Ks. Jan Szańca

Proboszcz parafii w Sławucie w Diecezji Kamieniecko-Podolskiej.

Kapłan nietypowy, ogromnie oddany Kościołowi i społeczności polskiej na Ukrainie. Duchowny wychowanek bp Jana Olszańskiego, którego w Seminarium Duchownym w Gródku Podolskim był ulubionym klerykiem. Hierarcha często używał go jako swojego kierowcy, doceniając jego umiejętności prowadzenia samochodu. W Gródku zetknął się też z ks. Władysławem Wanagsem, który wywarł na jego postawę kapłańską także znaczny wpływ. Ks. Jan jest przede wszystkim człowiekiem żarliwej modlitwy, ufającym, że przy jej pomocy można pokonać wszystkie przeszkody. Pracuje od rana do późnych godzin wieczornych.

Jego życiorys nie jest typowy dla księży pracujących na Ukrainie. Urodził się w Cieklinie k. Jasła w 1956 r. Decyzję o wstąpieniu do stanu kapłańskiego podjął stosunkowo późno. Miał już za sobą studia i kilka lat pracy w charakterze scenografa w Telewizji Katowice. Początkowo chciał ukończyć Wyższe Seminarium Duchowne w Katowicach, ale gdy biskup Jan Olszański utworzył w Gródku Podolskim Seminarium Duchowne, przeniósł się do niego. Miał wtedy 36 lat i był przeciętnie dwukrotnie starszy od młodych chłopców z Ukrainy, którzy po ukończeniu szkoły średniej wstąpili do seminarium. Wyświęcony został w 1996 r. w Kamieńcu Podolskim. Skierowano go do Sławuty. Placówki niewątpliwie trudnej. Parafii liczącej kilka tysięcy wiernych o polskich korzeniach i modlących się po polsku, ale ze zniszczonym zabytkowym kościołem wymagającym pilnych działań ratunkowych, by w ogóle mógł przetrwać, co wiązało się z koniecznością pozyskania ogromnych środków. Do parafii należało kilkadziesiąt wsi, których wierni dochodzili do kaplic dojazdowych. Poziom wiedzy religijnej wiernych był niewielki, zabobony były często traktowane przez nich na równi z przykazaniami. Potrzebna była praca u podstaw, rozłożona na lata. Ksiądz Jan kipiał jednak energią i nie bał się trudności i kłopotów. W ciągu kilkunastu lat pracy sporo udało mu się zrobić. Kiedy odejdzie ze Sławuty będzie mógł powiedzieć, że zostawił w niej trwały ślad. Kościół św. Doroty jest dziś ozdobą Sławuty. Dzięki energii ks. Jana, który z ogromnym zaparciem szukał różnych sponsorów przynajmniej ściany świątyń są zabezpieczone przed zgubnym wpływem soli, która wżarła się w mury, gdy w czasach sowieckich był on zamieniony na jej skład. Renowację murów trzeba będzie co prawda jeszcze pewnie kilkakrotnie powtarzać, żeby sól z murów wyparowała całkowicie, ale ks. Jan ma już wypracowaną technologię, wie jak przeprowadzać takie zabiegi. Miał tyle kontaktów z najlepszymi specjalistami w Polsce zajmującymi się notowaniem zasolonych kościołów, że jak żartuje, może uchodzić za eksperta w tej dziedzinie. W swojej świątyni musi jeszcze usunąć ziemię spod posadzki. Ona też jest przesiąknięta solą. Dopiero, gdy ją wymieni będzie całkowicie spokojny o los świątyni. Już teraz czuje się w niej oddech Rzeczypospolitej. Ma wewnątrz niemal taki sam wygląd jak w czasach Sanguszków.

Renowacja świątyni to jednak bynajmniej nie największe dzieło ks. Jana. Dzięki niemu w Sławucie przetrwała polskość. Duszpasterstwo w parafii prowadzi on zasadniczo w języku polskim. Na co dzień współpracuje z miejscowym oddziałem Związku Polaków na Ukrainie i udziela mu wszechstronnego wsparcia. Tak życzliwej postawy dla polskiej organizacji nie wykazuje w obwodzie chmielnickim zbyt wielu proboszczów. Większość z nich, chciałaby jak najszybciej pochować najstarsze babcie domagające się Mszy św. w języku polskim, by móc całkowicie zukrainizować parafię i nie budzić niczyich kontrowersji.

Na co dzień ks. Jan jest człowiekiem zapracowanym. Wstaje wcześnie a kładzie się późno najczęściej grubo po północy. Swoje duszpasterskie obowiązki traktuje nadzwyczaj serio. Tych zaś mu nie brakuje. Przy „trzódce” wiernych składających się z kilku tysięcy wiernych wciąż jeszcze spotyka małżeństwa nie mające z różnych powodów ślubu kościelnego. Stara się je jednać z Bogiem poświęcając im dużo czasu. Niektórzy przed przystąpieniem do sakramentu, spędzają w konfesjonale p 1,5 godziny. Nie żałuje też swego czasu dla dzieci. Mieszka skromnie, w plebanii zbudowanej przez poprzedników, a od swoich konfratrów różni się, tym, że zawsze chodzi w sutannie, traktując ją jak drugą skórę.

Jego postawa, a zwłaszcza wspieranie polskości, nie wszystkim się podoba. Wielokrotnie dawano mu do zrozumienia, że czasy na Ukrainie się zmieniły i najlepiej by było, gdyby wrócił do Polski lub objął parafię mniej eksponowaną.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz