“Solidarność powstała na gruzach Warszawy”

Dzisiaj mija kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, powstania nadziei i wielkiego upadku Polski. Ponad dwieście tysięcy poległych w ciągu 63 dni heroicznej walki o stolicę, ale także o Polskę wolną od sowieckiej dominacji. Dowódcy Powstania wierzyli, że po drugiej stronie Wisły, stacjonująca Armia Czerwona pomoże im wypędzić ze stolicy znienawidzonego, wspólnego wroga, faszystowskie Niemcy. I tak, jak w pieśni o czerwonych makach, „Historia nie jeden zna błąd”.O Powstaniu można pisać patrząc na to wydarzenie z kilku kierunków. Z jednej strony wierzono w pomoc Zachodu, z drugiej w Armię Czerwoną toczącą zaciekłe boje z Niemcami. Niestety, front politycznie zatrzymał się właśnie na linii Wisły. Tu rozgrywała się wojna ideologiczna, bitwa o przyszłą Polskę, tę podległą Zachodowi (rządowi w Londynie) i tę uzależnioną od Moskwy.


Pół roku biernie Sowieci przyglądali się krwawiącej polskiej stolicy. Nie wykonano żadnego ruchu, by ulżyć Warszawie. Ludziom, którzy porwali się na wroga wielokrotnie lepiej uzbrojonego.



Tak się rodziła ta polska Solidarność. W kanałach Starówki, Śródmieścia.

Zachód (Anglia i Francja) już w 1939 udowodniła, co dla nich znaczy podpis złożony na dokumencie ewentualnej pomocy na wypadek napaści Niemiec na Polskę. Jest to do dziś tylko kawałek papieru, nic nieznaczącego. W propagandzie sowieckiej nie raz ten dokument służył jako argument buty zachodnich polityków i obietnic bez pokrycia.



Prawdą jest to, że nad Warszawę leciały samoloty z pomocą humanitarną i sprzętową. W większości zrzuty trafiały albo do Rosjan, albo do Niemców. W Warszawie, walczącej i krwawiącej grano kartą przyszłej Europy, grano o przyszłe łupy polityczne i dominantę.

Po wielu, bardzo wielu latach w polskiej stolicy powstało Muzeum Powstania Warszawskiego. Wcześniej było to niemożliwe z racji, no właśnie, z niesłusznej racji. Przeciwwagą do pamięci ofiar Powstania, a dziś istniejącego Muzeum – jest Mauzoleum Żołnierzy Armii Czerwonej.



Jak na ironię powstałe po stronie Wisły, gdzie Warszawa umierała na oczach świata. Propaganda sowiecka mówi o 600 tysiącach poległych krasnoarmiejcach na obecnym terytorium Rzeczypospolitej, poległych w walce o jej „niepodległość”. Każda wojna niesie ofiary w ludziach. W samej Warszawie, podczas Powstania poległo 200 tysięcy polskich chłopców i dziewcząt, żołnierzy podziemia, niedoszłej polskiej awangardy społecznej, politycznej.


Tragedia walczącej stolicy, moim zdaniem, to milowy krok do obalenia przyszłego muru berlińskiego, jałtańskich postanowień, rzeczywistego wyzwolenia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej spod jarzma innego systemu niż ten, jaki się marzył polskim demokratom.

Na szczecineckim cmentarzu zostali pochowani alianccy lotnicy, którzy nad tym miasteczkiem zostali zestrzeleni przez Niemców, gdy wracali z nocnego zrzutu dla walczącej stolicy.



W Armii Stanów Zjednoczonych jest taka zasada: każdy żołnierz, który wyszedł na zadanie bojowe, chociaż martwy, ale musi wrócić do swojej jednostki, do swojej ojczyzny.



Grupa amerykańskich historyków II Wojny Światowej do dziś poszukuje zaginionych żołnierzy, lotników. Na cmentarzu w Szczecinku spoczywają nieznani piloci. Przez dziesięciolecia nikt nie zabiegał o uznanie ich narodowości. Nie wiadomo, kim byli, z jakiej jednostki. Może najbliższa przyszłość odkryje i tę tajemnicę Warszawskiego Zrywu?



Na tym samym cmentarzu i bardzo blisko lotników spoczywa mój nauczyciel ze szkoły średniej, Jerzy Doroszewski, żołnierz powstańczych „Szarych Szeregów”. Z lat młodości pamiętam Jego opowieści o Powstaniu. Były one odważne jak na tamte czasy, burzyły „rzeczywistość” podawaną w podręcznikach historii. Nasz profesor miał z tego powodu ogromne nieprzyjemności w swoim środowisku, był „przepytywany” przez UB, SB. Mimo starannego przygotowania zawodowego, nigdy nie awansował, nie otrzymywał branżowych nagród, odznaczeń, orderów. Doroszewski był „demagogiem” – tak uważały ówczesne władze PRL-u.


Krótko po wyprowadzeniu wojsk Armii Radzieckiej (Federacji Rosyjskiej) z Polski, mój stary belfer powiedział: NARESZCIE. Czekał na ten moment prawie 50 lat. Miał ogromny żal do Rosjan, że wtedy, w 1944 roku nie pomogli powstańcom.



Mogli pomóc, bo wtedy wróg był wspólny. Wtedy nie byłoby tylu poległych za Polskę i w Polsce – mówił.


Polski sierpień. Tak to bardzo ważny miesiąc we współczesnej martyrologii Polskiego Narodu. Także narodów byłej NRD, Czechosłowacji, Węgier, Litwy i wielu innych narodów „zapędzonych” po zakończeniu II Wojny Światowej do tzw. Układu Warszawskiego. O, ironio… Warszawskiego!


W podręcznikach historii w Rosji nie znalazłem rzetelnego opisu wydarzeń z Powstania Warszawskiego. Ten fakt pomijany jest milczeniem. Celowym. Po drugiej stronie Wisły, w sztabach Armii Czerwonej w 1944 roku czekano na wykrwawienie się Warszawy, inteligencji, ludzi, którzy w dalekosiężnych planach mogliby szkodzić nowemu układowi, wizjom Stalina, Kremla.



Dziś na mogiłach powstańczej Warszawy są znicze, kwiaty i Muzeum Pamięci. Odkłamywane są mity powielane przez nauczycieli historii, tych nauczycieli, którzy robili w PRL kariery, doktoraty, zdobywali profesorskie nominacje.


Nie mogę zapomnieć i takiego faktu. Jeden z synów b. dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego, w latach osiemdziesiątych, uderzył mnie w twarz, ze złości, niewiedzy, swojej ułomności, za to, że mówiłem o Katyniu, z argumentami. On twierdził, że to wymysł, że Katynia nie było. On twierdził, że Powstanie Warszawskie wywołali reakcjoniści z Londynu, że nie był to narodowy odruch obrony wobec najeźdźcy.

To prawda, panie chorąży (dziś emeryt LWP). Nie do tych samych szkół chodziliśmy, jeżeli w ogóle pan chorąży jakąś szkołę ukończył. I tak się nasza znajomość zakończyła.



Wiem, że teraz pan chorąży otrzymuje emeryturę… 2500 PLN. Za co? Za to, że ojciec pchał go po szczeblach podoficerskiej „kariery”?


Na wspomnianym szczecineckim cmentarzu spoczywa także lokalny „historyk” polityczny. Nie wspomnę jego nazwiska. Zostawił po sobie kilka broszur z wypocinami, skrzywionymi życiorysami pomorskich „polityków”, działaczy społecznych i gospodarczych jak ich drzewiej nazywano. Ten człowiek też kiedyś służył w LWP, bardzo gorliwie, na tyle, że znany był jako szpicel, agent, donosiciel. Jeszcze za PRL-u usunięto go z polskiej armii. Pomogli w tym współtowarzysze „broni”, ale na kilka lat przed śmiercią ówczesny minister obrony narodowej Jerzy Szmajdziński awansował „historyka” politruka do stopnia majora rezerwy. Czy pan Szmajdziński znał prawdziwy życiorys „bohatera naszych czasów”. Wątpię.


Długo, jeszcze bardzo długo współczesne pokolenia będą musiały odkłamywać historię bohaterskiej Warszawy, Powstania z 1944 r., Ludowego Wojska Polskiego, polskiego sierpnia.



Współczesne życiorysy jeszcze mocno wplatają się w rodzinne zawirowania, uzależnienia ojców, dziadków, kariery robione w czasach PRL.Widać to na przykładzie także obecnej demokracji. Dwie prawicowe partie odcinające się od komunizmu, ale ile w ich liderach wzajemnych oskarżeń, pomówień, jadu i nienawiści. Polska jest jedna. Niech o niej jako żywo przypominają wydarzenia zjednoczonych serc i myśli, które wybuchły w Warszawie, 1 sierpnia 1944 r., Powstaniem przeciwko okupantowi, w imię wolności, demokracji, przyszłości, suwerenności.


Jeszcze raz, jako pointę, przytoczę słowa wielkiego mistrza pióra, Melchiora Wańkowicza: Gdyby nie te polskie charaktery, kilka milionów istnień zostałoby przy życiu!



Marszałek Piłsudski miał rację. Trzeba nieść sztandar służby Ojczyźnie, do końca życia. Polska potrzebuje i dziś chorążych, prawdziwych!


Krzysztof Subocz
forma płatności