Ks. Henryk Soroka SCJ

Urodził się w 1955 r. we Włodawie. Po maturze wstąpił do Wyższego Seminarium Misyjnego Księży Sercanów w Stadnikach.

Święcenia kapłańskie otrzymał w 1983 r. Początkowo pracował jako duszpasterz w Koszycach Małych, później w Sosnowcu. W 1990 r. jako pierwszy polski sercanin przybył do Mołdawii i rozpoczął pracę w Słobodzie Raszkowej, znajdującej się na terenie samozwańczej Przydniestrzańskiej Mołdawskiej Republiki. Przez kilkanaście lat był w niej proboszczem, stając się jej nieformalnym liderem, a nie tylko duchowym przywódcą. Przyjechał z niespożytymi zdawałoby się pokładami energii. Odziany w habit i noszący długą brodę do pasa wyglądał bardziej na uduchowionego prawosławnego mnicha – pustelnika niż na bardzo aktywnego duszpasterza..

Dzięki niemu wieś, w której przez kilkanaście lat był proboszczem (stanowiąca największe polskie skupisko w Mołdawii) przetrwała wszelkie burze i napory. Nie zaczęła wymierać i powoli mimo trudności dźwiga się także ekonomicznie. Udało się uratować we wsi szkołę, którą zaczęła wspierać parafia uruchamiając dla niej stołówkę. W szkole jako jedynej w Mołdawii język polski jest wciąż nauczany jako język obcy. Zajmuje się tym oczywiście sam ks. Henryk. Założył on też w Słobodzie przedszkole dla najmłodszych jej mieszkańców prowadzone przez Siostry Honoratki. Gdy przekazał probostwo swemu współbratu ks. Dymitrowi Zielińskiemu, więcej czasu może poświęcić pracy socjalnej na rzecz dzieci. Zaczął ja jeszcze, gdy odpowiadał za kierowanie parafia w Słobodzie.

,,Przyjechałem do Mołdawii w momencie rozpadu ZSRS – wspomina. – Te historyczne wydarzenia, które dokonały się na moich oczach, choć miały wiele pozytywów, doprowadziły jednak także do wielkiej biedy. Byłem świadkiem wojny domowej, której skutki miejscowa ludność odczuwa do dnia dzisiejszego. Kiedy rozpocząłem w 1990 r. pracę w Słobodzie- Raszków w naszym sąsiedztwie znajdował się Państwowy Dom Dziecka dla sierot i dzieci pozostających bez opieki rodziców. Od samego początku nawiązałem kontakty z dyrekcją i zaczęliśmy katechizację tych dzieci, a po roku czasu wszystkie dzieci zostały ochrzczone. Na początku wspomniałem, że kraj znalazł się w wielkim kryzysie gospodarczym. Przez dwa lata parafia praktycznie karmiła i ubierała sieroty z Domu Dziecka. Niestety po dwóch latach władze zlikwidowały Dom Dziecka, a sieroty zostały rozwiezione do innych placówek tego typu. Po upływie trzech lat odnalazłem część tych dzieci i tak zaczęła się nasza współpraca z sierocińcem w Popienkach. Za zgodą dyrekcji Domu Dziecka na soboty i niedziele zabieram do siebie kilkoro z nich, a na ferie i wakacje goszczę w naszej parafii 27 dzieci.

Zauważyłem, że dzieci te nie są przygotowane do normalnego, codziennego życia, np. nie wiedzą ile cukru należy wsypać do herbaty, jak wygląda surowe jajko itp. Przygotowaliśmy, więc program, który nazwałem „Szkoła życia”. Pracujemy wspólnie ucząc ich podstawowych zajęć gospodarczych, wykonujemy prace w ogrodzie, kuchni i pralni. Wspólnie robimy zakupy, aby dzieci nauczyły się jak należy efektywnie gospodarować pieniędzmi. Wiele uwagi poświęcamy ich duchowemu rozwojowi. Jest to praca niełatwa, gdyż dzieci te są zranione duchowo, nieufne i skryte w sobie.

Z grupy 27 wychowanków mamy już 9 studentów uniwersytetu. Tu pojawiają się nowe trudności. Państwo zapewnia im akademik i minimalne stypendium. Po podliczeniu stwierdziliśmy, że stypendium wystarcza na kupienie 400 gram chleba każdego dnia miesiąca. Aby moi studenci nie głodowali, zmuszeni jesteśmy wspomagać ich materialnie, zapewniając im podstawowe produkty żywnościowe, pomagamy również w zdobyciu artykułów piśmiennych czy w zakupie ubrania.

Wdzięczni jesteśmy wszystkim ludziom, którzy pomagają najbiedniejszym w tym sierotom pozbawionym rodziców i miłości.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz