą dbać o przestrzeganie ustanowionego przez nich okupacyjnego porządku.

  • Już wtedy zaczęły się pierwsze najrozmaitsze przejawy antypolskich postaw i zachowań wśród Ukraińców – wspomina Tadeusz Wolak. – Polacy zrozumieli, że muszą się bronić i tworzyć konspirację. Jej zaczątki w naszych okolicach powstały w Kołkach jeszcze w 1940 r. Sowieckie organy bezpieczeństwa ją jednak rozbiły. Wszystkich jej członków wsypał, jak się później okazało, Żyd – komunista związany jeszcze z ruchem komunistycznym w latach trzydziestych. Przyjechał on do Kołek ze Lwowa i prowadził w nich coś w rodzaju biura pisania podań do władz sądowych i administracyjnych od miejscowej ludności, która go licznie odwiedzała. Mieściło się ono na przeciwko kościoła i stanowiło znakomity punkt obserwacyjny. Zanim dostał wyrok śmierci, przed którym się skrył, infiltrował on jeszcze długo polskie struktury, mocno im szkodząc. Polska konspiracja na nowo zaczęła się odbudowywać w końcu 1941 r. Ja związałem się z nią latem 1942 r. W Kedywie Inspektoratu Łuckiego zacząłem działać w strukturach wywiadu. Później, gdy zagrożenie ze strony Ukraińców zaczęło wzrastać, przeniesiono mnie na placówkę do Przebraża. Sytuację w tym ośrodku samoobrony znam więc bardzo dobrze. Byłem tam od samego początku. Zajmowałem się tam także wywiadem. Współpracowałem z „Drzazgą” byłym legionistą, który w tamtejszej konspiracji prowadził pracę wywiadowczą. Często razem wyjeżdżaliśmy w teren, by zbierać niezbędne informacje.

Miał żonę Ukrainkę

„Drzazga” , który uczył mnie wywiadowczego rzemiosła, miał żonę Ukrainkę, świetnie znał język ukraiński, okoliczne realia i miał bardzo dobre kontakty z wieloma Ukraińcami, którzy udzielali mu cennych informacji. W przebraniu Ukraińców odwiedzaliśmy głównie wsie opanowane przez nacjonalistów. Zdarzało się jednaki, że udawaliśmy tez partyzantów radzieckich, by zdobywać informacje od Ukraińców – komunistów. „Drzazga” miał to środowisko rozpracowane i wiedział, do drzwi której chaty trzeba zapukać. Staraliśmy się wtapiać w otoczenie, odpowiednio się ubierając. Jeżeli udawaliśmy się na tereny ukraińskie, by zdobyć wiadomości np. na temat ukraińskiego podziemia, udawaliśmy Ukraińców. Zakładaliśmy czapki z gwiazdami czy czerwonymi wstążeczkami. Zabieraliśmy ze sobą jako broń pepesze i nagany. Udając sowieckich partyzantów, kontaktowaliśmy się w okolicach Przebraża z Ukraińcami – komunistami, którzy udzielali nam bardzo cennych informacji. Gdybyśmy przychodzili do nich jako polscy partyzanci, to nic by nam nie powiedzieli. Mieliśmy oczywiście także informatorów Ukraińców, którzy wiedzieli, że jesteśmy członkami polskiej konspiracji, ale oni z reguły niewiele wiedzieli. Udawanie sowieckich partyzantów nie należało oczywiście do bezpiecznych. Gdyby autentyczni partyzanci radzieccy nas złapali, zostalibyśmy rozwaleni na miejscu. Utrzymywaliśmy również bezpośrednie kontakty z oddziałami sowieckimi, krążącymi w okolicy Przebraża. Nie robiliśmy tego oczywiście dlatego, że je kochaliśmy, ale ze względów taktycznych. Mieliśmy wspólnego wroga, jakim byli ukraińscy nacjonaliści. Samoobrona z Przebraża często z nimi współpracowała. Zarówno w akcjach zbrojnych przeciwko UPA, jak też w tzw. „bombiożkach”, czyli wyprawach po żywność do dużych , bogatych ukraińskich wsi. Sowieccy partyzanci musieli to robić, bo nie otrzymywali żadnych zrzutów żywności ze strony swoich zwierzchników z Moskwie. Musieli ją zdobywać sami. Dla nas wyprawy po żywność z partyzantami sowieckimi były bardzo korzystne. Nie tylko dlatego, że zdobywaliśmy zaopatrzenie dla skoncentrowanej w Przebrażu ludności. W dużych ukraińskich wsiach stacjonowały z reguły silne garnizony UPA, które przy okazji „bombiożek” likwidowaliśmy. Zarówno sowieccy partyzanci, jak i my wiedzieliśmy, że nie jesteśmy przyjaciółmi, ale byliśmy sobie nawzajem potrzebni. Oczywiście dochodziło też między nami do zgrzytów, apogeum których była sprawa „Bomby” czyli kpt Władysława Kochańskiego, oficera „Wachlarza”. Po rozbiciu przez UPA samoobrony polskiej w Hucie Stepańskiej w połowie lipca 1943 r. zorganizował oddział partyzancki, który podjął się obrony ludności polskiej, staczając ciężkie boje z UPA i Niemcami. W grudniu 1943 r. został on podstępnie porwany przez oddział partyzantów sowieckich za odmowę podporządkowania się dowództwu radzieckiemu. Kilku towarzyszących mu oficerów i obstawę wystrzelano.

Zbyt późno

Jako bezpośredni świadek rozwoju sytuacji wokół Przebraża, który miał dostęp do wielu informacji, Tadeusz Wolak ma też spostrzeżenia na temat organizowanej tam samoobrony.

  • Moim zdaniem była ona tworzona zbyt późno – podkreśla. – Wynikało to ze sporów między dwoma pionami konspiracji – cywilnym i wojskowym. Pierwszym kierował Wołyński Delegat Rządu RP Kazimierza Banach, drugim komendant Okręgu ZWZ AK Wołyń pułkownik Kazimierz Bąbiński. Banach uważał, że należy dogadać się z Ukraińcami i znaleźć z nimi wspólny język. Był przeciwnikiem tworzenia na Wołyniu polskich oddziałów zbrojnych. Uważał, że to tylko niepotrzebnie sprowokuje Ukraińców. Uważał, że w razie czego będzie można na Wołyń przerzucić kilka oddziałów partyzanckich zza Buga. W rezultacie Bąbiński miał związane ręce i szereg cennych miesięcy, które można było wykorzystać dla przygotowań do odparcia ataków Ukraińców na polskie skupiska zostało straconych. Ośrodki samoobrony, tak jak ten w Przebrażu, tworzyły się w zasadzie samorzutnie bez oglądania się na władze cywilne czy wojskowe. Miejscowa ludność brała po prostu sprawy własnego bezpieczeństwa w swoje ręce. Nie miała jednak broni. W moim rodzinnym Tarażu, gdzie mieszkało prawie pięćset osób i także powstała samoobrona, na jej uzbrojeniu były trzy karabiny. O żadnej skutecznej obronie wioski nie było mowy. Członkowie samoobrony uzbrojeni w kosy, widły, piki i siekiery pełnili tylko patrole, by w razie czego ostrzec ludzi przed napadem. Gdy Taraż po Parośli, jako drugi został zaatakowany po raz pierwszy przez UPA, to zginęło w nim 24 osoby. Ukraińcy wkroczyli do wioski, udając oddział sowieckiej partyzantki. Nie dokonali wtedy klasycznego mordu, ale zatrzymali grupę mieszkańców, rozstrzelali i szybko się wynieśli.

Mord w Tarażu

Bali się polskiej odsieczy z Przebraża. „Drzazga” na podstawie pozyskanych informacji spodziewał się ataku na Taraż i podjął rozmowy ze starszyzną wioski, by zorganizować w nim przy pomocy ściągniętych z Przebraża sił zasadzkę na UPA. W pobliskim lesie oddzielającym Taraż od dużej ukraińskiej wsi Rudniki, jego ukraińscy informatorzy zauważyli stacjonujący oddział UPA, liczący jakieś dwustu, trzystu ludzi i szybko mu o tym donieśli. „Drzazga” przyszedł do mojego ojca, którego znał jako legionistę od bardzo dawna i wraz z nim i ze mną udał się na zebranie wioskowej starszyzny, by przekonać ją o konieczności zorganizowania na ukraiński oddział zasadzki. Starszyzna nie zaakceptowała jednak jego pomysłu. Jej członkowie, zacni gospodarze doszli do wniosku, że nie ma co drażnić i zaczepiać Ukraińców, bo ci może wcale nie muszą wsi atakować. Niektórym w ogóle w głowie nie mieściło się, że Ukraińcy mogą zaatakować spokojną polską wieś. Jej mieszkańcy żyli przecież z nimi w zgodzie i nie widzieli powodu, dla którego ci mieliby na nich napadać. Okazało się jednak, że „Drzazga” miał rację. Jeszcze z ojcem nie zdążyliśmy wrócić do swych zabudowań, odległych o jakiś kilometr od wsi, gdy zaczął się atak UPA. Obejścia ojca nie ruszyli, ale trzy czwarte Taraża spalili, rozstrzeliwując, jak już wspomniałem, te dwadzieścia kilka osób. Wtedy z rodzicami postanowiliśmy na stałe przenieść się do siostry ojca, która mieszkała w bezpieczniejszej części tej miejscowości. Podobnie uczyniła reszta mieszkańców Taraża. Część przeniosła się do Kołek, w których stacjonował niemiecki garnizon, a reszta do Przebraża. Mieszkając w Przebrażu dalej działałem w tamtejszej placówce wywiadu, zajmującej się głównie zdobywaniem informacji na rzecz samoobrony, zapewniającej schronienie dla stale zwiększającej się rzeszy uciekinierów z mordowanych polskich wsi. Jak wiadomo w apogeum rzezi zebrało się w nim dwadzieścia kilka tysięcy uchodźców.

Niepewna sytuacja

  • Jako członek samoobrony brałem też udział w odpieraniu ataków UPA na Przebraże. Nacjonaliści ukraińscy chcieli bowiem za wszelką cenę zlikwidować to skupisko polskiej ludności. Gdy przyszedł rozkaz mobilizacji 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, Przebraże nie wystawiło batalionu, jak spodziewało się jej dowództwo. Sytuacja była jeszcze bardzo niepewna. Ogołocona z oddziałów samoobrony wieś mogła stać się łupem banderowców. Oddziały radzieckie stały bowiem wtedy dopiero na dawnej polskiej granicy i nie bardzo było wiadomo, kiedy wkroczą na Wołyń. Na koncentrację poszedł tylko oddział „Bomby”, oczywiście już bez swojego dowódcy. Zatrzymywał się on na krótki wypoczynek w Przebrażu i poszedł dalej. Ja też wyruszyłem z nimi, zabierając ze sobą kilkunastu polskich policjantów, którzy zdezerterowali z Łucka i Kiwerc do Przebraża. Jak policja ukraińska uciekła do lasu, przyłączając się do UPA, to Niemcy na jej miejsce w niektórych miejscowościach utworzyli policję złożoną z Polaków. W Łucku jej oddział liczył chyba jakieś sto osób. Jak zbliżał się front, Niemcy chcieli przebazować ten oddział wraz z innymi tego typu formacjami do Włoch. Wtedy jak jeden mąż, przeszedł on do Przebraża. W jego wyprowadzeniu sam zresztą uczestniczyłem. Gdy nadszedł rozkaz koncentracji, część z nich, jako ochotnicy wyraziło chęć pójścia razem ze mną na koncentrację. Po przybyciu do dywizji zostałem zastępcą dowódcy plutonu ciężkich karabinów maszynowych, którym był starszy sierżant, zawodowy żołnierz przedwojennej armii polskiej. Ze swoim plutonem przeszedłem cały szlak bojowy dywizji, walcząc praktycznie każdego dnia. Dywizja była zorganizowana na wzór wojskowy, podzielona na pułki, które odwoływały się do tradycji jednostek, stacjonujących na Wołyniu do 1939 r.

    Działa bez celowników

„Pułki dzieliły się na bataliony, te na kompanie, a one na drużyny. W ramach dywizji funkcjonowały również te wszystkie struktury, które powinny być w każdej dywizji, od kwatermistrzostwa począwszy poprzez służbą medyczną, żandarmerię, na duszpasterstwie skończywszy. W sumie dywizja liczyła około 7 tys. ludzi. Umundurowana była różnie. Jakieś 50 proc. jej stanu miało przynajmniej częściowo umundurowanie polskie. Dalsze 25 proc. chodziło w mundurach niemieckich, a reszta miała uniformy kombinowane np. spodnie cywilne, buty saperki, kurtki niemieckie, czapki różnych kształtów itp. Wszyscy mieli tylko orzełki. Opasek, o ile pamiętam, nie noszono. Te żołnierze dywizji założyli dopiero po przejściu na Lubelszczyznę. Uzbrojenie żołnierzy też pochodziło z różnych parafii. Dominowały w nim „kabeki”, broń krótka, niemieckie pistolety maszynowe, sowieckie pepesze, zdarzały się również steny. Nieźle przedstawiało się uzbrojenie dywizji w broń maszynową. Sporo mieliśmy erkaemów i cekaemów. Na wyposażeniu dywizji znajdowały się również cztery działka. Dwa przyprowadził na koncentrację właśnie oddział „Bomby”. Były to dwie armatki kalibru 35 mm wymontowane z czołgów. Nie miały one żadnych przyrządów optycznych i strzelać z nich trzeba było po lufie. Oddział „Trzaski”, o ile sobie dobrze przypominam, ściągnął do dywizji dwa zdobyczne działka przeciwpancerne. Te miały już oczywiście całe optyczne oprzyrządowanie i łatwo dawało się z nich strzelać. Gorzej niestety wyglądała sprawa z amunicją do nich, jak również z nabojami do kilku posiadanych przez dywizję moździerzy. Podstawowy trzon kadrowy dywizji stanowiły oczywiście oddziały partyzanckie, ściągnięte na mobilizację. Ich kadra zwłaszcza oficerska, objęła praktycznie większość stanowisk dowódczych w dywizji. Dominowali w niej oficerowie rezerwy, głównie nauczyciele, którzy znakomicie się sprawdzili. Oficerowie zawodowi stanowili nikły odsetek. O tym, że dywizja stanowiła regularne wojsko, mogłem się przekonać już w trakcie marszu na koncentrację.

Pomyłka w Ośmigowiczach

„Oddział „Bomby” został zatrzymany w Nyrach koło Kupiczowa na kwarantannę. Wśród „bombowców” idących jeszcze zza Słucza wybuchła bowiem epidemia tyfusu. Stamtąd przerzucono ich nad Turię do miejscowości leżącej jakieś 3 km od sztabu dywizji kwaterującej w Ossie. Stamtąd wyruszaliśmy na wyprawy mające na celu poszerzenie bazy operacyjnej dywizji, mającej służyć jej do walki z Niemcami. Likwidowaliśmy na zajmowanym terenie upowskie garnizony, wycofujące się na południe. Wraz z nimi uciekała ludność ukraińskich wsi. Walki toczyliśmy praktycznie cały czas. W Lasach Świniarzyńskich było duże zgrupowanie UPA, a sam Świniarzyn był przekształcony w twierdzę. Wszystkie bazy UPA sukcesywnie w trosce o swoje bezpieczeństwo musieliśmy likwidować, by nie zagroziły formującej się dywizji. Wokół terenów opanowanych przez nas rozciągały się całe połacie Wołynia, opanowane przez UPA i „oczyszczone” przez nią z ludności polskiej, którą banderowcy wymordowali lub zmusili do ucieczki. W najbliższym naszym sąsiedztwie duże siły UPA zgrupowały się w rejonie Kisielina, Oździutycz, Twerdyń i Ośmigowicz, stwarzając ciągłe zagrożenie dla ludności i oddziałów polskich. Szczególne zagrożenie stanowił duży oddział UPA, kwaterujący w Ośmigowiczach. Dowódca naszego zgrupowania podjął decyzję, że należy go bezwzględnie zlikwidować. Stoczono o Ośmigowicze ciężki, mocny bój, który pozostał nierozstrzygnięty. Upowcy zupełnie niespodziewanie stawili zażarty opór. Dla nas było to niepojęte. Upowcy w takich sytuacjach w panice uciekali, nie stawiając oporu. Po kilku dniach okazało się, że rozpoznanie przed akcją na Ośmigowicze zawiodło całkowicie. W tej wsi istotnie kwaterował oddział UPA, który na dwa dni przed naszym atakiem uciekł w popłochu, gdy tylko zbliżył się do nich silny i dobrze uzbrojony oddział partyzantki radzieckiej, złożony z Gruzinów ze zgrupowania im. Frunzego. Nasze oddziały o tym nie wiedziały, w rezultacie czego atakując Ośmigowicze poniosły duże straty. Zabitych i rannych mieli też partyzanci radzieccy, którzy później zgłaszali pod adresem naszych oddziałów pretensje. Takie pomyłki na wojnie niestety się zdarzają. W trakcie, gdy dywizja szykowała się do bojów z Niemcami, zaczęła też bardzo szybko zmieniać się sytuacja strategiczna. W wyniku radzieckiej ofensywy, wyzwolone od Niemców zostały Łuck, Równe, Zdołbunów i Szepietówka. Wkrótce potem Sowieci ruszyli w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego i Brodów i podjęły operację w rejonie Kowla. Oddziały dywizji znalazły się w strefie przyfrontowej, stykając się bezpośrednio z oddziałami radzieckimi. (c.d.n.)

Marek A. Koprowski

forma płatności