W Sławucie znają ją wszyscy

Drobną sylwetkę pani Nelly Ostrowskiej, znają wszyscy zamieszkali w Sławucie, związani z parafią Polacy.

Nelly Ostrowska urodziła się w 1927 roku w Sławucie. Jednak cała jej rodzina nie pochodzi z tych okolic.

Babcia Kowalska i matka pochodziły z Żytomierza. Były to osoby bardzo religijne, które odcisnęły na jej osobowości trwały ślad. Dzięki nim jest świadomą Polką, znającą swój język, kulturę, a przede wszystkim religię przodków. Ochrzczona została w kościele św. Doroty w Sławucie, także w nim przystąpiła do I Komunii św. Jej ojciec był naczelnikiem stacji w Sławucie, dzięki czemu mama pani Nelly nie pracowała, a zajmowała się wychowaniem dzieci. Oprócz niej miała jeszcze jedną córkę. Mieszkali w czymś w rodzaju internatu przeznaczonego dla rodzin państwowych pracowników.

W roku 1933 skończyło się względnie dobre dzieciństwo małej Nelly. Wielki Głód dotknął całą społeczność Sławuty. Również rodziny osób zatrudnionych w strategicznych dla państwa instytucjach żywiły się obierkami z ziemniaków. W 1934 roku zmarł ojciec pani Nelly: po wypadku wdała się gangrena, a ówczesny poziom medycyny w rejonowym miasteczku nie pozwalał na uratowanie go. Matka pani Nelly musiała iść do pracy w miejscowej papierni, by zarobić na utrzymanie dzieci i matki. Dorabiała też w szpitalu i sanatorium. Dzięki temu mieli, co jeść. „Wielki Głód” niby się skończył, ale u większości rodzin, zwłaszcza polskich, nie przelewało się i nie zawsze było co włożyć do garnka.

Pani Nelly Ostrowska przez wiele lat była bardzo bliską współpracowniczką kolejnych proboszczów w Sławucie: ks. Stanisława Szyrokoradiuka, ks. Antoniego Andruszczyszyna i ks. Jana Szańcy. U dwóch ostatnich proboszczów pełniła funkcję gospodyni. Gdy uległa wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego omal nie utraciła nogi, modliła się za nią cała parafia. Choć w Sławucie żaden lekarz nie był w stanie jej pomóc, to w Żytomierzu znalazł się specjalista, który z kawałków kości złożył jej nogę i przy pomocy aparatu Jelizarowa sprawił, że kości zrosły się i po wielu miesiącach pani Nelly, na przekór sławuckim lekarzom, którzy doradzali jej amputacje kończyny, zaczęła chodzić.

Pani Nelly uważa to za cud wymodlony przez ks. Jana i parafian. W jej życiu takich cudownych zdarzeń było zresztą więcej. Śmierć wielokrotnie zaglądała jej w oczy, a mimo to zawsze z trudnych sytuacji wychodziła obronną ręką. Czuła nad sobą opiekę Opatrzności. Gdy w czasie wojny, wraz ze swym oddziałem trafiła w niemieckie okrążenie, modliła się o ratunek dla siebie i kolegów i została wysłuchana.

Jak opowiada pani Nelly: – W 1937 r., przez Sławutę przeszła kolejna fala głodu, o której ludzie nie wiedzą, ponieważ w ogóle się o niej nie wspomina. Nie była ona tak straszna, jak w 1933 r. i nie pociągnęła za sobą tylu ofiar, ale też w czasie jej trwania na ulicach widziało się słaniających się na nogach ludzi. W sklepach wszystko sprzedawano na specjalne listy.

Gdy pani Nelly miała 14 lat wybuchła wojna. Niemcy zaatakowały Związek Radziecki i bardzo szybko dotarli do Sławuty. W miasteczku hitlerowcy urządzili obóz przejściowy dla jeńców radzieckich. Przebywali oni w koszmarnych warunkach. Wielu zmarło na skutek głodu. Dorastająca Nelly codziennie widziała sterty żołnierskich trupów, a raczej szkieletów wywożonych na furmankach za miasto i zwalanych do wspólnych bezimiennych mogił. W owym czasie przyszło zdać jej pierwszy życiowy egzamin – uratowała życie jednego z jeńców.

Jak sama wspomina, – Przechodząc przy obozowych drutach widziałam, jak ludzie starali się pomóc jeńcom rzucając im żywność przez druty. Łapali ją jednak tylko najsilniejsi, odpychając najsłabszych, niezdolnych do walki o chleb.Idąc wzdłuż drutów, zauważyłam jednego, który na migi prosił mnie, bym szybko podniosła kartkę, którą przerzucił przez druty. Uczyniłam to szybko, żeby wartownik nie zauważył. Na karteczce była informacja, że jutro będą zwalniać z obozu jeńców pochodzących z okolic Sławuty, po których zgłoszą się rodziny. Podał swoje nazwisko i prosił, żeby ktoś przyszedł i gowyciągnął z obozu. Pisał, że inaczej za parę dni umrze. Matka zgodziła się i poszła na drugi dzień do komendantury obozu i wyciągnęła go. Przyprowadziła go do naszego domu i nakarmiła. On zaś niemal natychmiast stracił przytomność i padł. Położyliśmy go do łóżka. Rano, gdy się ocknął, poprosił nas, żebyśmy załatwili mu leki, które jeśli zażyje, to wyzdrowieje. Mówił, że jest felczerem i wie, jak się leczyć. W mieście tych leków nie mogłyśmy dostać. Mieli je tylko Żydzi w getcie, prowadzący apteki. Mama dogadała się przez płot ze znajomym Żydem, że ten w zamian za żywność załatwi jej owe leki. Uwolniony jeniec zażywał je i stopniowo wydobrzał.

Sąsiadki Ukrainki nie rozumiały postawy matki. Śmiały się, że wzięła sobie trupa, którego będzie musiała pochować. Mama odpowiadała, że jeżeli jeniec umrze, to pochowa go jak człowieka, a nie jak zdechłe zwierzę zakopane byle gdzie.

Potem te same sąsiadki doniosły Niemcom, że jak jeniec wyzdrowiał to zniknął z naszego domu i poszedł na pewno do partyzantów. Ci zaraz przysłali policjantów. Mama z trudem wytłumaczyła im, że pojechał tylko odwiedzić rodzinę w Białej Cerkwi. Nie bardzo uwierzyli w tę bajeczkę. Zapisali, kiedy ma wrócić i obiecali, że to sprawdzą. Zagrozili, że jak go nie zastaną, to matkę na miejscu rozstrzelają.

Natomiast ów jeniec jak wyzdrowiał, zgłosił się do przychodni, deklarując że jest felczerem i chce pracować. Tam poznał siostrę związaną z oddziałem partyzanckim, która namówiła go, żeby poszedł do oddziału partyzanckiego, którym dowodził Antoni Oducha, po wojnie odznaczony tytułem „Bohatera Związku Radzieckiego”. Jego współtwórcami był dr Fiodor Michajłow oraz Antoni Jaworski. Tempo wydarzeń było jednak tak duże, że Niemcy mieli inne zmartwienia niż zaginiony jeniec.

Jak opowiada pani Nelly: – Zbliżał się front. Niemcy przygotowywali się do ewakuacji. Chcieli wywieźć do Niemiec całą fabrykę skrzynek drewnianych w której pracowałam, ale nie zdążyli. 15 stycznia 1944 r., partyzanci Oduchy uderzyli na Sławutę i po kilku godzinach walki zajęli ją. Myślałam, że będę mogła pójść ponownie do szkoły, ale w ówczesnej sytuacji było to marzenie ściętej głowy. Zostałam w wieku 17 lat zmobilizowana do Armii Czerwonej jako sanitariuszka. Po przeszkoleniu najpierw pracowałam w wojskowym szpitalu, a pod koniec 1944 r., skierowano mnie z oddziałem do Rawy Ruskiej, gdzie zgrupowanie Frontu Ukraińskiego szykowało się do zimowej ofensywy. W styczniu 1945 r. wraz ze swym oddziałem wyruszyłam na front. Po kilku dniachwalki nasz oddział z zaskoczenia wdarł się do Częstochowy, rozcinając miasto na pół, dochodząc przez centralną ulicę do klasztoru jasnogórskiego. Niemcy jednak szybko opanowali sytuację. Otoczyli nas, usiłując zlikwidować. Na szczęście na pomoc przyszedł nam oddział pancerny i Niemcy wycofali się.

Sytuacja była jednak dramatyczna. Myślałam, że wtedy z nami będzie już koniec. W okrążeni byliśmy całą dobę. Podobną sytuację przeżyłam z oddziałem jeszcze raz, przy zdobywaniu Legnicy. Wojnę zakończyłam ostatecznie w Austrii, gdzie pracowałam w szpitalu wojskowym. W 1946 r., napisałam raport o zwolnienie do cywila, motywując to chęcią dalszej nauki. Generał-major od którego zależała decyzja w tej sprawie popatrzył mi w oczy i zapytał czy naprawdę chcę się uczyć? Gdy potwierdziłam, podpisał zgodę. Wróciłam do Sławuty, ukończyłam szkołę medyczną i zaczęłam pracować w miejscowym szpitalu.

Aż do emerytury, życie pani Nelly upłynęło bez zbytnich, efektownych fajerwerków i nadzwyczajnych wydarzeń. Wyszła za mąż za mężczyznę o nazwisku Ostrowski, więc nie musiała zmieniać nazwiska. Urodziła i wychowała dzieci. Swoje zawodowe obowiązki najpierw felczera, a później pielęgniarki wykonywała zawsze z dużą sumiennością, zaskarbiając sobie uznanie i wdzięczność pacjentów, a także przełożonych. Nigdy też nie zapominała, że jest Polką i osobą wierzącą. Jeżeli nie miała dyżuru, starała się jeździć pociągiem do Połonnego, by wziąć udział we Mszy św.

Gdy w 1971 r., przeszła na emeryturę, mogła jeszcze bardziej zaangażować się w życie religijne parafii w Połonnem. Stała się też jedną z emisariuszek jej proboszcza ks. Szyrokoradiuka na teren Sławuty. Zaczęła organizować w niej potajemne grupy, spotykające się w domach prywatnych, do których potajemnie dojeżdżał kapłan.

W latach osiemdziesiątych sytuacja polityczna w ZSRR zaczęła się zmieniać i zaistniała możliwość wskrzeszenia parafii, pani Nelly była jedną z pierwszych, która przystąpiła do jej organizacji.

Pani Nelly wraca pamięcią do tego wydarzenia – Najpierw modliliśmy się w niewielkim domku, a później przystąpiliśmy do budowy ośrodka duszpasterskiego, składającego się z dużej kaplicy i mieszkania dla księdza, z zapleczem duszpasterskim. W sumie były to dwa ceglane równolegle stojące do siebie budynki. Władze, jak tylko zobaczyły, że budujemy duże obiekty, wpadły we wściekłość. Tolerowały odrodzoną wspólnotę, dopóki składała się ze starszych babć spotykających się w starej chałupie. Gdy jednak zobaczyły, że w Sławucie może powstać duża parafia, zabroniły prowadzenia jakichkolwiek prac przy budowie kaplicy i plebani. Gdy nie posłuchaliśmy, przysłali oddział milicji. Byliśmy zatrzymani, aresztowani, po czym przesłuchiwali nas i straszyli. Chcieli namówić, byśmy zrezygnowali z budowy. Był to rok 1988 i nic nie wskazywało, że za trzy lata Związek Sowiecki się rozpadnie. Ks. Stanisław Szyrokoradiuk motywował nas do trwania i udało nam się z pomocą polskiej firmy „Energopol” zbudować ośrodek duszpasterski, w którym gospodarzem został ks. Antoni Andruszczyszyn. Widząc moje zaangażowanie poprosił mnie, bym przyszła do niego do pracy. Nie odmówiłam.

Pani Nelly prowadziła dom ks. Antoniemu do końca jego posługi w Sławucie. Towarzyszyła mu we wszystkich prowadzonych przez niego „wojnach”. Bowiem Ks. Antoni walczył jeszcze o odzyskanie zabytkowego kościoła św. Doroty, zamienionego przez sowietów na skład soli. Dojeżdżał też do innych miejscowości za Horyń i Wilię, czyli za dawna polską granicę, wskrzeszając tamtejsze zamknięte parafie. Po jego odejściu do Gródka, pani Nelly pozostała nadal przy jego następcy ks. Janie Szańcy. Wypadek samochodowy wyłączył ją jednak z życia na wiele miesięcy. Później próbowała jeszcze wrócić do pracy, ale stan jej zdrowia to uniemożliwił. Nadal jednak jest aktywną parafianką. Do wyjątków należy dzień, w którym nie ma jej na Mszy św.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz