Spokrewniona z obecnym prezydentem łączniczka i sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim Halina Wołłowicz opowiedziała “Wirtualnej Polsce” o swoich doświadczeniach związanych z okresem wojny i okupacji.

“Należałam do kompanii K-1 batalionu “Baszta”. W tej kompani byłam od 1942 roku do ostatniego dnia powstania. Z tymi samymi chłopcami, w tym samym oddziale przez 2,5 roku. Już parę dni przed wybuchem powstania byliśmy na nie gotowi. Przeszłam szkolenie z bronią i sanitarne. Do tego cały czas działałam jako łączniczka” – wspomina moment wybuchu powstania Halina Wołłowicz, łączniczka i sanitariuszka “Rena” w kompanii K-1 pułku “Baszta”.

“Bardzo marnie. Dało się to odczuć już pierwszego dnia, gdy atakowaliśmy Wyścigi, na których stacjonowały wyborowe oddziały niemieckie Wehrmacht i SS. A myśmy poza entuzjazmem wiele więcej nie mieli. Byliśmy wyszkoleni, ale broni mieliśmy bardzo mało. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę, bo pierwszego dnia powstania, po paru minutach od jego rozpoczęcia, już zginęli nasi koledzy” – odpowiedziała Halina Wołłowicz na pytanie o stan uzbrojenia. Ciotka prezydenta Komorowskiego wspomina też, kto był pierwszym rannym, którego opatrywała. Okazuje się, że był to przyszły ojciec braci Kaczyńskich, Rajmund:

“Moim pierwszym rannym był kolega z konspiracji Rajmund Kaczyński “Irka”. To były pierwsze godziny powstania. Był ciężko ranny w rękę. Miał urwany kciuk, trzymał się tylko na jednej żyłce. Nie wiedziałam co robić, bo kazał mi obciąć ten palec. Nie zrobiłam tego. Po opatrzeniu rany, wysłałam go do punktu sanitarnego” – mówi powstańcza sanitariuszka.

Halina Wołłowicz wspomina też okrucieństwo Niemców i Ukraińców podczas tłumenia Powstania Warszawskiego:

“Były też sytuacje, gdy kolegów przerzucało się przez płoty, by ratować im życie. Tak było na Wyścigach. Musieliśmy to robić, żeby nie dopadli ich Niemcy, którzy dobijali ciężko rannych. Ale i tak bardziej niż Niemców, bałam się Ukraińców” – wspomina. “Niemcy mordowali, a Ukraińcy przedtem torturowali i gwałcili dziewczyny. Banderowcy byli okrutni. Dało się to odczuć bardzo wyraźnie. Później dowiedziałam się, że gwałcili zarówno 3-letnie dziewczynki jak i 80-letnie kobiety. Stąd miałam broń. Ale muszę przyznać, że jeśli chodzi o taką samoobronę, to przez całe wakacje miałam przy sobie dwie fiolki z cyjankiem. Ponieważ byłam łączniczką i znałam dużo adresów i nazwisk, to trucizna dawała mi taki, nazwijmy to, spokój. Wiedziałam, że jeżeli coś się stanie, to nie zamęczą mnie śledztwem” – tłumaczy sanitariuszka.

wp.pl/Kresy.pl

forma płatności