Albo dewesternizacja, albo LGBTyzacja – kompletna dekonstrukcja naszej kultury i społeczeństwa na wzór czołowych państw zachodnich. Trzeciego wyboru nie ma.

8 lipca na Węgrzech weszła w życie ustawa mająca chronić nieletnich przed pedofilami oraz ekspozycją na pornografię lub agendę LGBT. Zapisy ustawy przygotowanej przez rząd Viktora Orbána idą dość daleko. Zakładają nie tylko zamknięcie szkół dla propagowania tej agendy, bo zgodnie z zapisami nowego prawa aktywność edukacyjną w ich murach będą mogły podejmować tylko osoby z instytucji akredytowanych przez państwo. Nowa ustawa zawiera też dążenie do ograniczenia możliwości ekspozycji nieletnich na propagandę ruchu LGBT w środkach masowego przekazu. Władze Węgier trafnie rozpoznały potrzebę ochrony reprodukcji tradycyjnych wzorców kulturowo-społecznych w tych przestrzeniach, w których są one przekazywane młodemu pokoleniu – szkole i przestrzeni komunikacji publicznej określanej przez coraz bardziej zróżnicowane media. Dlaczego tego rodzaju ustawy nie przyjęto w kraju Jana Pawła II rządzonym od sześciu lat przez obóz nazywający się prawicowym?

Mijamy się z bratankami

Oczywiście ta ostatnia za sprawą kosmopolitycznego internetu wydaje się nad wyraz trudna do okiełznania przez kontrolną i regulacyjną funkcję państwa, od czegoś trzeba jednak zacząć. Viktor Orbán pokazał zaś nie raz, że jest w stanie łamać kolejne ograniczenia i dogmaty liberalizmu. Ich przekroczeniem jest już sama ustawa, która wywołała w USA i państwach Europy Zachodniej wściekłą krytykę i ze strony czynników oficjalnych, i środowisk politycznych czy organizacji pozarządowych. Najbardziej znaczące pogróżki nadeszły natychmiast ze strony przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która wyrażając swoje „wątpliwości natury prawnej”, nakazała ich wyjaśnienie swoim komisarzom. Zapowiada to kolejną próbę instytucjonalnego represjonowania Węgier pod hasłem „praworządności”. Nie były to pogróżki czcze. Już 15 lipca Komisja wszczęła w formalną procedurę w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego uznając, że „węgierskie przepisy naruszają także ludzką godność, wolność wypowiedzi i informacji, prawo do poszanowania życia prywatnego oraz prawo do niedyskryminacji”.

Dla obserwatora znad Wisły najważniejszym jest, że Węgrów, którzy jeszcze w 1989 r. byli społeczeństwem wyraźniej bardziej liberalnym niż Polacy, stać na wprowadzenie środków ochrony struktur kulturowo-społecznych, których nie potrafiły, nie chcą, boją się wprowadzić elity III RP, w tym żonglujący sloganami konserwatyzmu i prawicowości obóz Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego w kraju Jana Pawła II nie można dokonać tego, czego dokonano w państwie, które jeszcze trzy dekady temu George Soros uważał, nie bez podstaw, za najbardziej obiecujący w dawnym bloku socjalistycznym poligon dla szczepienia liberalnych idei „społeczeństwa otwartego”?

Na Węgrzech można właśnie obserwować choćby minimalne objawy pewnego wzmocnienia tradycyjnych struktur społecznych. Dość wspomnieć, że od czasu przejęcia władzy przez Fidesz w 2010 r. liczba zawieranych małżeństw wzrosła na Węgrzech dwukrotnie by osiągnąć w 2019 r. poziom najwyższy od czterech dekad. Za rządów Orbána w kraju znanym wcześniej z wysokiego odsetka konkubinatów, kraju, który jeszcze w latach 80 XX wieku zaczął się demograficznie kurczyć, wskaźnik dzietność drgnął z 1,25 do 1,55. Oczywiście proces ten należy łączyć z rozwiniętą polityką społeczną Fideszu zapewniającego liczne finansowe premie osobom decydującym się na założenie rodzin, ale przecież i u nas na demograficzną odbudowę rząd PiS skierował środki finansowe jakich nikt przed nim z budżetu wydawał – na polską skalę środki bardzo znaczące. Bez skutku. Liczba małżeństw nie rośnie, liczba dzieci spada, rośnie za to liczba rozwodów. Jesienią zeszłego roku doczekaliśmy się natomiast naszego Maja 68, który okazał nam postawy kulturowe znacznej części młodego pokolenia. Z jakiej przyczyny Polacy niejako mijają się ze swoimi bratankami w procesie cywilizacyjnym?

Hegemoniczna ideologia Zachodu

Postmodernistyczny liberalizm, zasadzający się na dekonstrukcji odnoszących się do transcendentnego źródła systemów moralnych i wszelkich ideologii odnoszących się do wspólnot („wielkich narracji”), dekonstrukcji samych wspólnot czy w końcu pojęcia natury ludzkiej w odniesieniu do jednostki, stał się ideologią hegemoniczną w państwach i społeczeństwach zachodnich. Stał się metamatrycą, do której bezwzględnie przystosowane jest (wbrew zaklęciom liberałów o „neutralności światopoglądowej” urządzonego przez nich państwa) zarówno prawo, jak i praktyka elity organizującej debatę publiczną, wyznaczającej co można powiedzieć już nie tylko w telewizji ale i w miejscu pracy. Pisząc o elicie mam na myśli nie tylko polityków, ale sędziów, dziennikarzy i publicystów, prezesów i menadżerów, pisarzy, artystów i celebrytów, aż po nauczyciela w szkole podstawowej. Przekonanie o nadrzędności kategorii współczesnej ideologii liberalnej nad religią wprost wyraziła w zeszłym roku wobec Polaków była ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia

Liberalizm jest tworem wyłącznie zachodniego kręgu cywilizacyjnego i właśnie w nim przyjął w ostatnich dekadach radykalną formę dochodzącą do kwestionowania nie tylko zasad moralnych czy podmiotowości wspólnoty, ale i samego pojęcia płci. Podejmowana przez polskich samookreślonych prawicowców próba wyizolowania owej skrajnie indywidualistycznej metaideologii z zachodniego doświadczenie cywilizacyjnego najczęściej nie jest przekonująca. Wiktoriańska Anglia, czy reaganowskie USA, gloryfikowane nieprzytomnie przez naszych podstarzałych opozycjonistów z czasów PRL, są tylko dialektycznymi etapami dojścia cywilizacji zachodniej do obecnej sytuacji. Czy był to jedyny możliwy strumień jej rozwoju? Chyba nie. Wszystkie wspólnoty i cywilizacje reagują na wyzwania otoczenia, na owe antytezy, których doświadczają i na które odpowiadają. Zarazem jednak ten strumień dziejowy, którym ludzie zachodu zdecydowali się popłynąć nie jest, wbrew temu co twierdzą reakcyjni starokonserwatyści, totalnym zaprzeczeniem tego paradygmatu, w jakim się wcześniej ludzie zachodu poruszali.

Proces ten nie jest efektem spisku zewnętrznych sił – KGB czy chińskich służb. Takich procesów cywilizacyjnych nie jest w stanie zaprojektować najbardziej błyskotliwe dowództwo, najsprawniejszej tajnej organizacji. To efekt wieków wyborów pokoleń ludzi Zachodu prowadzonych przez ich własnych filozofów, artystów, polityków. Wyborów nawarstwiających się na poprzednie kroki, wyborów między alternatywami w ramach już zakreślanych przez paradygmat przyjęty w obrębie cywilizacji. Współczesny świat jest więc jedną z logicznych wariacji zachodniej cywilizacji, nie skutkiem zewnętrznej dywersji w jej przestrzeni i strukturach.

Zakorzenieni Węgrzy

By przeciwstawić się procesom rozkładu tych pojęć, Polacy musieliby osłabić nie tylko polityczno-ekonomiczną, ale przede wszystkim kulturową i mentalną zależność od pojęcia Zachodu. Tymczasem jesteśmy znacznie bardziej niż Węgrzy uwikłani mentalnie, ale i politycznie w to, co nazywamy <<Zachodem>>. Rząd Węgier od dekady nie sprowadza swojego państwa do roli protektoratu USA, do jakiej sprowadzono naszą ojczyznę, lecz prowadzi wielowektorową politykę zagraniczną i bezpieczeństwa. Politykę „otwarcia na Wschód”, konstruktywnych relacji z Rosją, Chinami, Turcją. Węgry pozostają więc znacznie bardziej odporne na naciski Waszyngtonu i Brukseli, choćby i w kwestii LGBT, które wobec Polski z dezynwolturą wyrażają już nie przewodnicząca Komisji Europejskiej czy sekretarz stanu USA, lecz kolejni przybywający do Warszawy amerykańscy ambasadorzy. Jednak sfera polityki jest tylko naskórkiem zagadnienia. Wielowektorowa polityka Fideszu znajduje bowiem źródło w głębokiej sferze kultury i kształtowanej przez kulturę mentalności.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Węgrzy cechują się wyraźnie większym kulturowym zakorzenieniem, a mniejszą kosmopolityzacją. Spędzając przez ubiegłe pięć lat wiele czasu na węgierskiej prowincji mogłem obserwować o ile bardziej wsobni są Madziarzy. Węgierska wieś położona 100 kilometrów od Budapesztów pozostaje wsią jakiej coraz mniej jest w Polsce – z lokalnym widnokręgiem i życiem społecznym na festynach, potańcówkach, wiejskich świętach. Do tego zawartość rozrywkowa narodowych mediów znacznie częściej rodzimej produkcji. Popularność kultury ludowej niespotykana w Polsce, tak jak i stopień przesiąkania jej elementów do kultury popularnej. Duża świadomość historii nie tylko narodowej ale i tej najbardziej lokalnej. Programy podróżnicze orbitujące wokół historycznych, węgierskich kresów, a nie egzotycznych krajów. Szkolny programy nauczania literatury w większym stopniu niż w Polsce skoncentrowany na twórczości własnej. Uderzające wręcz było dla mnie, jak bardzo prowincjonalni Węgrzy są, w porównaniu do swoich polskich odpowiedników, zapóźnieni i mniej zaangażowani we wszelkie globalne mody od ubioru począwszy po popularną muzykę. Z moich obserwacji, nie tylko węgierskiej polityki, ale rozmów Madziarów przy kuchennym stole zawsze wynikało wrażenie, że znacznie częściej mierzą oni siebie własną, tylko sobie znaną miarą, podczas gdy w Polsce miarą tego co dobre, piękne i cywilizowane niemal zawsze jest standard wypracowany na Zachodzie.

Węgrzy pozostają znacznie większymi nacjonalistami niż Polacy, co przejawia się ciągle żywym poczuciu niesprawiedliwości trianońskiego rozbioru przekładającym się na miarę politycznego i finansowego wsparcia jakiego państwo węgierskie udziela kresowym Madziarom. I udzielając tego wsparcia węgierska elita jest w stanie, w imię własnej partykularnej wspólnoty i jej losu stawać okoniem wobec wielkich graczy i wielkich procesów naszego kontynentu, jak choćby w przypadku blokowania relacji Ukrainy z NATO, gdy robi to w imię obrony praw językowych i oświatowych zakarpackich Węgrów.

Autokolonizacja

Podstawą wyzwolenia się Polaków z autokolonizacji <<Zachodem>> musi być odkrycie i docenienie innych przestrzeni, w tym <<Wschodu>>, dla którego dziś mamy, w swej izolacji i ignorancji, tylko strach i pogardę. To proces kulturotwórczy, którego, mimo ciekawych zalążków, nie potrafili konstruktywnie uwieńczyć staropolscy sarmaci budujący I Rzeczpospolitą. Wiele wówczas przejęliśmy od Rusi, na poły turańskiej kozaczyzny, a co nieco i od Turcji czy zależnych od niej wówczas bratanków z Siedmiogrodu. Jednak dysfunkcjonalność anarchicznej kultury politycznej jaką nasi przodkowie wytworzyli, nadbudowanej, co za tym idzie, równie dysfunkcjonalnym, bo nie akumulującym dostatecznej siły państwowej, ustrojem politycznym, doprowadziła naszą odrębną cywilizacyjną drogę w ślepy zaułek.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Długo można by dyskutować na ile staropolskie sejmikowładztwo paraliżujące rozwój państwa było tylko wyrazem słowiańskiego archetypu wiecowładztwa i anarchicznej postawy, jakie wśród słowiańskich plemion dostrzegli już wczesnośredniowieczni bizantyjscy obserwatorzy. Zabrakło być może staropolskim sarmatom kreatywności w wykorzystaniu doświadczeń silnorękich Piastów, a być może doświadczeń nie mniej silnorękich sąsiadów. Tak czy inaczej krach I Rzeczpospolitej stanowił głęboką traumę stopniowo prowadzącą do pełnego identyfikowania się Polaków jako przedmurza, peryferii <<Zachodu>>. XX wiek przyniósł jeszcze bardziej bolesną katastrofę kolejnej próby państwowej – apokaliptyczną wojnę, zależność od potężnego wschodniego sąsiada implantującego własną rygorystyczną ideologię. XX wiek pogłębił tę polską traumę do tego stopnia, że w 1989 r. zbiorową ambicją Polaków, dla której gotowi byli zrobić wszystko, stało się już tylko „dogonić Zachód” i „wejść do Europy”. Polacy dokonali mentalnej autokolonizacji przez <<Zachód>>.

Formuła ta głęboko zdefiniowała u Polaków wizję samych siebie – obraz uciekających, przez całą historię, ze <<Wschodu>> na <<Zachód>>. Same te terminy otrzymały w języku polskim głęboko jakościowy, dychotomiczny, wręcz manichejski ładunek.

Synowie stepu

Tymczasem Węgrzy są mentalnie podmiotowi wobec zachodu, bo pamiętają, doceniają i do dziś kulturowo przeżywają swoje wschodnie, stepowe pochodzenie. To bodaj jedyny europejski kraj gdzie Attyla jest bohaterem. Niejeden Madziar do dziś nosi imię Huna, który wstrząsnął Europą. Węgrzy nie mają problemu z tym, że dokonali podboju czyli „zajęcia ojczyzny” (honfoglalás) w czasie, gdy przez pół wieku sami byli nowymi Hunami Europy, siejącymi w niej postrach w stopniu nie mniejszym niż wikingowie. Węgrzy pamiętają też, że po upadku Królestwa Św. Stefana jego namiastką było pozostające pod zwierzchnictwem Osmanów Księstwo Siedmiogrodu i że powtórne zjednoczenie ziem węgierskich pod berłem Habsburgów oznaczało dla Madziarów ciężką walkę z ich centralizatorskimi i germanizacyjnymi zapędami. Rozumiał to Imre Thököly, który w czasie, gdy Jan Sobieski szedł pod Wiedeń, prowadził z poparciem Turków antyhabsburskie powstanie. Doświadczenie kontaktu z cywilizacją turecką jest więc dla Węgrów dużo bardziej ambiwalentne niż się to Polakom wydaje. Ostatecznie to właśnie mocarstwa zachodnie odpowiadają za katastrofę Trianon, która dla Madziarów równa się historycznemu znaczeniu rozbiorów i pozostaje dla ich współczesnej tożsamości kluczowym faktem historycznym, momentem osiowym.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Jakże charakterystyczne przy tym, że Polacy swoje rozbiory powszechnie i przeważnie łączą z zaborczością Rosji. A przecież gdy wgryźć się w fakty historyczne i geopolityczne uwarunkowania łatwo dostrzeżemy, że o ile Katarzynie II wystarczyła Rzeczpospolita jako posłuszny protektorat, to królowie Prus byli tymi, którzy najbardziej bezwzględnie dążyli do jej poszatkowania, bo bez takiego nadziału ziemi jaki uzyskali nad Wisłą i Wartą ich królestwo nie miało żadnych widoków na mocarstwową przyszłość. Jednak i tę historię, tak jej dawni polscy uczestnicy, jak i my, ich potomkowie, zamieniliśmy głównie w historię starcia przedmurza <<Zachodu>> ze <<Wschodem>>. Jak bardzo polska pogarda dla <<Wschodu>> jest drugą stroną monety autokolonizacji <<Zachodem>> niech świadczy fakt, że jednym z głównych argumentów polskich krytyków węgierskiej ustawy ograniczającej propagowanie agendy LGBT jest to, iż ustawa ta jest podobna do przepisów rosyjskich.

Zburzyć przedmurze

„Bazy wojskowe USA idą w pakiecie z LGBT” – napisałem w zeszłym roku, podkreślając rolę liberalnej ideologii hegemonicznej w przestrzeni geopolitycznej Zachodu i kulturowych skutków jednostronnego politycznego i strategicznego wtapiania się w tę przestrzeń. Nie sposób uniknąć politycznych i ekonomicznych, ale za nimi właśnie kulturowych skutków zależności od zachodniej ekumeny całkowicie w nią wsiąkając.

Wszyscy Polacy, którzy nie akceptują procesu liberalnej dekonstrukcji kulturowej i którzy wciąż chcą jego powstrzymania muszą uświadomić sobie, że jest to niemożliwe bez mentalnej, a za nią kulturowej dekolonizacji, dewesternizacji. Musimy otworzyć się na inne punkty odniesienia, budować swoją własną tożsamości poprzez podmiotową wymianę i adaptację doświadczeń ze wszystkich kręgów cywilizacyjnych z jakimi musimy się stykać, także doświadczeń tych, których postrzegamy jako rywali. Adaptacji prowadzonej w sposób pozwalający zarazem utrzymać integralność naszego kodu kulturowego.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Musimy jeszcze raz przemyśleć ten ostatni i własną historię. Odkryć ponownie rzeczywistość w której, od swojego zarania do Kazimierza Wielkiego, Polska Piastów w głównej mierze opierała się i broniła swojej podmiotowości wobec uniwersalizmu zachodniego, reprezentowanego przez średniowieczne Cesarstwo oparte o rzymską legitymację i germańską krew. Ponownie odkryć I Rzeczpospolitą nie jako przedmurze, lecz jako wielką przestrzeń przejścia z Europy do Azji i z powrotem, cwałującego Kmicica jaką barwną figurę dżygita pokrewnego kozackim i tatarskim oryginałom. Ponownie odkryć chtoniczny romantyzm Mickiewicza zakorzeniony w mrocznych puszczach Wileńszczyzny i Nowogródczyzny, czerpiący soki z reliktów ludowej kultury pogranicza bałtyjsko-ruskiego. Ponownie odkryć II Rzeczpospolitą jako państwo, które w imię strategicznej konieczności w 1926 r. stanęło daleko od zachodnich standardów. Odkryć w końcu ludowe doświadczenie czasów socjalizmu. Doświadczenie awansu społecznego i modernizacji bez totalnej dekonstrukcji konserwatywnego chłopskiego habitusu, przejawiającego się długo jeszcze w biurach, fabrykach i blokach z wielkiej płyty, dodatkowo utwierdzanego przez purytanizm polityków pokroju Gomułki. Doświadczenie całkowicie przytłoczone, zmarginalizowane przez perspektywę inteligencko-opozycyjną. Doświadczenie moderanizacji innej niż zachodnia, liberalna.

Czego nie rozumieją geopolitycy

Żeby mieć politykę podobną do węgierskiej w kwestii LGBT, nie wystarczy mieć podobną do węgierskiej politykę zagraniczną i pozycję międzynarodową. Trzeba mieć przekonanie, wolę i odwagę prowadzenia takiej polityki, sięgania po taką pozycję. Te zaś wykrzesać można tylko w warunkach mentalnej podmiotowości relewantnych grup społecznych, dla których własna wspólnota staje się celem samym w sobie nie zaś tylko mechanizmem dołączenia czy pasem transmisyjnym zewnętrznych projektów cywilizacyjnych.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Tego właśnie nie rozumie chociażby Jacek Bartosiak gdy pyta, nie udzielając odpowiedzi, dlaczego Polacy opisują i wyjaśniają sobie rzeczywistość świata wokół siebie, a nawet własnego kraju narracjami napisanymi na Zachodzie. Jeśli wspólnota ma trwać i podmiotowo kształtować swój los, zachowania społeczne nie mogą być tylko sumą rachunków opłacalności obliczonych indywidualnie przez jednostki składające się na tę wspólnotę. W takim przypadku narodu polskiego już dawno by nie było w obecnej formie, wszak rachunek indywidualnego interesu materialnego nie raz sugerował w przeszłości Polakowi po prostu asymilację do struktur budowanych przez innych. Mieszkaniec XIX-wiecznej Wielkopolski poprzez germanizację uzyskiwał wszak perspektywę pełnego korzystania z dobrodziejstw i wygód wiodącego narodu świata przeżywającego wówczas swój modernizacyjny skok.

Nuty „własnej pieśni”, o której tyle mówi ostatnio Bartosiak, powstają nie w księgach rachunkowych, poprzez czystą buchalterię interesów materialnych, na których tak bardzo koncentrują się geopolitycy lekceważąc często sferę kultury i tożsamości. Nuty tej pieśni zapisane są w kodzie kulturowym zawierającym idee tego co dobre, piękne i wielkie, które to nuty układane są w melodie oryginalnych, swoistych dla wspólnoty interpretacji – metapolitycznych mitów w rozumieniu sorelowskim. W czasach zmierzchu ukształtowanej przez Oświecenie racjonalistycznej kultury słowa pisanego, przynajmniej w życiu mas, mity te w jeszcze większym stopniu kotwiczone są w moralnych aksjomatach, estetycznych odczuciach i wyzwalanych przez nie emocjach. Tak jest właśnie w przypadku ruchu postmodernistycznej rewolucji podnoszącej do potęgi koncept jednostki stojący od wieków w centrum kultury zachodnich społeczeństw. Racjonalistyczna argumentacja kwestionująca ideę dziesiątek „płci kulturowych” nie przekona ludzi żyjących podbudowanym quasi-moralnością i emocjonalnym zaangażowaniem mitem wielkiej emancypacji.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Na koniec dnia pozostaje nam więc wybór: albo dewesternizacja, albo LGBTyzacja – kompletna dekonstrukcja naszej kultury i społeczeństwa na wzór czołowych państw zachodnich. Trzeciego wyboru nie ma.

Karol Kaźmierczak

Czytaj kolejny artykuł
3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. zp
    zp :

    Widzę chyba inaczej Bartosiaka idee. Dla mnie mówi, że powinniśmy wykorzystać naszą przestrzeń dla zachowania naszej państwowości. Nie mówi o kulturze, ale o tożsamości już tak. I podaje recepty jak tą państwowość umocnić. Węgrzy byli w innym miejscu, historycznie, niż my, za Sobieskiego. Po zdobyciu Wiednia Turcy mieliby otwartą drogę na Kraków i dalej do wnętrza Rzeczpospolitej.
    Jestem z łódzkiego. Nikt z rodziny nie brał udziału w wojnie, nie pochodzi z Kresów. Niby nie moja sprawa. Kiedy bywałem w zachodniej Polsce, widziałem ślady historii, ale nie naszej. Dopiero po spotkaniu z Kresowymi historiami stało się jasne, że Połąga, Lwów, czy Kamieniec Podolski to Polskie ślady, dopełniła się w całość tożsamość Polska. I teraz kiedy elyta używa pozdrowień „chwała ukraini”, to czuję jakby odcinali część mojej tożsamości. Mówiąc o „Koronie św Stefana”, Orban dopełnienia tożsamość Węgrom. Nie odcina jak w Polsce, między innymi ,robi to michnik z kliką.
    I to co tworzy każdą silną organizację, silne struktury z celami. To nie pełna micha jest najważniejsza. Polecam analizę „Eksperyment Calhouna”, lub choćby zapoznanie się jego przebiegiem. Ekstrapolując to na ludzi, Europa jest w fazie spadku liczebności populacji.
    To mój osąd.

  2. Czeslaw
    Czeslaw :

    Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu napisał „Co Francuz wymyśli, to Polak to lubi” a więc to cielęce uwielbienie zachodu ciagnie się od wieków. Niewątpliwie na to miały przemożny wpływ brak tradycji dynastycznych którą zastąpiły wolne elekcje królów a to osłabiło nasze poczucie „państwowca”. Stefan Kisielewski jeszcze w latach 70-ych ubiegłego wieku napisał „Komunę w Polsce mogą zwyciężyć dwa czynniki tj. katolicyzm ludowy i Amerykanie bo na tych wypasionych leniwych burżujów z Europy Zachodniej to nie ma co liczyc”. I tak się stało. Ale teraz już nie ma „tamtych Amerykanów” bo to sa bezpłciowe LBGT itd. A u nas jeszcze ten katolicyzm ludowy, ta kultura ludowa nie do końca zanikła, być może jak ta władza nie upadnie to się obronimy. Proszę zwrócić uwagę jak te nasze elity kulturalne i polityczne a raczej inteligencja szpagatowa odnosi się z wielką estymą np. do muzyki ludowej amerykańskiej country a jak do naszej, przypominam tu wsciekłe ataki na „Zenka”